Kunming

Środa, 23.10.
Z Kunmingiem sie nie polubilismy. Leje tu caly czas i jest zimno choc niby w teorii klimat ma tu byc najbardziej sprzyjający w całych Chinach, ludzie jacyś niemili, internet strasznie wolny lub w ogole mimo szumnych napisów go zapowiadajacych, wcale nie dziala. W każdym razie moj główny cel – naprawę aparatu – udało mi sie wykonać całkiem łatwo. Tak jak pisałam, dotarłam na miejsce z Zhangiem ktory był tak miły ze specjalnie wybrał sie tam ze mną zeby miec pewność ze trafię a było to 20 przystanków autobusem od mieszkania naszej CSowej gospodyni i jeszcze potem kawał na piechotę a on tego samego dnia musial jeszcze dostac sie na bramki autostrady i stopowac dalej w stronę Pekinu.

Jesli chodzi o moj aparat to okazalo sie na miejscu ze potrzebują 2-3 godzin na sprawdzenie co sie tam dokładnie uszkodzilo i jesli mam szczęście to nie trzeba wymieniać żadnych części, naprawia to od ręki, w przeciwnym razie będę musiała czekać nawet 5-7 dni. Miałam szczęście, oczywiście. Naprawa kosztowała co prawda 420 yuanow (210 zł) ale w porównaniu z kosztem nowego aparatu tego typu to i tak niewiele no i nie musiałam czekać dłużej niż 2 godziny.

Murale Kunmingu, jedno z moich przypadkowych odkryc. Wiecej pod koniec wpisu.

Jesli chodzi o moja gospodynie, Teaye i jej wspollokatorke Olivie to sympatyczne z nich dziewczyny, obie w wieku 25 lat, pracują w Kunmingu a pochodzą z mniejszej miejscowości niedaleko stad. Teaya była w Wielkiej Brytanii na polrocznym wolontariacie, Olivia studiowala przez trzy lata w Australii. Mojego drugiego wieczoru w tym miescie wybralysmy sie na lokalna specjalność, „cross the bridge noodles”. Wiąże sie z tym daniem legenda o historii miłosnej w ktorej noszenie ukochanemu przez most miski z tym gorącym daniem było kluczowym wątkiem. Składa sie ono z miski z gorącym wywarem do którego na osobnych talerzykach i miseczkach podane sa składniki ktore trzeba wrzucić do środka – warzywa, plastry wedliny, makaron, surowe jajko itd. W przeciwieństwie do hot potu nie podgrzewa sie juz tego wiecej. Bardzo to było dobre, aromatyczne i w przystępnej cenie.

Deszczowy wtorek minął mi wiec tak jak pisalam na naprawianiu aparatu a potem czekaniu na powrot Teayi z pracy w jedynym miejscu jakie udało mi sie znaleźć w tym mieście w którym internet działał na tyle szybko ze udawało mi sie połączyć z VPN a tym samym zalogować na mojego bloga i Facebooka. Restauracja do ktorej wjeżdża sie winda prowadząca specjalnie i tylko do niej ma wystrój świadczący o tym ze musi tam byc drogo – w eleganckim półmroku skapane sa poszczególne ukryte za drewnianymi panelami „loże” do ktorych dochodzi sie meandrujac pomiędzy szemrzacymi kanalikami z woda, sadzawkami, miniaturowymi fontanienkami itd. Ogólnie rzecz biorąc kiczowato ale widać ze ma robic wrażenie i robi – od razu widać ze sie muszą cenić za takie atrakcje szczegolnie ze powierzchnia calego tego przybytku ogromna, az mozna sie w jego labiryntowym ukladzie zgubic. Nigdy bym tam nie wstąpiła (szczególnie ze nawet nie da sie tam zajrzeć z ulicy, trzeba wziąć windę) gdyby nie Zhang ktory to miejsce zauważył i zaproponował gdy byliśmy juz zmęczeni szukaniem McDonnaldsa, KFC lub czegoś innego czego powinno byc duzo w okolicy głównego dworca kolejowego w Kunmingu (dzielnica Teayi) ale jakos nie było a my gdzieś musieliśmy kilka godzin zaczekać najlepiej w miejscu z internetem. Wzięliśmy po szklance lemoniady za 9 yuanow (wcale nie tak drogo) i zaleglismy na sofach loży za drewnianymi panelami. Od tamtej pory po kilku nieudanych próbach znalezienia innego miejsca z dobrym internetem wracałam tam w koncu zawsze wieczorami a wiec kolejny raz w mojej podróży stałam sie gdzieś bywalcem choc akurat to miejsce zupełnie nie przypominało poprzednich. Okazało sie ku mojemu zaskoczeniu ze ryż z pomidorami i jajkiem, danie ktore jeszcze za mojego pierwszego pobytu w Dali nauczyłam sie zamawiać w chwilach gdy chce byc pewna ze mnie niczym dziwnym tym razem nie zaskoczą, kosztowało tu zaledwie 16 yuanow, tyle samo lub moze najwyżej 1 yuan wiecej niz w lokalnych spelunkach do ktorych wybieralam sie zwykle myśląc ze cokolwiek oszczędzam. Na dodatek nie doliczano mi tam żadnych dodatkowych opłat za stolik czy naczynia jak to sie czesto w innych przybytkach zdarzało i jeszcze gratis serwowano aromatyczny wywar z wodorostow, wszyscy byli bardzo mili i na dodatek w tle plynela z glosnikow dyskretna klasyczna muzyka. Polubilam wiec to miejsce mimo początkowych urazów ze kicz i ze sztuczne strumyczki. Mogłam sie tam zaszywac spokojnie nawet na kilka godzin ciesząc sie szybkim internetem i nie będąc przez nikogo niepokojona bo w zaciszu mojego wlasnego lozowego pokoiku nie byłam widoczna i miałam święty spokój. Do tego stopnia polubilam to miejsce ze ostatniego dnia mojej tam bytnosci ze stoickim spokojem przyjęłam przebiegajacego pod oknami szczura i jego piski. Widziałam juz w Chinach zreszta wiele szczurów choc zwykle na dworzu, na chodnikach (w Dali bylo ich mnóstwo), to był moj pierwszy szczur we wnętrzu i to jeszcze takim eleganckim. Wybaczylam im go jednak gładko. Nie zaglądał mi przeciez do talerza ani nie gryzl po nogach, przebiegł sobie tylko niewinnie i popiszczal, kto by sie tym przejmował!

Piatek, 25.10.
W środę nadal padało i tak jak juz pisałam miasto w tym deszczu nie podobało mi sie wcale. Wybrałam sie zgodnie z rekomendacja Teayi zobaczyć Green Lake, park z różnego rodzaju stawami i innymi atrakcjami takimi jak plastikowe konie naturalnej wielkości pasace sie na trawie. No dobrze, jestem złośliwa. Tak, nie podobało mi sie w tym miejscu, pewnie tez przez to ze ciagle lalo ale i w słońcu myśle ze niewiele by tam było lepiej.

Nie podobało mi sie tez na głównym deptaku, pewnie dlatego ze nie miałam ochoty zaopatrywać sie w kolejne ubrania a jedyne co tam było to drogie butiki. Napisałam sms do Jing, jednej z dziewczyn ktore poznalam w hostelu w Dali i ktore wyciagnelam na wspólny lunch za 5 yuanow z pytaniem czy by nie chciały spotkać sie gdzieś na kawę ale były zajęte (uczelnia) wiec umowilysmy sie dopiero na wieczór. Odezwalam sie tez do Borysa, Polaka ktory mieszka tu od jakiegoś czasu i ktorego poznalam przez Couchsurfing i wszyscy razem, jeszcze z Teaya i kilkorgiem znajomych Borysa spotkaliśmy sie potem wieczorem na piwie ale o tym pózniej. Poki co przez komorke poprosilam ich o rekomendacje gdzie sie wybrać i zgodnie z porada Mariny, Czeszki, z Green Lake przeszłam sie do zespołu świątyń Yuantong. Pełno tam było najróżniejszych kwiatów dekorujacych nie tylko posagi ale i mostki prowadzące do świątyń i wszystko inne i w ogole było tam całkiem ciekawie i podobalo mi sie ale wiem ze podobaloby mi sie o wiele bardziej gdyby nie ten deszcz w kolko…

Urokliwa skalna kapliczka ze swieczkami…

… i z kotem.

W środę przed południem znudzona deptakiem ze sklepami, zanim jeszcze zaczelam dopytywac sie znajomych o to co robic dalej, próbowałam dostać sie do skalnego lasu o którym słyszałam kiedyś pierwszy raz od Martyny (znow pozdrowienia!:)) a gdzie była pare dni temu tez Carlotta i wróciła pełna zachwytow. Spacerujac po mieście zauważyłam mnóstwo plakatów zachecajacych do odwiedzenia tego miejsca co świadczyło o tym ze musi to byc główna atrakcja miasta. Zdawałam sobie sprawę ze wiąże sie to tez z tłumami turystów ale tak czy owak pomyślałam ze chyba nie mam nic lepszego do roboty niż sie tam wybrać, spróbowałam wiec pytać ludzi na ulicy o pociąg lub autobus do tego miejsca (Teaya mi nie odpisywala). Troche późno sie zorientowałam i w efekcie pociąg ktory miałam miec o 12:10 uciekl mi sprzed nosa (zabrakło kilku minut żebym zdążyła) a następny miał byc dopiero po 18. Nie pierwszy raz jednak w mojej podróży cos co wydaje sie pechem w pierwszej chwili, z czasem okazalo sie szczęśliwym zrzadzeniem losu – nie byłoby sensu oglądać skalnego lasu w deszczu, los chciał żebym zaczekala na ładna pogodę i tak zrobiłam choc z poczatku nie mialam zamiaru zostawac w Kunmingu dluzej. Nawiasem mówiąc, w tym miejscu jeszcze musze sie zdobyć na dygresje a propos tego co sie mi wydawało pechem a wyszło na dobre – paczka ktora wysylalam do Polski z Szanghaju okazała sie na poczcie za ciężka i trzeba było wyjąć pare rzeczy – wybrałam dżinsy i ciepła bluzę, rzeczy ktore jak mi sie, otumanionej szanghajskim słońcem wydawało, do niczego mi sie w drodze nie przydadzą a tymczasem chodziłam w nich pózniej bardzo duzo i nie wiem co bym zrobiła bez nich choćby w Shangri-La gdzie i tak nadal mi było zimno. Miałam tez nosa zwlekajac z pozbyciem sie książki do nauki chińskiego, ktora jest ciężka i zdawałam sobie dobrze sprawę ze juz niedługo, gdy opuszcze Chiny, na pewno nie będę miała okazji i ochoty sie z niej uczyć. Nie chciałam jednak porzucac jej byle gdzie, w koncu to dobra książka ktora tyle juz ze mną przejechała…! I jak na zawołanie trafiłam na Hanie i wyszło to tak jakbym jej specjalnie te książkę wiozla bo przeciez oczywiście chińskiego sie Hania uczy a tak bedzie miała do tego polski podręcznik.

W środę nie pojechałam wiec do skalnego lasu i wloczylam sie po deszczowym Kunmingu czując ze coraz bardziej go nie lubię. Na pocieszenie wieczorem zaleglam w mojej miejscowie z dobrym wifi a potem wybrałam na spotkanie o którym juz pisałam, z gromada ludzi. Ze strony Borysa zjawili sie dwaj jego znajomi Rosjanie, jeden 20 a drugi 32letni, potem także dwie sympatyczne Ukrainki. Tak na marginesie, jesli o Borysa chodzi to powiedzial mi ze przejechal stopem w Chinach okolo 12 tys. kilometrow. Imponujace, ja poki co przejechalam tylko okolo 4 tys. a przeciez jestem juz w drodze od tak dawna! Dziwne tylko było to ze Borys podróżując po Chinach tak długo nie nauczył sie prawie wcale chińskiego – nie rozmawiał z kierowcami czy co? Zjedlismy najpierw wspolnie a potem przenieslismy do innego miejsca, pubu z ogromna liczba zachodnich klientow. Spotkalam tam ni z tego ni z owego mlodego Chinczyka z knajpy w Shaxi ktory mi sie po pijanemu oswiadczal. Tym razem nieco bardziej trzezwy, odziany w kurtke motocyklowa przepraszal za swoje zachowanie i zagadywal znowu ale wyrwalam sie grac z Borysem i jego znajomymi w pilkarzyki. Przyszło tez potem kilka Chinek ale były to raczej zjawiska niż osoby i nie mogłam patrzeć na nie w innych kategoriach przy czym nie jest to w tym momencie określenie pozytywne. Zjawiska socjologiczne budzące współczucie, odziane i wymalowane gorzej niz dziewczyny z „Galerianek”, nie mówiły słowa po angielsku a zaproszone zostały (nie wiem w jakim języku) przez starszego z Rosjan ktory, jak mi to wytlumaczyl Borys, przezywal wlasnie w ten sposob rozstanie z żona. Miałam ogromna ochotę bezczelnie zrobić Chinkom zdjęcie ale jakos głupio mi było opisze wiec tylko. Spódnice były długości najwyżej 20 cm, buty wysokości co najmniej 12 cm, wyrazy twarzy zdradzaly inteligencję ktora nie potrzebowała słów i człowiek cieszył sie właściwie ze sie z nimi nie da porozmawiać. To znaczy oczywiście dałoby sie, mogłabym spróbować ale nie wiedziałam po co. Krowi wzrok wbity był w zachodnich samców ktorzy z kolei perfidnie dzis Chinki lekcewazyli na rzecz zupełnie zwyczajnie, skromnie odzianych Ukrainek z którymi dało sie ciekawie pogadać. Znudziły sie w koncu dziewczęta i przeniosły do innego stolika i właściwie nie wiem po co Sasza je zapraszał. Teaya zmyla sie do domu zanim jeszcze pojawiły sie zarówno Ukrainki jak i Chinki bo następnego dnia miała iść wcześnie do pracy. Jesli o mnie chodzi to postanowiłam zostac dłużej mimo świadomości ze wracanie do domu Teayi po północy wiąże sie z budzeniem stróża i płaceniem mu za te fatyge bo normalnie brama o tej porze jest juz zamknięta na głucho. W efekcie nie nocowalam tym razem u Teayi, bałam sie ze ta procedura ze strozem mi sie nie uda i zamiast tego zaleglam na wolnym łóżku w hostelu w którym mieszka Borys juz od miesiąca (?). Dziwne to było miejsce, w bloku w prywatnym mieszkaniu na rozległym obudowanym cienkimi ściankami balkonie na ktorym zmiescilo sie kilka pietrowych lozek. Kilka dni temu ktos z tamtejszych gosci ukradł Borysowi laptopa spalam wiec z plecakiem pod głowa mając w środku wszystko co najcenniejsze – portfel, paszport, aparat i iPada. Obudzona rano przez panią sprzatajaca podłogę uiscilam 30 yuanow opłaty i zaczęłam zastanawiać sie na szybko co robic dalej.

Plan jaki ustalilam poprzedniego dnia z Borysem zakladal ze odpuszczam sobie skalny las, ktory Borys z przekonaniem przedstawił mi jako przereklamowany i zamiast tego wybieram sie do zespołu świątyń wykutych w skalach, ktore to swiatynie mi polecał. Wieczorem brzmiało to dobrze ale rano zaczęłam sie zastanawiać czy te świątynie to dobry pomysł skoro juz jedne takie widziałam w Shaxi i to jeszcze w komplecie z malpami a skalny las (Shilin) jakkolwiek moze i nadmiernie oblezony turystycznie to jednak wydaje sie czymś czego moge nie zobaczyć nigdzie indziej. Polecala mi to Martyna, tak jak juz pisalam, polecala Carlotta no i mialam tez ciagle przed oczami zgorszone spojrzenie Mariny, jednej z moich poznanych w Dali koleżanek, na wiesc o tym ze w ogole rozważam zrezygnowanie z Shilin skoro jest na liście swiatowego dziedzictwa Unesco. Z drugiej strony te swiatynie byly czyms mniej odkrytym turystycznie a wiec pewnie z ciekawszym klimatem i przekonanie z jakim Borys mowil o ich wyzszosci nad skalnym lasem robilo wrazenie. W efekcie poprosiwszy polspiacego jeszcze Borysa o szczegółowe wskazówki jak dotrzec do tych „jego” świątyń i na odchodnym slyszac jeszcze ze dobrze robie idac za jego rada, wyszłam na dwór z metlikiem w głowie i świadomością ze to wlasnie ten moment kiedy trzeba rzucić moneta. W przeciwieństwie do Carlotty ktora powiedziała mi kiedyś ze rzucanie moneta służy jej do uświadomienia sobie czego naprawde by chciała jesli wypadnie akurat cos innego, i w zaleznosci od tego podaza za jej wskazaniami albo nie, ja traktuje zawsze bardzo poważnie to co mi wypadnie dlatego jesli decyduje sie nia rzucić to znaczy ze naprawde nie mam żadnych preferencji. Kiedy rzucam moneta wiem ze nie bedzie juz odwrotu dlatego decyduje sie na to tylko w ostateczności. Gdybym kiedyś złamała te zasadę i postąpiła niezgodnie z tym co mi wypadło, cała ta zabawa straciłaby sens i urok. Reszka jest zawsze za czymś co ma związek z autostopem (w tym wypadku – miejsce doradzane przez Autostopowicza) lub w ogole jest rozwiązaniem bardziej oryginalnym, „orzelek” (ktory wcale orzelkiem nie jest bo rzucam moneta 1 yuanowa) to opcja „mainstreamowa” jak autobus, miejsce bardziej turystyczne itd. Na tej samej zasadzie wybieralam kiedyś tez moje buty trekkingowe, przy czym reszka była za tymi tanszymi, wręcz podejrzanie tanimi, ktorych cena zgodna była z duchem autostopu ale nie rokowala najlepszej jakości. Wypadł wtedy „orzelek” bez orzelka i kupiłam te droższe z ktorych jestem bardzo zadowolona (jasne, nie wiem czy bym nie była tez zadowolona z tamtych ale ufam moim monetom). Tym razem takze wypadł wlasnie „orzelek” chwile pozniej znalazlam sie wiec w autobusie na dworzec, kupowałam bilet za 18 yuanow i jechałam na miejsce nie zastanawiające sie juz wcale czy dobrze robie bo decyzje jakie podejmuje za mnie los sa zawsze dobre.

Juz na dworcu zorientowałam sie co sie szykuje – jak stado wyglodnialych sepow rzucili sie na mnie kierowcy tuktukow zdesperowani by laowai, którego mozna przeciez naciągnąć na większa kwotę niż zwykłego, chińskiego turystę, wybrał wlasnie ich pojazd. Umknelam im i zaczęłam isc pieszo zastanawiając sie dokąd właściwie idę. Oczywiście jak zwykle nie sprawdziłam niczego odnośnie czekających mnie atrakcji wiec nie miałam nawet pojęcia jak daleko powinnam isc i czego w ogole mam sie spodziewać. Słyszałam tylko ze wstęp jest bardzo drogi, przeszło 100 yuanow, i zainspirowana rozmowa z Borysem ktory opowiadał jak to wszędzie niemal udaje mu sie wslizgnac bez płacenia (a to przez jakas dziurę w płocie a to wchodząc wyjściem itd.) postanowiłam zrobić to samo. Pogoda była cudna i szło sie dobrze ale jednak gdy pani z motoru z przyczepka rzuciła zawrotną kwota 5 yuanow stwierdziłam ze 2,5 zł to na tyle mało ze moge zaszaleć i przejechać na pace. Dobrze zrobiłam bo jechaliśmy cały kawał i gdy juz dojechalismy czekało mnie tez jeszcze sporo chodzenia a czasu wcale nie tak duzo – pociąg którym ruszylabym do Shilin odjezdzal z Kunmingu o 12:10 tak ze na miejscu byłam dopiero ok. 14.

Malowniczo rozwiane wlosy pani kierowcy motorku z przyczepka.

Chodzenia nie byłoby aż tak duzo gdyby nie moje desperackie próby dostania sie na teren skalnego lasu bez biletu. Szczerze mówiąc, niezle sie bawilam przelazac przez płot i potem ganiajac po jakichś okrutnie kolczastych chaszczach, ktore podrapaly mi nogi i ręce w sposob ktory zawstydzajaco ewidentnie zdradzal moje niecne zamiary. Wspinalam sie tez po skałkach i ogólnie rzecz biorąc miałam duzo zabawy zwiazanej z tym ze robie cos nielegalnie ale poza tym wiele z tego nie wynikło – płot ktory przelazlam i chaszcze ktore przemierzylam okazały sie byc jakieś 3 km od właściwego skalnego lasu o czym przekonałam sie troche pózniej, zdolawszy jakos poobierac z siebie rzepy a to ze miałam za sobą okazaly budynek w którym sprzedawano bilety i przydzielano specjalne turystyczne busiki nie oznaczało ze te trzy kilometry dalej nie bedzie kolejnego punktu sprzedaży i kontroli biletów, ścisle monitorowanego, w którym mimo wszystkich moich poprzednich heroicznych wyczynów w koncu poddalam sie i bilet kupiłam. Ulgowy, 87 yuanow, zawsze to mniej bolalo niz normalny za dwukrotosc tej (i tak juz zawrotnej jak na chinskie warunki) kwoty. Nawiasem mówiąc, jazda autostopem na drodze prowadzącej do właściwego skalnego lasu jest niemożliwa bo jeżdżą po niej wyłącznie turystyczne busiki wypchane po brzegi a tym ktorzy nie chcą za nie płacić pozostaje spacer szosa. Tak naprawde jest to krótszy dystans niż 3 km bo przeszłam go duzo szybciej niż sie spodziewałam i prawdopodobnie na tabliczkach na poczatku drogi zawyzaja go specjalnie zeby ludzi zrazic i zachęcić do wzięcia autobusu. Co do mojej ekspedycji w chaszczach to nie żałuje, nie był to czas stracony. Łydki podrapane aż śmiać sie chce jak na nie teraz patrzę ale widoki były po drodze bardzo ciekawe. Nie wiedziałam co czeka mnie potem i cieszylam sie z tego co spotykam na swojej drodze a tez i zupełnie inaczej odbiera sie rzeczy ktore odkrywa sie samemu, w takich okolicznościach, a inaczej jak sie podąża za grupowa chińska wycieczka, o czym zreszta niedługo potem miałam sie dotkliwie przekonać. Wszystkie zdjecia ponizej sa jeszcze przed moim dostaniem sie na biletowany teren „prawdziwego” „skalnego lasu”.

Na miejscu, we właściwym Shilin, do którego w koncu udało mi sie dostać, ilośc tychże chińskich wycieczek, niewyobrażalnie hałaśliwych i nieznosnie irytujacych sprawiła ze nie potrafiłam doceniać ani troche tych skalnych cudownosci ktore mnie otaczaly. Starałam sie jak mogłam wyobrazić sobie ze ich wszystkich tam nie ma ale było to po prostu ponad moje siły i odbieralo cały klimat. Dobrze by było miec zatyczki do uszu, powinni dodawać je do biletu, w tej cenie na pewno ich na taki gest stać. Chińczycy nie porozumiewania sie miedzy sobą inaczej niż krzyczac i to niezależnie od tego czy wokół było głośno czy cicho. Jesli była koło mnie nawet jedna tylko osoba to juz było głośno bo wolała stado. Miałam ochotę uciszac ich jakos bo to zachowanie, łącznie z pluciem i charkaniem było wręcz nie na miejscu w obliczu tego milczącego niesamowitego, przepieknego miejsca liczącego sobie dziesiątki milionów lat.

Wkrotce okazało sie jednak na szczescie ze poza kilkoma skażonymi masowa turystyka miejscami, przeważająca czesc ogromnego terenu na ktorym znajdowal sie wpisany na liste Unesco skalny las była zupełnie pusta. Zupełnie ale to zupełnie puste skalne labirynty przemierzylam wiec po kretych sciezkach ciagnacych sie w gore i w dół bez większego logicznego sensu zupełnie juz sama słysząc niemal swój oddech odbijajacy sie w szczelinach skalnych ścian. Przemierzalam boso skapane w sloncu trawiaste polany ze skalnymi ostancami ktore tlumy fotografowaly z daleka, zapadajac miekko w niewiarygodna w swojej perfekcji zielonosc trawy. Starałam sie byc wszędzie tam gdzie byc powinnam i gdzie mnie byc nie powinno tym bardziej. I powiem szczerze, taki „moj” Shilin podobał mi sie ogromnie.

Do miejsca gdzie zrobilam to zdjecia musialam isc dobre pol godziny a moze i godzine nie widzac po drodze ani jednego turysty, bladzac skalnymi korytarzami i w koncu wdrapujac na szczyt jednego z tych niesamowitych skalnych ostancow (po szlaku, ktory tam sie urywal). Znalazlam sie tam akurat o zachodzie slonca i zaraz trzeba bylo pedzic na dol ale to moje zalapanie sie na zachod w zupelnej ciszy i samotnosci wsrod takich widokow bylo zupelnie niesamowite. Zdjecie oczywiscie z reki :)

Przeszkody terenowe

Nie zorientowałam sie nawet jak zrobiło sie juz późno, sprzedawcy pamiątek zagniezdzeni dotąd w turystycznej mekce zwineli juz swoje stragany i ostatnie przekupki cierpliwie ciągnęły po bruku swoje tandetne wózki wracając do domów. Okazało sie ze nie ma juz dzis żadnego pociągu ani autobusu do Kunmingu ale bez większego problemu złapałam na stopa autokar zorganizowanej wycieczki i wróciłam nim sobie za darmo, przesypiajac prawie cała droge. Następnego dnia z samego rana ruszylam w droge do Xishuangbanny ale to juz temat na kolejna opowieść.

PS. Na koniec obiecane kunminskie murale ktore mnie urzekly. Probowalam rozszyfrowac przekaz… ;)

Moral: biznesmenie, nie wywyzszaj sie nad pospolitych zjadaczy chleba. A jesli juz sie wywyzszasz to nie uzywaj chociaz do tego szczudel bo mozesz sobie zrobic krzywde.

Moral: Jak masz stac w kolejce to stoj, szczegolnie jesli to kolejka ludzi w kominiarkach.

Moral: nikt nie szanuje policji.

Moral: jesli masz agresywny samochod ktory gryzie sie z innymi, nie pozostaje nic innego niz sie napic.

Moral: jesli juz smiecisz to przynajmniej miej dlugie i chude nogi.

Moral: nie pluj na samochody prowadzone przez ludzi w kominiarkach, szczegolnie gdy jedziesz akurat autobusem. Podobno przynosi to pecha.

Moral: jesli robisz piknik, zapros wiecej znajomych i podziel sie z psem.

Moral: do autobusu wsiadaja tylko dzieci bez czapeczek!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s