Jinghong, Xishuangbanna

Sobota, 26.10.
Wczorajszy dzien zalicza sie do tych bardzo udanych. Na bramki autostrady dostalam sie bez wiekszych problemow choc zabierajac sie do tego bylam pelna obaw – miasto otacza obwodnica z milionem odgalezienien w najróżniejszych kierunkach ktore potem rozgaleziaja sie na kolejne i kolejne i w efekcie nie wiadomo gdzie łapać i jak sie tam dostać. Dwa autobusy wywiozly mnie na południe i potem jakis samochód za 15 y (po targowaniu z 20) pod same bramki, te ktore mu wskazalam na mapie na iPadzie a na ktore trzeba było wjechać z obwodnicy gdzies daleko od autobusu i w ogole jakichkolwiek możliwości przemieszczania sie pieszych. Z poczatku myslalam ze to autostop ale okazalo sie ze facet nie jechał normalnie w tym kierunku i tylko specjalnie dla mnie sie na to zdecydował i gdy w chwile po tym jak wsiadlam upewnialam sie czy to za darmo, powiedział rozbrajajaco ze potrzebuje pieniędzy to głupio mi bylo odmowic mu tych 7 zlotych. Kierowca był bardzo miły i na koniec napisal mi jeszcze na kartce po swojemu „Xishuangbanna” bo moja skrocona wersja nazwy tej prowincji, przerysowana z Wikipedii, była ponoc nie do zrozumienia. Na bramkach nie minęły nawet 2 minuty i zlapalam samochod bezposrednio na miejsce, 550 km stamtad (!).

Właściwie to nawet nie ja go złapałam tylko dałam sie mu zlapac stojąc i rozmawiając akurat przez okno z kierowca innego samochodu ktory jechał gdzies bliżej podczas gdy tamten podszedł do mnie mowiac i gestykulujac ze minęli mnie chwile wczesniej i po przekroczeniu bramek czekali na poboczu a jada wlasnie do Xishuangbanny. Nie mogąc uwierzyć we własne szczęście wsiadłam wesoło nie przejmując sie wcale tym ze znow było to auto z trzema facetami ok. 50tki i jeszcze tym razem na dodatek żaden nie mówił po angielsku. Wygladali sympatycznie i tacy tez byli wiec jechało sie fajnie i nawet troche pogadalismy choc oczywiście zwazywszy moj poziom mandarynskiego nie była to żadna szczególnie inteligentna konwersacja. Po drodze zatrzymalismy sie na przepyszny obiad. Proste portrawy z warzyw, mięsa i ryżu nigdy nie przestają mnie cieszyć o tyle o ile tylko nie sa zbyt ostre. Im dalej jechalismy tym bardziej sie robiło egzotycznie i z niecierpliwością wypatrywalam przez szyby momentu kiedy zwykle lasy zamienia sie w cos co juz z cala pewnoscia bedzie mozna nazwac dżungla. Mniej wiecej na tej wysokości na ktorej pojawily sie ostrzeżenia o dzikich sloniach wychodzących na droge bylam juz pewna. Mijalismy tez ogromne plantacje bananow i herbaty, wszystko to pod cudownie niebieskim niebem i w coraz wyższej temperaturze.

Moje wesole hostelowe towarzystwo pomagajace mi pisac tabliczke „Mohan – da bien cha!” („Mohan – autostop!”). Na lewo ode mnie Daisy.

Na miejscu okazało sie ze znow mam szczęście – miejsce do którego moi kierowcy jechali bylo bardzo niedaleko od mojego hostelu. Z tym hostelem to w ogole niesamowita sprawa bo powiedział mi o nim Zhang na bramkach (to hostel z sieci w ktorej pracował) – wlasnie otworzyli nowy oddział i maja promocje – noc w szescioosobowym pokoju kosztuje 8 yuanow, 4 złote! W tej cenie standard za ktory w Europie z pocalowaniem reki zaplaciloby sie 10 razy tyle i bylo szczesliwym ze tak tanio. Wszystko nowe, czyste, pachnace, goracy prysznic, szybkie wifi i ladny wystroj, własna łazienka na 6-osobowy pokój. Na miejsce trafiłam prowadzona przez ochroniarza parkingu do samej windy i w windzie jeszcze instruowana gdzie wysiasc przez innych jej pasażerów. Sama w życiu bym tego miejsca nie znalazła bo mieści sie w bloku mieszkalnym i po angielsku w szyldach na dole nie ma o nim ani słowa. Nic wiec dziwnego ze bylam tam pierwszym zagranicznym gościem. Wszyscy bardzo sie ucieszyli na moj widok i nawet mialam szczęście do kilku osob mowiacych po angielsku w tym Daisy, dziewczyny z ktora szczególnie sie tu potem zaprzyjaźnilysmy. Kiedy tylko stwierdziłam ze wybieram sie do sklepu po cos do jedzenia, kilkoro z moich nowych znajomych zaraz rzuciło sie do swoich pokojów przynosić mi cos ze swoich zapasów i w efekcie składkowa uczta jaka mi sie trafiła prezentowała sie okazale – miseczka wieprzowych nozek, butelka mleka sojowego z Tajlandii, kartonik soku, jabłko, baozi, bezmiesna parowka z niewiadomo czym (ale dobra) i jeszcze kilka innych rzeczy ktorych nawet nie wiedziałam jak nazwać a na koniec cukierki z duriana. Nie wszystkie te smakołyki były rzeczywiście smaczne dla mojego zachodniego gustu ale wiem ze dla moich darczyńców były i jadłam wdziecznie.

Niedziela, 27.10. Tego wieczora umowilismy sie tez na następny dzien na wycieczke autobusowo-autostopowa. Nie dopytywalam dokładnie dokąd jedziemy bo jak zwykle wyszłam z założenia ze bedzie fajnie i nie ma nawet sensu pytać i miałam racje, bardziej jeszcze niż mogłabym sie spodziewać. Autobusem wydostalismy sie z miasta w kierunku gorskich wiosek zamieszkanych przez mniejszosc Dai po czym natychmiast udało nam sie załapać wszystkim pieciorgu do samochodu prowadzonego przez miejscowego „magnata”, wlasciciela plantacji herbaty (gatunku Pu’er z ktorego slynie ten region). Kretymi blotnistymi ścieżkami takiej szerokości ze z trudem mieścił sie na nich jeden samochód (choc przeznaczone były do ruchu dwukierunkowego) pojechaliśmy oglądać z bliska herbaciane drzewka (w tym jedno aż stuletnie) i próbować świeżych liści, zostaliśmy tez oprowadzeni po zakładzie produkcyjnym w którym sie je dalej przetwarza w specjalnej prasie uzyskując herbatę skompresowana do charakterystycznych dysków po czym zajechalismy do domu naszego kierowcy gdzie zostaliśmy zaszczyceni mająca za sobą 11 lat dojrzewania herbata ktora gdyby była w sprzedaży kosztowalaby jakies 3000 yuanow (1500 zł) za kilogram, sprzedawac jej tam jednak nikt nie zamierza, trzymają ja do własnego użytku, tylko dla rodziny i przyjaciół.

Swieze liscie Pu’er

Prasowana herbata Pu’er


Plaskorzezba wykonana w … herbacie oczywiscie (!)

Po herbacianej ceremonii nastąpiła prawdziwa uczta ktora przygotowała dla nas siostra naszego gospodarza, wszystko ze świeżych, wiejskich składników, kurczak z własnej hodowli i tak dalej, ogromne ilości pysznosci jedzenia. Chcialam kupic troche lisciastej Pu’er z wiosny tego roku, ktorej także próbowaliśmy i ktora, w mojej herbacianej ignorancji uznałam za niemal równie dobra co ta 11-letnia. Dopytalam sie za posrednictwem Daisy o cene i przeliczalam sobie wlasnie ile moge kupic ale zanim zdążyłam sie zorientować gospodyni nasypala kazdemu z naszej piątki po wielkiej paczce tej herbaty za darmo. Kilogram tego gatunku kosztował 480 yuanow (240 zl) a nasze piec wielkich paczek na pewno ważyło sporo. Zasiedzielismy sie u naszych herbacianych gospodarzy do pozna w bardzo sympatycznej atmosferze po czym wysciskani serdecznie każde po kilka razy przez przemila gospodynie niższa ode mnie o jakieś dwie głowy zostaliśmy zwiezieni w dół, do głównej drogi, skad w kilka minut złapaliśmy transport powrotny (dwoje z nas jechało na stopa ambulansem!).

Nasz gospodarz i jego brat, rewelacyjni ludzie!

Jaka szkoda ze tych smakow nie mozna zarejestrowac i opublikowac w jakis sposob…! Na zdjeciu trudno oddac jakie to bylo pyszne!

Rano tego samego dnia, kiedy szliśmy na autobus, usłyszałam płynąca skądis przepiękna, tęskna melodie. Okazalo sie ze to stara chińska piesn, Gan Lan Shu, ktora Daisy zaraz zaśpiewała mi ze słowami tak ładnie ze aż dreszcze mnie przeszły. Słowa zreszta były tez bardzo poruszające, przetłumaczyla mi wszystko dokładne. Postanowiłam ze koniecznie musze sie tego nauczyc. Cały dzien chodziło to za mną i bardzo sie Daisy moje beztekstowe na razie wykonanie podobalo i wieczorem tego dnia dałam sie jej namówić na śpiewanie a capella kilku polskich piosenek (Kaliny Jedrusik i Anny Marii Jopek) dla całkiem sporej hostelowej chińskiej publiczności, ktora przyjęła je z entuzjazmem. Zeby sie odwdzięczyć moim karmicielom ktorzy nie tylko wczoraj wieczorem ale jeszcze przez cały dzien pózniej czymś mnie częstowali, kupiłam naszej autostopowej ekipie piwa, mandarynek, mango i chipsow co było dobra oprawa do naszego wieczornego śpiewania i rozmów.

W niedziele rano zostałam nakarmiona przez Daisy zupka chińska z parowka-nieparowka, i to samo miało miejsce w poniedziałek. Próbowałam sie tłumaczyć ze nie trzeba ale nie miałam na tyle siły przebicia zeby sie od zupki wymigac. Zreszta zupka chińska jedzona w Chinach nabiera innego wymiaru nie myśląc wiec wiele o wszystkich tych chemicznych okropnosciach w środku jadłam z entuzjazmem i było dobre.

Po śniadaniu wybraliśmy sie we trójkę, z niemowiacym po angielsku Chiczykiem, ktory sie do nas postanowil dolaczyc, do jakichs swiatyn buddyjskich do ktorych trzeba było dojechać autobusem. Jak zwykle nic mi o nich nie było wiadomo poza tym co uslyszalam od mojej „przewodniczki” – bilety kosztują 120 yuanow a wiec dostaniemy sie do srodka przez płot, przelazac go w sprawdzonym miejscu. Zapowiadalo sie ciekawie. Niestety przelazenie płotu (ktore poszło mi całkiem sprawnie choc na pierwszy rzut oka nie wydawało sie wcale takie proste) okazało sie ciekawsze niż same świątynie, ktore zostały dopiero co kilka lat temu wybudowane a nawet jeszcze w części nadal sie budowały.

Daisy przeszla wierzchem brame twierdzac ze to wygodniejsza opcja a my wybralismy jednak plot po prawej.

Urocze w swojej ohydzie zelbetowe koszmarki kryte tonami zlotej farby i kiczowatych ozdób rozsiane na wzgórzu. Pomiędzy nimi chodziło sie po schodach za poręcze mających dwa kolorowe smoki wijace sie od dołu do gory, w trawie gdzieniegdzie mozna było wypatrzyc male plastikowe (?) słonie.

Typowe dla Azji kontrasty – tony sztucznego zlota naprzeciw takiego wlasnie muru.

Wspiawszy sie w koncu najwyżej jak sie dało człowiek oczekiwał przynajmniej ciekawego widoku na miasto, miasto to tymczasem wygladalo niezwykle nieciekawie. Nad wszystkim gorowal olbrzymi posag stojącego Buddy pokryty sztucznym złotem. Troche jak Chrystus ze Swiebodzina, masa pieniędzy wydana nie wiadomo po co bo przeciez nikogo to na wiarę nie nawróci a tylko szpeci krajobraz. Szczególnie w deszczu wygladalo to wszystko bardzo mizernie.

Na szczycie buduja kolejna urocza zelbetowa swiatynie.

Jesli warto było tam przyjechać to tylko dla rozmow ktore prowadzilam po drodze z Daisy, ktora lubiłam coraz bardziej z każda chwila. Zaskoczyła mnie stwierdzeniem ze nie moze wejść do środka swiatyni i poczeka na mnie na zewnątrz. Nie moze wejść bo… jest chrześcijanka! Zalecialo mi tu neofityzmem i bardzo sie zaciekawilam jak to sie stało ze sie Daisy zdecydowała ochrzcic – zrozumiałam słusznie ze nie było to w jej wypadku tak naturalne jakim jest w Polsce i była to jej świadoma, dorosla decyzja. Miałam racje, jej rodzice i w ogole ktokolwiek z jej rodziny nie miał z chrześcijaństwem nic wspólnego. Spytana o obrzadek, czy jest katoliczka, baptystka czy jeszcze kim innym biedna Daisy nie wiedziała co mi odpowiedzieć, nie wiedziała ze sa jakieś osobne kategorie. Chrzest i pierwsza komunie przyjęła bo uwierzyła w Boga chrześcijan, o którym opowiadał jej przyjaciel poznany w Tajlandii, Amerykanin. Mówił jej o Biblii, wybaczeniu i miłości nawet wobec wrogów, nie o śmiesznych podziałach. Była akurat niedziela i spytałam Daisy jak sobie w Chinach radzi z chodzeniem co tydzień do kościoła – duzo ich tu w koncu nie ma. Jasne ze nie chodzi co tydzień. Teraz akurat jednak, z Xiahuangbanny, jedzie do doliny Nujiang (tej do ktorej chciała tez jechac Carlotta), na zachód od Dali niedaleko granicy z Birma, gdzie mieszka chrześcijańska mniejszość etniczna, zjawisko zupełnie niezwykłe w Chinach. Z tym wybaczaniem miała tez bardzo osobista historie ktora usłyszałam pózniej, w cztery oczy a ktora nadała temu jej „nawróceniu” zupełnie inny, glebszy wymiar. Nie będę sie tu wdawac w szczegóły, dość ze Daisy nie miała łatwego zycia ale jakos to sobie teraz układa i pomaga jej w tym mocna wiara, ktorej mozna jej tylko pozazdrościć.

Arcykiczowate zdobienia swiatyn

Następnym naszym przystankiem, tym razem odwiedzanym juz tylko we dwie był park ze słoniowym show. Do parku także dostalysmy sie „sposobem”. Żal mi było sloni ktore były rzeczywiście niezłe przeszkolone tak ze jeździły na specjalnych sloniowych rowerach, wchodziły na stoły, nosiły ludzi zawinietych w trąby, kłanialy sie i robiły jeszcze mnóstwo innych rzeczy motywowane czasem dyskretnie ostro zakonczonymi kijami. Biedne slonie.

Cos tam na terenie parku budowali i takie oto zawiesili ostrzezenie na drzewie.

Wrócilysmy w koncu do hostelu gdzie padlam spac, jakos mnie ten dzien dziwnie wymeczyl, moze przez ta pogodę – nie przestawalo padać. Wieczorem zaprosiłam Daisy na kolacje w postaci ulicznego grilla. Wyglada to wszędzie w całych Chinach tak samo, plastikowe zydelki i stoliczki na chodnikach, dym znad rusztu, czasem tylko dochodzą w „menu” lokalne specjalności a czasem jeszcze zdarzy sie ze przyprawia to tak ostro ze ledwo co da sie to zjeść i wlasnie tak było tym razem.

W poniedzialek rano mialam juz jechac do Laosu i obwiescilam juz wszem i wobec ze jadę, ale jakos jednak zostałam. Zniknęła moja ładowarka od iPada ktora zostawilam w pokoju wspólnym i byłam pewna ze jesli tylko troche poczekam to ktos kto wziął ja przez pomyłkę ja zwróci (oczywiście mialam racje), poza tym padało i jakos tak nie chciało mi sie w ogole ruszać za drzwi i w efekcie postanowilam poczekać z wyjazdem jeszcze jeden dzien. Miałam zamiar spędzić ten czas w hostelu opisując poprzednie dni na blogu i dając odpocząć kręgosłupowi ktory niestety nie przestaje mi dokuczac, potrzebowałam tez pilnie zrobić pranie. Pranie zrobiłam i jak tylko miałam rozsiasc sie wygodnie z iPadem, Daisy powiedziała mi ze grupka ludzi z hostelu wybiera sie wlasnie samochodem do jakiejś bardzo starej wioski 30 km stad i mogą mnie ze sobą zabrać. Co prawda Daisy nie jechała z nimi (ona takze planowala leniwy dzien w hostelu, pranie ktore jeszcze miala przed soba i tak dalej), nie znałam tych ludzi i nie bardzo mowili oni po angielsku, pomyslalam ze czemu nie. Brzmiało to ciekawie a ja nigdy nie odrzucam takich propozycji. Okazało sie ze jedzie nas szóstka – czterech chlopakow na tylnych siedzeniach, ja na siedzeniu obok kierowcy a kierowca jest babka ok. 40 lat w kolorowym, hipisowskim stroju, ktora przejechała tym samochodem z Pekinu do Lhasy. Po drodze pomijając fakt ze nie bardzo wiedziałam jak usiąść zeby mnie kręgosłup nie męczył (Boże, jak ja będę dalej podróżować?), było sympatycznie, spiewalismy „Gan lan shu” razem a potem naprzemian oni chińskie a ja polskie piosenki i tak sobie jechaliśmy i jechaliśmy aż zorientowałam sie ze to na pewno nie jest 30 tylko chyba ze 300 km bo droga ciągnie sie w nieskończoność a droga to była kreta, wąska i śliska po deszczu. Na dodatek co chwila zatrzymywalismy sie zeby robic zdjęcia, zupełnie nie wiem czemu bo padało, widoczność bardzo słaba, mglisto i ponuro i te zdjęcia nie miały wielkich szans wyjść dobrze. Zajechalismy tez raz do jakiegoś parku botanicznego przed którym moi towarzysze urządzili sobie i mnie przy okazji długa sesje fotograficzna pod brama. Do srodka nie weszlismy, i dobrze bo wygladalo na to ze nie ma tam nic ciekawego a bilety na pewno drogie. Brama była szpetna i naprawde nie rozumialam motywacji do jej fotografowania. Niedługo potem musiałam sie juz jednak przestać dziwić. Moi nowi znajomi fotografowali sie ze wszystkim i na dodatek bardzo czesto koniecznie chcieli miec tez mnie na zdjęciu z nimi co było nudne i bezsensowne ale na co oczywiście musiałam sie zgadzać zeby zrobić im przyjemność. Te przeciagajace sie sesje irytowaly mnie bo czas mijał a my ciagle nie dojechalismy do tej nieszczęsnej zabytkowej wioski a naprawde chciałam tam dojechać wiązac z tym miejscem wielkie nadzieje. Zanim to nastapilo czekal nas jeszcze przedluzajacy sie obiad i toasty z lokalnymi mocno podchmielonymi jegomosciami ktorych nasza „kierowczyni” zapoznala w knajpie po drodze i wyglądała na dumna i przeszczesliwa ze ma taki dobry kontakt z tubylcami gdy dwóch z nich postanowiło nas zaprosić do siebie po tym jak zapłacili za nasze jedzenie. Okazalo sie ze i oni sa producentami herbaty i wlasnie herbata chca nas podjac, jakas najlepsza, stara itd. Oczywiście było to miłe z ich strony ale trudno mi było czuc szczególny entuzjazm w tym momencie. Wiedziałam dobrze jak potrafią przeciągać sie herbaciane posiedzenia i wiedzialam ze sa mile ale nie wtedy gdy gospodarz jest nietrzeźwy i uwieszajac mi na karku ciezkim ramieniem prowadzi do domu obwieszczajac z belkotliwa duma żonie ze oto przyprowadza zagranicznego przyjaciela. Nie mogłam sie powstrzymać przed zerkaniem co chwila na zegarek – było juz grubo po południu a my mieliśmy jeszcze przed sobą zwiedzanie tej całej wioski do ktorej miałam nadzieje ze w koncu jakimś cudem dotrzemy i jeszcze powrot ta sama droga ktora w nocy moze byc naprawde niebezpieczna. Kiedy w koncu wyszliśmy stamtad i poszliśmy zwiedzac okolice (okazało sie ze juz jesteśmy w tej starej wiosce) moje rozczarowanie tym dniem sięgnęło zenitu. Wioska była moze i stara ale praktycznie nic z tego sie nie zachowało, moze ze dwa domy miały jakieś sto lat (swoja droga, czy to duzo?), reszta była zwyczajnymi betonowymi budami z blaszanymi dachami lub tez jesli miała jakies wyższe aspiracje to stroila sie w kiczowate rzezbione lwy przy bramie i ceglane licowki marnej jakosci na elewacji. Ogólnie rzecz biorąc, dno. Paskudna wioska na koncu swiata do ktorej przyjechaliśmy nie wiadomo po co tracąc na to cały dzien. Jedyna stara i ładna rzeczą był bruk z nieregularnych, nieszlifowanych kamieni ale przeciez nie jedzie sie taki kawał zeby cieszyć sie ze starego bruku. Poza tym w Nuodeng juz sie na takie kamienie napatrzylam. Towarzystwo wygladalo jednak na zadowolone i nie zważając na deszcz obeszlismy razem wszystko dwa razy dookoła. Znaleźliśmy miejsce na polanie na wzgórzu nad wioska gdzie rosło kilka bardzo starych drzew (nawet 700 lat) i nasza pani kierowczyni urządzila tam sobie bardzo długa sesje zdjęciową ustawiajac sie w sasiedztwie jednego z nich w najrozniejszych pozach. Z innych atrakcji polany trzeba wymienić tablice i pomnik upamiętniające to ze niegdyś biegł tedy konny szlak którym przewozono herbatę. Zarowno pomnik jak i tablica liczyły sobie nie wiecej niż 10 lat i co oczywiste byly watpliwej jakosci artystycznej. Każde z moich znajomych musiało sobie zrobić z każda z tych rzeczy z osobna sesje w rożnych pozach. Zajrzelismy tez do jednego z ubogich domostw w sąsiedztwie. Szczerze mówiąc, liderka stada wprosila sie tam bez większego entuzjazmu ze strony gospodarzy, widać było ze chce mi zapewnić w ten sposob atrakcje pod tytułem: „życie lokalnej ludności” a mi było głupio bo czułam ze przeszkadzamy i nie chciałam by ktokolwiek myślał ze przychodze do ich domu jak do zoo oglądać lokalna faune. Kontakt z miejscowymi był utrudniony bo nie wszyscy mówili w ogole po mandarynsku toteż i długo tam na szczęście nie zabawilismy. Zirytowalo mnie to jak mi zaczęli moi chinscy znajomi wytykac palcem palenisko i garnek stojący obok informując mnie o tym ze w ten sposob miejscowi sobie gotują. Po pierwsze było to niegrzeczne wobec gospodarzy (wyobraźcie sobie ze ktos wchodzi do was do pokoju ze znajomym któremu wskazuje palcem wasz stary telewizor instruujac ze służy to do rozrywki choc moze nie wyglada) a po drugie swiadczylo o tym ze maja mnie za glupia. Jesli chodzi o to z czego byl zbudowany dom to miał ściany z trzcinowej plecionki i kryty był blacha czyli standard trzeciego swiata w pełni. Przed domem całkiem efektowne motocykle. Idiotyczne były zapewnienia naszej pani kierowcy o tym ze sie miejscowi bardzo cieszyli z naszej wizyty tylko maja inny sposob okazywania emocji i dlatego pewnie tego nie zrozumialam. Kiedy w koncu zeszlismy na dol z powrotem do samochodu było juz około piątej po południu, najwyższy czas wracac jesli chcieliśmy jechac za dnia. Tymczasem towarzystwo entuzjastycznie postanowiło zgodzić sie na zaproszenie na kolacje nie zważając na to ze dopiero co jedliśmy obiad. Zwykle nie zachowuje sie w ten sposob ale tym razem naprawde miałam juz dość udawania ze sie dobrze bawie i zbojkotowalam kolacje czekając w samochodzie aż zjedzą i w koncu pojedziemy. Wytlumaczylam sie ze nie jestem głodna (co było prawda). Całe szczęście nie zajęło im to bardzo wiele czasu ale tak czy owak wieksza czesc drogi powrotnej pokonalismy juz po zmroku. Na szczęście dojechalismy bezpiecznie ale różnie mogło sie zdarzyć, mgła zrobiła sie w nocy okropna a tu zakrety, przepaści i tak dalej. I za kierownica babka ktora przez to ze dopiero co przejechała z Pekinu do Lhasy stała sie przesadnie pewna siebie, stan w którym najłatwiej o wypadek (wiem po sobie, moj wypadek na nartach miał miejsce wlasnie dlatego ze miałam sie za dobra narciarke i ze do tej pory szlo mi rewelacyjnie). Tak czy owak dotarliśmy cało z powrotem ale było juz po dziewiątej wieczorem a wiec cały dzien zmarnowany bo ani nie wypoczelam ani nie zwiedzilam czegoś ciekawego ani nie było jak popisac sobie o minionych dniach bo za duzo było zakrętów i mdlilo mnie ile razy próbowałam stukac cokolwiek na iPadzie. Jednym slowem ostatniego mojego dnia w Chinach wyszlo na to ze pierwszy raz nie mialam szczescia do moich spontanicznych towarzyszy podrozy w spontanicznym kierunku. No, kiedys sie to musialo w koncu zdarzyc. Wieczorem poszlysmy jeszcze z Daisy zjesc cos na mieście, tym razem zamowilam sobie cos na słodko zeby miec pewność ze nie bedzie za ostre i było bardzo smaczne, duzo świeżych owoców itd. Daisy nie była głodna i powiedziała ze chce mi tylko potowarzyszyc. Jak zwykle miło było z nia sobie pogadać (z Daisy gadalysmy zawsze po angielsku) i troche smutno mi było ze następnego dnia sie rozstajemy.

We wtorek rano wybralysmy sie z Daisy do konsulatu Laosu jakoze byly duże szanse ze spotkamy tam kogos jadącego w tym kierunku kto mógłby mnie zabrać. Nie był to moj pomysł tylko któregoś z hostelowych znajomych ale obie uznalysmy to za rozsadne. Kochana Daisy zaraz zaoferowała swoja pomoc i pojechanie tam ze mna a przedtem jeszcze zostałam znow mimo protestów nakarmiona zupka chińska. Na miejscu stwierdziłam ze skoro juz tam jestem to jeszcze spróbuje sobie wyrobić od razu wize zeby juz miec pewnosc ze mnie niczym na granicy nie zaskoczą. Okazało sie ze zgubiłam gdzies zdjecia paszportowe ktore zrobiłam sobie w Shangri La i juz miałam leciec gdzies robic nowe (w ambasadzie nie mieli opcji zrobienia zdjec u nich), ale urzędnik w okienku powstrzymał mnie mówiąc ze za 10 yuanow moge dostać specjalna pieczątkę ktora zastąpi zdjęcie. Jesli chodzi o koszt wizy to wyniósł on łącznie z pieczątką 170 yuanow, 85 zł. Próbowałam dopytac sie czy na granicy byłoby taniej ale usłyszałam tylko enigmatyczna odpowiedz ze moze taniej, moze drożej. Slyszalam ze powinno to wynosic jakies 20 dolarow czyli 60 zl ale dla tych 25 zl nie chciałam ryzykowac ze na granicy nie bedzie opcji z pieczątką zamiast zdjecia a poza tym nie chcialam opóźniac moich kierowców. Wynegocjowalam sobie w konsulacie ze zamiast półtorej godziny oczekiwania na odbiór będę czekać tylko 20 minut (poszło gładko) i zabralysmy sie z Daisy na poważnie do przepytywania ludzi. Personel tego miejsca spoglądal na nasze próby z zyczliwym zaintresowaniem. Z poczatku nie szło nam to za bardzo bo jakos wszyscy albo jechali autobusem albo nie tego dnia i zdążyłam juz zwatpic w powodzenie tej akcji. Odebrałam paszport z wiza (okazała sie ważna przez 2 miesiące ale tylko jednokrotnego wjazdu) i juz miałam przekonywać Daisy ze moze lepiej jednak pojechać na wyjazdowke z miasta i tam łapać gdy w koncu jednak nam sie udało. Dwóch facetów ok. 40tki jechało tego dnia do Mohan, do granicy, i musiałam tylko zaczekać godzinke w centrum aż załatwia swoje sprawy. Dobrze sie złożyło bo ja tez musiałam cos załatwić – zapomnialam wczesniej pobrać gotówki z bankomatu i jeszcze potrzebowałam zrobić zakupy na droge. Daisy towarzyszyła mi we wszystkim do ostatniej chwili i rozmawiała z kierowcami, ktorzy najwyraźniej wywnioskowali ze ja sama nic nie umiem powiedzieć po chińsku bo poki mielismy w aucie Daisy poprzestawalam na usmiechaniu sie. W koncu wysadzili ja niedaleko hostelu a ja zostałam sama, nie pierwszy juz przeciez raz w aucie w którym nikt nie mówił słowa po angielsku (no dobrze, każdy mowi słowa „hello” i „thank you”) i oczywiście jak zwykle jakos sobie dawalam rade. Ciekawa jestem jak to bedzie w Laosie i Tajlandii ktorych to języków nie znam naprawde ani troche. O tym co było dalej, w następnym odcinku ;)

Reklamy

2 thoughts on “Jinghong, Xishuangbanna

  1. Cześć, pozdrawiamy serdecznie z Wietnamu a dokładnie z Hue.
    Agnieszka i Krzysiek :-))

    P.S.
    Numer telefonu który ci dałam w Luang Prabang jak sie poznaliśmy kiedy szukałas swojego hostelu jest teraz zablokowany, ponieważ następnego dnia ukradli mi tam telefon. Ale to tak tylko na marginesie jakbyś próbowała sie ze mną kontaktować w Laosie.
    Zupełnie przypadkiem wpadlam na twojego bloga i z nieukrywaną radością stwierdziliśmy z Krzyskiem „WOW to ta niesamowita dziewczyna co ja spotkaliśmy w LP !”:-))

    Blog super ! Jestesmy pod wielkim wrażeniem twoich doświadczeń !
    Raz jeszcze pozdrawiamy i życzy kolejnych niesamowitych wrażeń :-))
    A&K

    • Czesc! Ale fajnie dostac wiadomość od Was! Współczuje kradzieży telefonu.. Super ze mimo wszystko udało sie Wam mnie odnaleźć :) Dzieki wielkie za takie miłe słowa, ja tez pozdrawiam bardzo serdecznie i niech Wam sie tez wspaniale podrozuje! :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s