Luang Prabang

Poniedzialek, 4.11.2013.Skonczylam na tym jak to wyruszylam z Jinghong do Luang Prabang a wiec wrocmy sie do tego momentu. Jesli chodzi o moich kierowców to jeden pracował w Szanghaju dla Toyoty i 4 lata spędził w Japonii gdzie nauczył sie języka, a drugi pracował z kolei dla Mercedesa, tez w Szanghaju, i spędził 2 lata w Niemczech, co jednak nie sprawiło ze znał angielski lub niemiecki (to drugie podobno troche tak). Po drodze zatrzymaliśmy sie na wspaniały obiad do którego jechaliśmy masakrycznie wyboista polna droga przez dobre 20 minut. Ale warto bylo – nie mogłam sie nazachwycac jakie to wszystko smaczne. Okazało sie ze jesli tylko zgadzam sie zaczekać do jutra, zabiorą mnie do samego Luang Prabang! Telefoniczne uzgodnienia z Daisy pomogly ustalic ze mimo moich nalegan ze zapłacę za siebie, musze sie zgodzić ze płaca mi za pokój w hotelu (dwuosobowy ktory mam na wyłączność dla siebie) i Daisy była zdania ze nie mam sie za duzo ceregielic i przyjąć to naturalnie. Nie pierwszy raz przeciez mi sie to w Chinach zdarza ale jakos jednak ciagle troche głupio.

Wnetrze jednej z dziesiatek swiatyn buddyjskich w Luang Prabang.

Na obiad zjadłam tyle ze w porze kolacji nie byłam zupełnie głodna ale gdy moj kierowca zapukał do drzwi z radosnym „chifan!”, nie mogłam przeciez odmówić. Okazało sie ze tylko ja jadłam a naprawde nie byłam głodna, mimo to wcisnelam w siebie baklazany i sałate z ryżem (całe szczęście wynegocjowalam sobie ze nie zamawiamy mięsa). Po jedzeniu przeszliśmy sie spacerkiem do granicy. Noc byla ciepła i po wieczornym obzarstwie bardzo milo sie było troche przewietrzyc, przy okazji kolejny raz próbując swoich sił w mandarynskim.

Rano moi kierowcy strapieni oznajmili mi ze nie udało sie załatwić w Mohan wszystkich interesów i musza zostac tam dłużej wiec nie pojadą ze mna do Luang Prabang. Ruch na drodze do granicy byl duzy, sporo dobrych, drogich terenowych aut, sporo ciezarowek tak ze widzialam ze nie zajmie mi duzo czasu zlapanie kogos innego i nie przejelam sie za bardzo ta zmiana planów. Moi kierowcy na pozegnanie zaprosili mnie jeszcze na obfite śniadanie i pomogli wymienić pieniądze po korzystnym kursie. W ten oto sposob stałam sie posiadaczka 750 000 kipow świadoma ze w razie gdyby mi zabrakło, na koncie mam ich jeszcze grube miliony (1 zl to 2500 kipow a wiec by zostac milionerem w Laosie wystarczy 400 zł). Na koniec zostałam podwieziona pod sama granice i pozegnalismy sie serdecznie. Granice przeszłam pieszo zatrzymujac sie dla zrobienia sobie zdjecia na tle bardzo oryginalnego budynku laotanskiej straży granicznej, swiatyniopodobnego przybytku całego w złotej farbie. Na granicy żadnych problemów, wszyscy bardzo uprzejmi i wladajacy dobrym angielskim. Dostalam pieczatke uprawniajaca do miesiecznego pobytu w Laosie. Tego dnia mijaly dokladnie 4 miesiace od mojego przylotu do Szanghaju. Wyszlo to tak jakby cale to opoznienie z nocowaniem w Mohan bylo tylko po to by do tych okraglych czterech mięsiecy dobić, zabawnie.

Bezchmurne niebo nad Luang Prabang i jego urocza postkolonialna zabudowa.

Po laotanskiej stronie zostałam zaatakowana ofertami przewozu do Luang Prabang autobusem ale odmawialam wytrwale pokazując tabliczkę ktora napisała mi jeszcze Daisy z chińska nazwa tej miejscowości. Jesli chodzi o te drogie terenowki to nie wiem czemu ale jakos sie ich za duzo juz nie pojawiało i w ogole ruch sie znacznie osłabił ale tak czy owak nie zajęło mi wiecej niż 10 minut złapanie mojego pierwszego samochodu (chinski van). Dużym ułatwieniem jest punkt w którym zatrzymują sie wszystkie auta ciężarowe dla wypełnienia jakichś formalności celnych i sanitarnych (myja im tam opony i każą wypełniać jakieś druczki). Panowie z obsługi tego punktu życzliwi i przychylni mojej idei stopowania do Luang Prabang bardzo sie ucieszyli gdy znalazłam kierowcę. Myslalam ze pojedziemy razem do samego Luang Prabang wlasnie wyszlo jednak na to ze po tym jak utkwilismy na dobre w kolejce do specjalnej maszyny jonizujacej moj kierowca znalazł mi kogos innego w zastepstwie, takze Chinczykow, tym razem w drugim w całej mojej stopowej karierze w Chinach tirze.

Kolejny raz dwóch kierowców, młodszy w wieku 26 lat, starszy ok. 50, ten drugi bardzo gadatliwy i z zadatkami na nauczyciela, jesli widzial ze czegos nie rozumiem to tak długo i wytrwale tłumaczył na rożne sposoby, w ostateczności takze zywo gestykulujac, az w koncu zaczynalam rozumiec lub przynajmniej udawalam ze rozumiem bo inaczej przeżywał to bardzo emocjonalnie jako osobista porażkę a przeciez nie chciałam mu robic przykrości. Ogólnie rzecz biorąc udawanie ze rozumiem wychodziło dobrze tylko na krótka metę bo w koncu prędzej czy pózniej padało jakieś pytanie na ktore wymagana byla ode mnie odpowiedz i nie dało sie juz dłużej ukrywać ze nie wiem o co chodzi wiec staralam sie jak moglam skupic i rozumiec naprawde. Zabawne było tez jesli rozumialam pytanie ale nie miałam pojęcia jak na nie odpowiedzieć, trzeba było wtedy ćwiczyć z kolei moje umiejętności gestykulowania i składania znaczeń z innych słów ktore znam tak zeby dać mgliste pojęcie na temat mojej zamierzonej odpowiedzi. Jednym z takich pytań ktore kompletnie zbily mnie z tropu było pytanie o prace moich rodzicow. Spróbujcie wytłumaczyć na migi zawód księgowego. Próbowałam zbyc temat słowkiem „laoban”, szef, i „gongsi” czyli firma, jako ze maja własna firmę ale zupełnie to mojego rozmówcy nie zadowalalo bo chciał wiedzieć dokładnie czym sie ta firma zajmuje. Trudno powiedziec czy w koncu zrozumial. Moja prace w Szanghaju do niedawna tez opisywalam w dosc ciekawy sposob znanymi mi słowami ktore zestawione razem znaczyły mniej wiecej tyle ze maluje domy na komputerze. W koncu jednak zapamiętałam jak powiedzieć „architekt”, ale za Chiny nie spodziewałam sie ze mnie w Chinach beda pytać o rodzicow i to jeszcze tak uparcie. Poza tym jesli juz jesteśmy przy rodzicach to tez standardowym tematem autostopowym jest to ze jestem jedynaczka, zdziwienie z tego powodu, bo w koncu w Polsce nie ma limitu urodzeń i stwierdzenie ze oni sami by swojej corki nie puścili w taka podróż ;) No i ze za mna tęsknią rodzice i czy ja tęsknię za domem. Poza tym wiadomo – skad i dokąd jadę, kiedy wracam do domu, czy i kiedy wracam do Chin. Większość kierowców stwierdza tez niespodziewanie ze bardzo lubi Polskę i ze to piękny kraj choc idę o zaklad ze połowa z tych ktorzy tak mówią nie wiedza nawet gdzie dokładnie Polska leży. Czesc nie wstydzi sie swojej niewiedzy i pyta wprost gdzie to, tlumacze im wtedy ze miedzy Rosja a Niemcami bo po pierwsze nie mam pojecia jak po chinsku brzmia nazwy Litwy, Ukrainy, Bialorusi itd. a po drugie skoro nie znaja Polski to niby z jakiej racji mieliby znac tamte kraje. Niektorzy wiedza naprawde i pytają o szczegóły, czy tam bardzo zimno, ile u nas ludzi mieszka, gdzie jest moje miasto. Gdy słyszą ze moje miasto ma tylko pol miliona ludzi, maja je za zapadła wioskę a to ze cała Polska liczy mniej ludzi niż dwa Szanghaje śmieszy ich niebywale. Pare razy padło tez klopotliwe pytanie czy podobają mi sie Chińczycy i czy mogłabym wyjść za mąż za któregoś i zamieszkać tutaj. I w ogole czy lepsza jest Polska czy Chiny. Co tu odpowiedzieć zeby nie urazić rozmówców? Próbowałam jak zwykle dyplomatycznie wymigiwac sie od odpowiedzi ale przyciskana do muru odpowiadałam zawsze ze choc Chiny sa bardzo piękne i bardzo lubię Chinczykow to jednak mimo wszystko w zasadzie preferuje rodaków.

Jesli chodzi o droge ktora pokonywalismy w Laosie to slyszalam o niej juz wczesniej wiele i z poczatku nie mogłam sie nadziwić o co chodziło krytykom. Oczywiście nie byla to autostrada tylko normalna gorska droga pelna zakretow ale z porządnym asfaltem i nie widzialam niczego do czego moznaby sie przyczepic. Mijalismy ubogie wioski z trzcinowo-bambusowymi domami na palach, gromadami polnagich dzieci i tak dalej i szczególnie na tym tle droga wydawała sie jakby z innej bajki. W koncu dotarliśmy do jakiejs wiekszej miejscowości, gdzie zatrzymaliśmy sie na obiad w chińskiej knajpce. Kiedy ruszylismy z powrotem, zrozumiałam. Droga od tego miejsca stała sie drastycznie różna od tamtej, zupełnie tak jakby laotanska granica przebiegała dopiero tedy. Asfalt pojawiał sie epizodycznie ale były to raczej plamy, kałuże asfaltu niż normalna nawierzchnia, poza tym żwir, ziemia, mnóstwo dziur na ktorych rzucało nami na wszystkie strony. Jednym słowem, wesoło. Maksymalna prędkość jaka mógł osiągać nasz tir na takiej drodze wynosiła 30 km/h i tak tez sobie pomykalismy niemal do samego Luang Prabang droga do którego zajęła nam od granicy łącznie jakieś 11-12 godzin. Kiedy w koncu zjawilismy sie w Luang Prabang, było juz całkiem ciemno. Zjedlismy kolacje wspolnie z kierowcami innej ciężarówki z którymi spotkaliśmy sie na miejscu, pod chinskim supermarketem, po czym pozegnalismy sie serdecznie a ja poszłam szukać hostelu.

Dobrym miejscem do rozpoczęcia poszukiwań był dysponujący szybkim wifi elegancko urządzony bar zaraz niedaleko, przy głównej drodze, gdzie za owocowy koktajl zapłaciłam banknotem 20 tys. kipow otrzymując 8 tysięcy reszty. Mniejsza o to ze w przeliczeniu na złotówki kosztowało to ledwo 5 złotych, byla to moja pierwsza transakcja w kipach i ilośc zer robila wrazenie. W Laosie niewiele trzeba by stać sie milionerem. Szukając drogi do hostelu zobaczyłam kilka zagranicznych osob po drugiej stronie ulicy i w naiwnosci swojej przywiezionym z Chin zwyczajem zamachalam przyjaźnie okazując entuzjazm ze spotkania. Chwile potem odkrylam ze w Luang Prabang machac radośnie powinno sie raczej lokalnym ktorzy stanowią tu specyficzna, rdzenna mniejszość etniczna tonąca w morzu przybyszów z zachodu. Ilości zagranicznych ludzi dokola były powalajace i po Xishuangbannie gdzie przez kilka dni nie spotkalam ani jednego zachodniego turysty przytloczylo mnie to szczególnie. Byli to tez niestety w przytaczajacej większości ludzie specyficznego gatunku, którego zupełnie nie miałam ochoty oglądać i słuchać, ludzie tworzacy wokol siebie atmosfere koloniino-wczasowa na tyle silna ze nawet jesli znalazly sie w hostelowym gronie i innego typu osoby to ich obecnosc trudno bylo zauwazyc. Dziewczyny wystrojone, wymalowane, większość dnia spędzaly zwykle na tarasie opalajac swoje imponująco zadbane, perfekcyjnie ciała lub ewentualnie wybierały sie na krótki spacer po ścisłym centrum, faceci pasujacy do kompletu, dobierali sie z dziewczetami w parki na wieczornych imprezach z ktorych wszyscy razem wracali pijani w sztok nad ranem. Zeby była jasność, nie potępiam nawet tego upijania sie, raz na jakis czas mozna, ale po prostu czuło sie w tym bezdenna pustkę i głupotę. Taka az nawet smutna, ze mi ich było żal a pewnie im było żal mnie. Drugim gatunkiem byli zachodni emeryci i emerytki podróżujący samotnie, w parach lub ewentualnie zorganizowanymi grupami, ktorych to grup na szczęście nie było zbyt wiele. indywidualni starsi turyści wybierali sie zwykle do miejsc ktore ja zwiedzalam (nie bylo mowy o tym zeby spotkać tam grupy a juz na pewno nie stada kolonijne) wiec czułam z nimi jakas wież emocjonalna co tez z drugiej strony nie najlepiej mnie nastrajalo.

Teraz, gdy opuszczam Luang Prabang po spędzonych tam pięciu dniach, pora podsumować co tam właściwie robiłam. Na szczescie jak zwykle udalo mi sie znalezc wlasne sciezki i mimo pierwszego wrazenia, pod wieloma wzgledami musze powiedziec ze to miasteczko bardzo mi sie podobalo. Najprosciej moge je okreslic w ten sposob – bylo po prostu bardzo ladne, zlozone z dobrze zachowanych zabytkowych budynkow i niesamowicie sloneczne. Przy tych wszystkich zaletach trzeba sie bylo niestety pogodzic z tym ze nie bylam w nim sama. To nie Nuodeng, ktore trafilo mi sie jak slepej kurze ziarno ;)

Ale po kolei. Pierwszego dnia zaraz po przyjeździe poszłam spac mile zaskoczona tym ze zaprowadzono mnie do dormitorium nie prosząc o paszport, jakiekolwiek pieniądze itd. zakładając słusznie ze jestem zmęczona i ze na formalności bedzie czas rano. Zreszta rano tez mojego paszportu ani jakichkolwiek innych dokumentow nikt nie chcial, poprosili tylko o moje imie, ktore im zapisalam na kartce. Jesli chodzi o płacenie to z niewiadomych przyczyn prosili wszystkich zeby płacić im przy wyjeździe i nawet jak juz wyjeżdżalam i zgłosiłam sie do zapłaty to z poczatku niewielkie wzbudziłam zainteresowanie i gdybym chciała mogłabym spokojnie opuścić to miejsce nie płacąc.

Rano wyruszyłam samotnie na zwiedzanie miasteczka i wyprobowany juz wielokrotnie w Chinach instynkt podrozniczy wywiódl mnie nad Mekong, dokładnie w miejsce gdzie zauważyłam grupę miejscowych przeprawiajaca sie na druga stronę rzeki na barce pełniącej także role promu samochodowego. Postanowiłam popłynąć wraz z nimi jak zwykle nie mając pojęcia co zastane po drugiej stronie i tym bardziej będąc tego ciekawa. Na barce oprócz mnie nie było ani jednego zagranicznego człowieka zapowiadalo sie wiec ciekawie. I rzeczywiscie, po drugiej stronie odnalazłam wioskę raczej niż miasto, z malownicza, pusta prawie, senna uliczka ciagnaca sie wzdłuż rzeki. Mozna tam było natrafić na stragany z lokalnymi przekaskami z ryzem, warzywami, imbirem, orzechami i duża ilością innych składników ktorych nawet nie wiem jak nazwać a uroczo sie usmiechajace sprzedawczynie z rzadka mówily po angielsku co świadczyło o tym ze trafiłam w miejsce w ktore chciałam trafić. Spróbowałam wszystkich przysmakow ktorych tylko sie dało, wstapilam do każdej ze swiatyn, z ktorych niektóre były naprawde niezwykle ciekawe, dałam sie obszczekac wiejskim psom zapedziwszy na koniec w rejony gdzie juz sie droga dawno zamieniła w polny dukt i wiodła miedzy polankami bananowcow i drzew papajowych a inna bujna i dzika tropikalna roslinnoscia.

Pysznosci, swieze i gorace!

Bananowce!

Papajowce! ; )

Jesli chodzi o świątynie to mimo tak małego ruchu turystów, czekała mnie przy każdej cierpliwie pani z biletami po 10 000 (4 zł) każdy. To co zastanie sie w srodku jak zwykle bylo niespodzianka – niektore swiatynie bogate byly w przepiekne zabytkowe freski tworzace historie w ktore moglabym sie wpatrywac godzinami, inne z kolei miały tylko bielone ściany i tanie linoleum na podłodze. Czasem, calkiem czesto – mix linoleum i freskow.

Czasem po drodze mialam okazje podpatrzyc troche mniszego zycia. Tutaj: pranie w Mekongu.

W jednym miejscu, przy wstępie do swiatyni ukrytej wewnątrz jaskini zobaczyłam tylko zamknięte na kłodke drzwi i postanowiłam dopytac sie mnichów mieszkających niedaleko jak moge sie tam dostać. Młody adept, chyba 10-letni, popedzil zaraz dla mnie po kluczyk i otworzył podwoje jaskiniowej swiatyni po uprzednim zainkasowaniu kolejnych 10 tysięcy. Było to bardzo ciekawe miejsce, o wiele większe niż sie spodziewałam, kilka połączonych ze sobą dużych sal ze starymi, zniszczonymi figurami Buddy wygladajacymi spomiędzy stalaktytow i stalagmitow a szczególne wrazenie robiło to ze zwiedzalam je sama, z latarka, ktora dal mi ten małym niecierpliwie na mnie spogladajacy mnich a ktorej światło drażnilo ukryte w srodku nietoperze ktore raz nawet wylecialy nam naprzeciw z najciemniejszego zakamarka. Zrobiłam kilka zdjec ale nie do konca udalo mi sie pokazac wrazenie, tak to bywa z tymi zdjęciami.

Ociagalam sie z wychodzeniem mając nadzieje ze moze mnich (mniszek?) zostawi mnie tam w koncu sama. Wyszedł w koncu rzeczywiscie ale tylko po to by czekać na mnie na dworzu i zaatakować prośba o kolejna opłatę, tym razem „for guide”. Jedyne co moj „guide” zrobił polegało na wskazywaniu poszczególnych posagow i komunikowaniu mi przy tym obrazonym jakby troche, nieprzyjemnym krzykliwym glosikiem: „Buddha! Buddha!”. Gdy płacilam za bilet nie było mowy o jakichś dodatkowych opłatach i uważałam ze sobie ten chłopiec na ich zadanie zwyczajnie nie zasłużył ale skoro było to tylko kolejne 4 złote to głupio mi mi było odmówić. Moze potrzebuje. Chociaż mógłby byc przynajmniej milszy prosząc o to, słowo daje. Z innych takich sytuacji gdzie mogłam sie kłócić ale dałam sobie spokój – widzialam jak lody sprzedawano miejscowym po 2500 kipow a mnie sprzedano za 5000. To dwa złote zamiast złotówki wiec znow – odpuscilam. Jeżeli w Chinach robiono mnie w ten sposob w konia to na tyle dyskretnie przynajmniej ze nigdy sie nie zorientowałam.

Mniszek-przewodnik czekajacy na mnie przed wejsciem.

Wracajac na druga strone Mekongu wzielam taka lodke, z zaledwie trzema osobami na pokladzie (sami lokalni i ja), kosztowalo to 5000 kipow.

Wieczorem tego samego dnia – wycieczka do slynnej „Utopii” na imprezę halloweenowa a potem, klasycznie dla zwyczajów tego miasteczka opisanych juz przez Przemka Skokowskiego ktory był tu ledwie pare tygodni temu – kręgielnia, jedyne miejsce w miasteczku otwarte po 23:30. Wybralam sie tam z ludźmi ktorych poznałam w „Utopii” – calkiem sympatyczna trójka Australijczykow, dwóch chlopakow i dziewczyna jednego z nich. „Utopia” spodobała mi sie pod względem achitektonicznym, bardzo ciekawy, przemyślany projekt łączący plynnie zadaszone ale i otwarte na zielen przestrzenie do przesiadywania na matach i poduchach z obszernym ogrodem ze stolikami do ktorych dochodziło sie meandrujac miedzy drzewami i rzezbami po zwirowych ścieżkach. Do wyboru miejsc do polegiwania bylo wiele, w tym takie z widokiem na gwiazdy nad Mekongiem. Wierzyć sie nie chciało ze miejsce z takim potencjałem, w którym z przyjemnością spedzaloby sie czas az do świtu, zamykali codziennie jeszcze przed północą. A przeciez ludzi mieli tam tłumy, tracili wiec okazje do duzo większych zysków. Cóż. Niestety jesli chodzi o muzykę tego dnia wyjątkowo mi nie podpasowala, głośna i nieprzyjemna, nie dało sie nawet normalnie porozmawiać.

W piątek wyspawszy sie dostatecznie poszłam przejść sie po mieście i zaszywszy w jednej z kawiarenek na bananowego milkshake’a wypisac troche pocztowek do tych, ktorym to obiecalam na samym poczatku mojej wyprawy i kiedy hasło „pocztowka z Laosu” brzmiało zupełnie abstrakcyjnie.

Po południu spotkałam sie z Brazylijka poznana tego ranka w hostelu i jej znajoma ze Stanów. Poszlysmy ogladac zachod słońca z tarasu widokowego na gorujacym nad miastem wzgórzu. Niestety, tłumy ludzi sprawiły ze nie było to dokładnie to o co nam chodziło – najwyraźniej musiała to byc jedna z atrakcji sugerowanych w „Lonely Planet”… Az sama czulam sie zazenowana robiac zdjecia na ktorych oczywiscie tlumow nie widac bo czulam w tym falsz i wiedzialam ze zapamietam to miejsce inaczej. Jasne, moglabym tego nie pisac, ale tak bylo i tyle i nawet z mojego reportazowego punktu widzenia (jakos chyba mi sie taki krystalizuje powoli) myslalam sobie ze wiekszy sens mialoby wlasnie robienie tam zdjec z ludzmi, bo to „people watching” a nie „sunset watching” mozna tam bylo najlepiej uskuteczniac.

W sobotę czekała mnie pobudka o 5 rano i spacer szlakiem zbierajacych poranne datki mnichów. Podobnie jak wzgórze o zachodzie, okazało sie ze mimo tak wczesnej pory turystów jest na tym szlaku oblężenie i to tym razem głownie zorganizowanych wycieczek koreanskich emerytów, ktorzy zaplacili za dowiezienie busikami, usadzenie na specjalnych poduszkach na chodnikach wzdluz drogi i wyposażenie w artykuły ktore beda mnichom wręczać – nieszczegolnie apetycznie wyglądające kruche ciasteczka pakowanie każde oddzielnie w foliowe opakowanie i banany. Pomiędzy tymi grupami mozna było wypatrzyc czasem i lokalnych choc pojawiali sie raczej sporadycznie. Lokalni poza tym co juz było wymienione wydzielali tez mnichom małe porcje „sticky rise”, kleistego ryżu, typowej potrawy tego rejonu ktora jada sie rekami, toczac z ryzowej masy kulki. Bardzo niehigieniczne to, owszem. Mnisi rzucali potem tym ryżem i ciasteczkami celujac w podstawiane im przez lokalne dzieci siatki foliowe z zacietymi minami ktore swiadczyly o tym ze wyraźnie chcą sie tego wszystkiego pozbyć. Ogólnie cała ceremonia sprawiała raczej przygnębiające wrazenie. Turyści pstrykali mnichom zdjecia błyskajac fleszem po oczach i tworząc wokół nich niemaly tlumek. Im dalej szło sie od centrum tym, rzecz jasna, turystyczne gremium malało na rzecz lokalnych, z ktorych niektóre starsze wiejskie kobiety wydawały sie jedynymi naprawde przekonanymi do tego co robią osobami w całym tym towarzystwie. Ale nie było ich wiele.

Idac dalej, „do źródła” skad wypływaly potoki pomarańczowo odzianych mężczyzn i chłopców natrafialam na przepiekny kompleks klasztorny na ktory skladalo sie miedzy innymi kilka niewielkich budynków zdobionych wspaniałymi mozaikami z kolorowych szkielek. „Źródeł” było zreszta wiecej bo w ogole całe Luang Prabang pełne jest swiatyn i klasztorów. Odwiedziny w tym akurat miejscu z najpiękniejszymi chyba w miasteczku mozaikami było szczególnym doświadczeniem wlasnie dlatego ze wszyscy turyści o tej porze rzucili sie uczestniczyć w „morning alm giving” i byłam tam prawie sama.

Ideologicznie to troche dziwny motyw tutaj tak swoja droga z tym chlopem okladajacym kobiete kijem… Ale pewnie nie rozumiem kontekstu (?).

Tego samego dnia pojechaliśmy w grupie 16 osob (zeby tuktuk wyszedł taniej) nad słynne wodospady. Wyglada na to ze ten dzien po prostu musiał byc naznaczony tłumami a ja kolejny raz uświadomiłam sobie ze jakkolwiek piękne byłoby to co dane mi jest oglądać, jesli mam doświadczac tego pospolu z tłumem innych ludzi, nie potrafię sie tym zupelnie cieszyć. Tym razem znowu, jak zwykle, choc na chwile udało mi sie umknac, pospolu z Amerykanka ktora poznałam kilka dni wczesniej a ktorej imienia niestety zapomnialam za co mi wstyd szczególnie jakoze była to bardzo miła osoba, co prawda starsza ode mnie mniej wiecej dwukrotnie ale to nie przeszkadzalo nam zupelnie sie dogadać (bo i czemu by miało?). Nasze 16-osobowe stado eksplorujac sciezki w parku wodospadowym stanęło w pewnym momencie przed dylematem wyboru drogi jakoze oznaczenia nie były jednoznaczne. 14 osob zdecydowało sie iść prosto, szlakiem ktory biegł łagodnie w dół, ze strumieniem, a my dwie postanowilysmy piąć sie do gory. W pierwszej chwili nie zauważyłam ze w ogole jest tam jakas ścieżka. Po chwili zauważyłam ze ścieżka jest, ale tak zarośnięta ze najwyraźniej nikt nie przemierzal jej od tygodni. Nasza trasa była tez obficie pokryta pajeczynami i czesto wymagała wchodzenia w błoto po kostki, strumień do kolan, lawirowania miedzy nisko plozacymi sie gałęziami drzew itd., caly czas wytrwale pnac sie do gory.

Ta akurat pajeczyna byla za wysoko zebysmy na nia wpadly. Jedna z najbardziej malowniczych i pajeczyn jakie dotad widzialam, zwlaszcza w tym sloncu. Poza tym bardzo duza…

Jeszcze na „normalnej” sciezce.

Było to mniej wiecej cos podobnego pod względem trudności do trasy ktora sobie wymyśliłam w Shilin tyle ze tam wiecej bylo podrapan przez chaszcze a tu raczej nieprzyjemnosci wynikaly z grzezniecia w blocie. Podobnie jak w Shilin widac tu bylo co jakis czas slady bardzo prymitywnej i od dawna nieuzywanej sciezki. Tak czy owak juz po paru minutach widać było ze gdybyśmy miały troche rozumu powinnysmy były zawrócić. Jak zwykle jednak stwierdziłam ze nie zawroce przynajmniej zanim nie zobacze co jest za nastepnym zakretem, chaszczami itd. a ze zawsze były jakieś kolejne nowe zakrety i chaszcze a wiec sie szło dalej. Podobnie jak w Shilin pare razy mialysmy momenty zawahania w ktorych stwierdzalo sie: „alez nie możemy iść dalej, to absolutnie nie do przejścia w tych warunkach” po czym jakos sie dalej szło wlasnie po to zeby sprawdzić czy serio sie nie da. Po jakiejś pol godzinie takiego marszu i wlasnie dokładnie po najcięższym zawahaniu kiedy to moja towarzyszka byla juz zdecydowana zawrocic, dotarlysmy ni z tego ni z owego z powrotem do wygodnego, turystycznego szlaku i zorientowalysmy sie ze jesteśmy na szczycie wodospadu. Oczywiście musiała byc do tego miejsca jakas inna, wygodna droga bo spotkalysmy tam zaraz grupki zachodnich emerytów ktorzy dotarli tam w nieskazonych blotem i woda trampkach (my obie mialysmy na sobie kompletnie mokre i zablocone trekkingowe sandaly i nogi po łydki w błocie). Z dodatkowych atrakcji musze jeszcze wspomnieć moja pierwsza w życiu pijawke, ktora przyssala mi sie do stopy na wysokości kostki. Nie zauważyłabym jej nawet gdyby mi o niej nie powiedziano bo wcale to jej przyssanie sie nie bolało. W odruchu obrzydzenia nie myśląc wiele straciłam ja po prostu, poszło łatwo, odpadła zostawiając po sobie ranke dość mocno krwawiaca jak na takie małe skaleczenie. Zrobiłam zdjecie bo wygladalo to tak dramatycznie ze az mi sie smiac chcialo a tymczasem wcale nie bolało i wydaje mi sie ze musiało byc zupełnie niegroźne (pijawek używa sie przeciez wrecz do leczenia). Tym niemniej wrazenie troche odrazajace i od tej pory ile razy musiałam wejść glebiej w stojąca wodę, wyobraźnia zaczynała mi nadmiernie pracować w kwestii tego co sie tam w towarzystwie moich stop znajduje.

Slady po mojej pierwszej pijawce.

A wiec mialysmy troche pijawkowego trekkingu ale widoki po drodze nie były wtedy szczególnie zajmujące (zreszta patrzylo sie głownie pod nogi), z kolei potem widoki były przepiękne ale ludzie wszystko psuli. Psula tez zabawę świadomość ze musimy odnaleźć resztę grupy bo tuktuk mial nas wszystkich zabrac z powrotem a poza tym moze sie o nas martwili (nie mieliśmy swoich numerów telefonów). Odnalazlysmy wszystkich dość łatwo, kapiacych sie w jednym z wodospadowych „tarasów”. Dolaczylysmy sie oczywiście. Woda była przyjemnie chłodna co po trekkingu w błocie przy panującym tu upale było cudowna odmiana i widoki bardzo piękne. Żałuje tylko ze nie przyjechalam tam z samego rana, byłoby wtedy pusto. No trudno! Tym ktorzy to czytają i wybieraja sie tam radzę zrobić tak jak Przemek Skokowski – wypożyczyć skuter i pojechac tam zanim zdecydują sie na to inni.

Na cywilizowanej sciezce, dla odmiany. Z blotnisk nie mam zdjec, nie mialam o tym sily myslec.

Zdjecie pstrykniete z tuktuka w drodze powrotnej do centrum.

Niedziele spedzilam z Emma, 19-letnia zaledwie Australijka poznana w hostelu. Emma podobnie jak ja w Chinach, przed przyjazdem do Laosu spędziła 4 miesiące na polnocy Tajlandii gdzie nauczyła sie podstaw jezyka przebywając czesto w miejscach gdzie nie sposob było uświadczyc zagranicznych turystów, mieszkając i pracując z lokalnymi ludźmi itd. Jej tajski miałam okazje sprawdzić w trakcie naszej wycieczki rowerowej znow na druga stronę Mekongu gdzie udawalo jej sie z całkiem dobrym skutkiem dogadywać w tym jezyku z miejscowymi Laotankami nie znających angielskiego. Dzieki jej językowym zdolnościom miałam okazje załapać sie na poranny poczestunek „morning glory” ktorymi nas obdarowano. Nigdy wcześniej nie jadłam czegoś takiego, dla Emmy z kolei było to zupełnie naturalne. Chciałabym moc zamieścić tu jakieś zdjecia ale niestety nie zrobiłam żadnych – Emma ktora sama w ogole aparatu ze sobą nie wozi, uświadomiła mi ze ludzie w krajach Azji Południowo-Wschodniej nie lubią jak sie im robi zdjecia, ze ich to obraza i ze nie powinnam nawet próbować pytać ich o zgodę bo tylko zepsuje atmosferę. Emma była tak ortodoksyjna w swoim wyborze rezygnowania z fotografowania czegokolwiek ze nawet zdjecie samego jedzenia, bez ludzi ktorzy nas nim częstowali było według niej nie na miejscu. A wiec tym razem będzie sam opis, szkoda bo było to wszystko bardzo malownicze i szczerze mówiąc uważam ze biorąc pod uwagę nasze (Emmy) z nimi rozmawianie i siedzenie sobie razem dość długo w miłej atmosferze propozycja wspolnego zdjecia a juz na pewno zdjecia samego jedzenia bylaby zaakceptowana bez problemu i z usmiechem. Badz co badz zdjec nie mam wiec teraz pora na opis. Na srodku stołu stała duża cynowa miska a w niej – liście sałaty, plasterki imbiru, czosnku, jakies chrupkie pieczywo, koperek, pietruszka, orzechy i inne jeszcze świeże składniki ktorych juz nie pamietam. Wybieralo sie listek sałaty, nakładalo po trochu wszystkiego, do tego kulka kleistego ryżu, troche sosu ktory także przyrzadzono wlasnie świeży i pyszny, lekko kwaskowaty (z orzechami tamaryndowca?), wyśmienite, lekkostrawne i zdrowe. Innym wariantem było jeszcze pakowanie tego wszystkiego w „opłatki” z „paper rise”, papierowego ryżu (?) zamiast sałaty. Po tak spędzonym poranku wybralysmy sie w dalsza droge wgląb ladu, kolejny raz podążając za przeczuciem by sprawdzić co jest za kolejnym zakretem. Tym razem doprowadziło to do odkrycia ze wioski w tej okolicy wytwarza ceramikę w postaci cegieł i różnego rodzaju glinianych naczyń. Właściwie nic specjalnego poza tym nam sie nie rzuciło w oczy i jakoze nasze rozklekotane miejskie rowery wybitnie nie nadawały sie na te drogi, zdecydowalysmy sie w koncu zawrócić.

Po poludniu – spotkanie w Utopii z Australijczykami ktorych poznałam wczesniej i wspolny wypad na hot-pot nad Mekongiem (pyszny, jak to chinskie jedzenie). To nieprawda ze wszyscy ludzie ktorych spotykalam w Luang Prabang byli w typie opisanym wczesniej – moi australijscy znajomi byli zupelnie w porzadku a jednak po prostu nie tego typu ktory moglby sie do mnie dolaczyc, z roznych wzgledow. Podobnie rzecz sie miala z Brazylijka i Amerykanka o ktorych pisalam wczesniej. A przeciez wszedzie wczesniej tak bylo latwo o kompanow do autostopu! Przyznam szczerze, liczylam ze i tu bedzie… W drodze powrotnej do hostelu samotna przejażdżka rowerem nadrzecznym bulwarem cieszyła mnie ogromnie – gorąca noc, światła mijanych po drodze hoteli, knajpek i domow. Jakos tak bardzo, bardzo miło mi było tak sobie jechac.

Jesli chodzi o Emme to juz na samym początku naszej znajomosci zorientowawszy sie kto zacz rzucilam pomysł stopowania razem dalej po Laosie, ktory to pomysł został momentalnie podchwycony. Im dłużej słuchałam jej porozumiewajacej sie z miejscowymi po tajsku, ktory chwytali w mig (zapewne tak jak Polacy słowacki i czeski), tym bardziej upewnialam sie ze fajnie bedzie jechac razem (choc jednocześnie tym bardziej analfabetycznie sie czułam bo mandarynski w tym wypadku nie mógł mi sie przydać do niczego). Jej ekstremalne opinie w kwestii fotografowania i sugestie ze moge obrażać kogos nieświadomie, na ktore to sugestie jestem szczególnie podatna bo wlasnie bardzo bym chciała tego uniknąć, wzielam sobie do serca i zrobiło mi sie cieżko na duszy myśląc o tym ze w takim razie od tej pory jedyne co bede mogła fotografować to krajobrazy i kwiatki. Dopiero po jakims czasie naszla mnie refleksja ze moja znajoma przesadza i wyolbrzymia tak jak to juz pisalam wczesniej. W ogole Emma, podobna wiekiem do Aileen, w tendencjach ekstremistycznych troche mi ja przypominała. Jej sposob podróżowania – bez jakiegokolwiek aparatu, na kilka miesiecy z malym plecakiem wazacym chyba z 8 kg – nietypowy i godny podziwu. Nie do konca podobalo mi sie podobienstwo do Aileen bo oznaczalo to ze tak samo jak i tamta moja niemiecka autostopowa towarzyszka, Emma patrzyla na mnie czesto jakby z gory, z pozycji kogos kto ma do tego moralne prawo bo zwyczajnie w swoich podrozach jest bardziej doswiadczony choc mlodszy co napawa trudna do ukrycia duma. To prawda, w pewnym sensie, z tego co slyszalam z jej opowiesci rzeczywiscie podrozowala dluzej i wiecej ode mnie. Slyszalo sie te jej dume doskonale w rozmowach kiedy to nie mogla sie Emma nadziwic co tez ja woze w swoim duzym plecaku albo kiedy patrzyla na mnie lekko zdegustowana jak robie zdjecia cenzurujac sie i tak by robic ich jak najmniej. Jak zwykle jednak postanowiłam sie tym szczególnie nie przejmowac zwłaszcza ze Emma była jedyna jak dotąd osoba poznana tu w ciagu tak długiego juz czasu ktora zgodziła sie ze mna stopowac dalej. Poza tym wiedziałam ze zawsze mozemy sie rozlaczyc i chciałam chociaż spróbować.

Niestety albo stety, Emma zrezygnowała, praktycznie w ostatniej chwili. Juz wczesniej zaczynała cos marudzic o swoich przeczuciach ze sie nikt nie zatrzyma ale udawalo mi sie wtedy ja przekonać ze przeciez skoro sie nie zatrzyma to obie weźmiemy autobus – ryzyka żadnego nie było bo autobusy stad odjezdzaja często. Emma przystala na to latwo a jednak mimo wszystko niedlugo potem poprzez fazę wahania kiedy miała zamiar rzucać moneta przeszła do stanu w którym była juz pewna ze wcale nie chce próbować i ze jedzie do Vang Vieng minivanem z innymi ludźmi z hostelu. Śmieszne było to ze brała ten zorganizowany, ultraturystyczny minivan zamiast pojechac na dworzec autobusowy i samej kupic sobie bilet na lokalny transport – taniej i klimatyczniej, z miejscowymi, ktorych sie tu przeciez tak rzadko widuje. Zaproponowałam jej to nawet jako ciekawsza opcje, stwierdziła ze tak zrobi ale wiem ze w koncu wzięła ten minivan niezależnie od tego jak sie zzymala na nasze hostelowe towarzystwo. Jeszcze troche tego poranka sie kajala w kwestii tego ze zostawia mnie „na lodzie”. Myślała pewnie ze jak nie bede miec kompanii to odpuszcze. Jasne ze nie! Pomachalam jej na pożegnanie i wybrałam sie na wylotowke.

Zanim bedzie o tym jak sie stopowalo w Luang Prabang pora jeszcze na pare słów retrospekcji o naszym zorientowaniu sie co wiedza na temat autostopu miejscowi. Zaczęło sie od tego ze postanowiłam poprosić w recepcji o kawałek kartonu. Dostałam zamiast tego kartkę papieru A4 i ponieważ demonstracyjny fragment starego kartonu ktory zawsze wozilam ze sobą gdzies mi sie akurat zgubił, próbowałam użyć hasła „cardboard”, także tlumaczonego przez internetowy translator. Jednoczesnie na pytania po co mi to opowiadałam zaraz o pisaniu nazwy miejscowości po laotansku, w czym chcialabym prosic ich o pomoc, i staniu przy drodze zeby zatrzymywać jadące tam samochody. Z tym staniem przy drodze z tabliczka bylo to tak niezwykle dla uszu chlopaka z hostelu ze zupelnie wyparl ze swiadomosci główny sens myslac pewnie ze sie przesłyszal i proponował nam wytrwale ze może nam napisać ta nazwę miejscowości na tablicy magnetycznej wiszacej tuż obok w holu, markerem. Upierał sie przy tym jakis czas zupełnie nie rozumiejąc ze nie zamierzamy łapać samochodów smigajacych akurat korytarzem hostelu. Właściwie w miarę rozmowy uświadomiłam sobie ze spokojnie moge sobie poradzić z przerysowywaniem tego napisu z internetu na własna rękę tak jak mi sie to juz wiele razy w Chinach zdarzało a karton znajdę bez trudu w pierwszym lepszym sklepie, jak zawsze, ale tez coraz bardziej mnie te kalambury bawiły i chciałam w koncu wytłumaczyć zafrapowanej hostelowej obsłudze (ktora juz we trójkę przysłuchiwalam sie nam po chwili) o co chodzi. Było to naprawde trudne bo czasem juz nawet zaczynali dla świętego spokoju przytakiwac po czym dodawali cos co świadczyło o tym ze nadal kompletnie nie rozumieją. Podobne niezrozumienie tematu wykazał chłopak z wypożyczalni rowerów którego zagadala Emma tak tylko dla sprawdzenia kiedy oddawalysmy je rano i zdaje sie ze wlasnie po tym zdecydowała ze tchorzy.

No cóż. Wybrałam sie wiec sama łapiac tuktuka do miejsca ktore poprzedniego dnia jeżdżąc sobie po miasteczku rowerem ta cudowna nocą (jasne ze bulwar nad Mekongiem mi wtedy nie wystarczyl) wypatrzylam jako idealne. Na miejscu bez problemu znalazłam odpowiedni kawałek kartonu w jakimś okolicznym zakładzie wulkanizacyjnym, wzbudzajac ogolny entuzjazm poprosiłam chłopców z obsługi o napisanie dla mnie Vang Vieng (poszło gładko) i ustawiłam na drodze uśmiechając zachęcająco do przejeżdżających blyszczacych terenowek. A, wlasnie! Luang Prabang zaskoczyło mnie ilością drogich aut o wygladzie takim jakby wyjechaly dopiero co z salonu. Praktycznie same terenowe co akurat jest zrozumiałe, ale ewidentnie tez bardzo drogie. Przeważały Toyoty ale mnóstwo tez było Landcruiserow, Hyundai’ow i Isuzu a kazdy wyglądał imponująco, kazdy wypolerowany i bez jednej nawet ryski, zupelnie tak jakby nagle polowa kraju wygrala w Totolotka. Obserwując niesamowite ilości takich aut przemieszczajace sie w kierunku Vang Vieng i dalej Vientiane, stolicy, byłam niemal pewna ze zaraz sie ktos dla mnie zatrzyma bo w koncu w Chinach to wlasnie „nowobogaccy” w luksusowych autach zatrzymywali sie najczęściej (moze tez dlatego ze po prostu prawie tylko ich było stać na jazdę płatnymi autostradami wiec trudno było nawet by zatrzymało sie dla mnie co innego?). Niestety, chociaż ruch był duży, stałam sobie dobre półtorej godziny bez skutku, w coraz goretszym słońcu. Właściwie stało mi sie całkiem dobrze mimo upalu i nawet miałam troche radochy z nawiązywania kontaktu wzrokowego i wymiany uśmiechow z kierowcami ktorzy jakkolwiek byli do tego sklonni to zatrzymywac sie jednak w koncu nigdy nie chcieli. Widzialam ze rozumieja idee bo niektorzy machali mi wyraznie dajac do zrozumienia ze jada gdzies blizej ale przeciez nie wszyscy… No coz.

Toyoty Hilux w duzej liczbie jezdzace po ulicach stolicy (zdjec z Luang Prabang nie mam bo jak jechaly mi naprzeciw jak probowalam stopowac to raczej zajmowalam sie usmiechaniem i staraniem zeby mnie ktos ze soba zabral ; ) ).

Gapilam sie tez zafascynowana na przejezdzajacych na rozpadajacych sie skuterkach i motorkach lub rowerach „prawdziwych Laotanczykow”, ktorych nie stać bylo na Landcruisery a oni gapili sie na mnie, machalismy sobie pozdrawiajac sie z usmiechem i obie strony miały z tego także sporo uciechy. Tak to wlasnie wygladalo – drogie terenowki i rozpadajace sie skutery, ewentualnie samochody ciężarowe ale praktycznie nic poza tym. Na skuterkach przemieszczaly sie czesto grupki nawet czteroosobowe, wliczając w to dzieci. Pasażerki siadaly za kierowca skuterka „po damsku” bo nosiły przeważnie spódnice i inna pozycja byłaby dla nich niemożliwa. Ale tez i faceci czesto jeździli w ten sposob a wszyscy nieodmiennie dyndali nad ziemia bosymi stopami w japonkach. Łączyło to zreszta uroczo lokalnych i turystów – wszyscy mieliśmy buty odkrywajace palce, rzadko widywalo sie kogokolwiek w pełnych. No, ja akurat stojąc w tym słońcu wyróżnialam sie pod tym względem – miałam na sobie kupione w Lijiangu ciężkie trekkingi, by nie musieć nosić ich w plecaku. Tak na marginesie, bardzo jestem z nich zadowolona, to był dobry zakup. Kolejny raz moge podziękować za to mojej jednojuanowej monecie.

Proby stopowania do Vang Vieng z ubozsza warstwa spoleczenstwa w tle.

Skoro jesteśmy juz przy temacie butów… Po półtorej godzinie bezowocnego stopowania w strone Vang Vieng zorientowałam sie ze… zapomnialam z hostelu swoich sandalow! Były to bardzo wygodne, porządne trekkingowe sandaly i w żadnym wypadku nie zamierzałam sie ich w ten sposob pozbywać. Cóż było robic! Zzymajac sie na swoje roztargnienie i jednocześnie ciesząc ze nie udało mi sie niczego zlapac bo dzieki temu mam szanse je odzyskać, wzielam tuktuk z powrotem do hostelu. Nie pisałam tu o tym ale jeszcze w Chinach, w Jinghong po raz pierwszy spotkałam sie z tym ze przed wejściem do niektórych miejsc trzeba obowiązkowo zdejmować buty – tak było w swiatyni do ktorej Daisy nie mogła wejść bo była chrześcijanka i potem także to samo miało miejsce we wszystkich kolejnych swiatyniach odwiedzanych przeze mnie w Laosie, ale dotyczylo to nie tylko swiatyn – to samo w muzeach i hostelach. Moje sandaly czekały wiec na mnie pomiędzy dziesiątkami innych butów przed wejściem.

Zanim przyjechałam z powrotem do centrum, sprawdziłam sobie autobus z dworca autobusowego mieszczącego sie całkiem niedaleko. Przejazd do Vang Vieng kosztował tyle samo co do Vientiane, 110 000 kipow, niezależnie od tego ze ta druga miejscowość, stolica, położona była dobre kilka godzin drogi dalej. Spisalam sobie godziny odjazdow, ktore wypadały nawet poznym wieczorem – wygodna opcja dla mnie bo miałam wiecej czasu na próby stopowania. Poki co skoro wróciłam juz jednak do centrum postanowiłam wybrać sie jeszcze do muzeum ktore do tej pory pominelam zwiedzając miasto (zawsze było akurat zamknięte). Po tym muzeum oczywiście także wszyscy zwiedzający przechadzali sie boso co zreszta było całkiem przyjemne bo oczywiście podłogę mieli tam czysta i z miłego w dotyku starego drewna. Muzeum mieściło sie w dawnej rezydencji królewskiej i mozna było podpatrzec w nim miedzy innymi sypialnie króla i królowej (każda z nich miała chyba z 60 metrów kwadratowych, olbrzymie pomieszczenia), ktore ze sobą sasiadowaly. Bezwiednie złapałam sie na kombinowaniu kto do kogo częściej przychodził na noc – a moze oboje mieli kogos na boku i sypialnie były obok siebie tylko dla pozoru. Poza tym mozna było podpatrzec kolekcje królewskich samochodów i portrety kierowców odznaczonych przez króla medalami. Była tez jakas wystawa czasowa ktorej tak naprawde nie było o czym przekonałam sie dopiero w ostatniej możliwej chwili kiedy juz przeszłam cała droge po palacowym parku podążając za strzalkami do niej prowadzącymi, wspielam po schodach do jednego z budynków i nawet zdjęłam buty podążając za wskazaniami z tabliczek. Zirytowalo mnie to troche bo zawsze to pare cennych minut ktore mogłam poświęcić na stopowanie minęło bezpowrotnie. Z drugiej strony zyskalam sporo czasu ktory poswiecilabym zapewne na zwiedzanie tego przybytku a wiec moze i lepiej.

Wrocilam w koncu na „moja” wylotowke i stałam tam jeszcze troche czasu do momentu az zorientowalam sie ze nie ma juz wielkich szans zlapac kogos jadącego do Vang Vieng bo to ładne pare godzin drogi po górach i bezdrożach i raczej skoro do tej pory nie złapałam to teraz bedzie tylko jeszcze o to trudniej – poza regularnie wieczorem wyruszajacymi w ta trase autobusami zdaje sie ze niewielu kierowców miałoby ochotę ja w takich warunkach pokonywać. Jakby dla potwierdzenia moich przemyśleń ruch terenowek na drodze wyraźnie osłabł na rzecz przeladowanych skuterów i w efekcie z żalem ale w koncu dałam za wygrana wybierając sie na dworzec autobusowy kupic bilet na autobus odjezdzajacy o 17.

Zdecydowałam sie jechac jednak od razu do Vientiane, skoro bilety były w tej samej cenie. Słyszałam o Vang Vieng rożne rzeczy ktore pozostawily mi metlik w glowie – krajobrazy w okolicy co prawda piękne ale samo miasteczko zupełnie nieciekawe a wszystko wokół skapane w komercyjno-turystycznym sosie. Deliberacje czy tam jechac czy nie rozstrzygnęłam łatwo – zbyt wiele ludzi ktorych poznałam w Luang Prabang a ktorzy zupełnie mi nie przypadli do gustu deklarowało ze tam sie wybiera. Z czego ta wioska słynie? Tubing, czyli splawianie sie na dętce z nurtem Mekongu, dokonywane zwykle stadnie przez „złota młodzież” wyraźnie pod wpływem wskutek czego co roku odnotowuje sie w Vang Vieng kilkanascie-kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych. A wiec Vientiane, stolica, a co dalej to sie zobaczy.

W autobusie (prawie pełnym) oprócz mnie były jeszcze tylko dwie inne zagraniczne osoby, sympatyczne Holenderki jadące do Vang Vieng mimo obaw o ich nadmierna turystycznosc (obie miejscowosci leżą na tej samej drodze). Pogadalysmy chwile stwierdzając ze obie cieszymy sie z jazdy w tak lokalnym towarzystwie i ze lepsze to o niebo od minivana. Myslalam ze moze dobrze zrobię wykorzystując czas jazdy na pisanie o minionych zdarzeniach i taka bedzie przewaga autobusu nad autostopem ale gdzie tam – za bardzo trzeslo, nie dało sie pisać i tak i większość czasu przespalam po prostu, z plecakiem w objęciach. Kiedy około północy dziewczyny wysiadly, zostałam jedynym zagranicznym człowiekiem w autobusie, w koncu czując sie odpowiednio wplatana w miejscowy klimat. Na miejsce dotarliśmy juz o trzeciej nad ranem, niezbyt dobra to była pora na eksplorowanie obcego miasta i szukanie w nim noclegu ale oczywiście dałam sobie rade o tym jednak juz bedzie w nastepnym odcinku ;)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s