Vientiane

Zjawilam sie wiec w Vientiane o 3 nad ranem. Nie w centrum miasta nawet tylko gdzies na jakiejś dalekiej stacji autobusowej z ktorej jedynym możliwym środkiem transportu był bardzo powoli wypełniający sie miejscowymi samochodowy tuktuk. Próbowałam negocjować cenę ale kierowca pozostał nieugięty – 20 000 kipow (8 zlotych) było rzekomo cena ktora placili także lokalni. Moze. Cieszylam sie ze tak łatwo idzie w Laosie z angielskim, w Chinach na hasło „city center” większość taksówkarzy spojrzalaby sie tylko na pytajacego z zupełnym brakiem zrozumienia w oczach i lekkim politowaniem dla istoty ktora nie mowi po mandarynsku.

Faktycznie dystans ktory musieliśmy pokonać był nawet całkiem spory i jechaliśmy przez jakies dzikie, ciemne pola. W pewnym momencie kierowca zatrzymał sie pośrodku niczego zupełnie niespodziewanie, wyszedl z kabiny i trzasnal drzwiami. Spojrzelismy po sobie z pozostałymi pasażerami i po chwili wszyscy razem wybuchlismy śmiechem gdy okazało sie ze nasz kierowca poszedł sie po prostu wysikac. Ot tak, w środku kursu, bo i w koncu czemu nie, zaraz zreszta za samochodem tak ze było go, odwroconego do nas tylem, calkiem dobrze widać.

Kiedy usłyszałam ze jesteśmy juz w centrum nie bardzo mogłam w to uwierzyć i upewnilam sie jeszcze dwa razy czy to nie pomyłka. Teraz dopiero myśle ze było to niegrzeczne i moj kierowca mógł sie za to obrazić ale prawda jest taka ze to co nazwane zostało centrum tej jakby nie było stolicy, wygladalo mniej wiecej tak jak zupełnie przeciętna dzielnica w pierwszym lepszym polskim mieście wielkości Bydgoszczy. No coz, nie powinno mnie to dziwić, wybrałam sie w koncu do jednej z najbardziej prowincjonalnych stolic swiata słynącej głownie z tego wlasnie ze niewiele tu mozna zobaczyc za to pomiedzy tym co mozna bezsstresowo przemieszcza sie rowerem po jego pustych i sennych ulicach. Rzeczywiscie tak to wygladalo o trzeciej nad ranem chociaż juz w ciagu dnia obserwując ruch na ulicach optowalabym raczej za zmiana mylacych opisów w przewodnikach. Nie zeby nagle miasto nabralo stolicznego splendoru ale jazda na rowerze pomiedzy tymi wszystkimi terenowymi Landroverami tworzącymi korki na waskich, zupelnie na taka sytuacje niegotowych drogach Vientiane nie byla wcale taka prosta. Widać jednak było jak na dłoni ze przemiana musiała nastąpić gwałtownie i to zapewne pod wpływem wzmozonej ostatnimi czasy turystyki ktora Laotanczykow wzbogaciła. A moze pod wpływem handlu kawa? Lub narkotykami? Nie wiem, nie insynuuje, nie znam sie, zakładam ze turystyka i kawa, jedna z najlepszych na świecie. Tak czy owak o tym co za dnia bedzie pózniej. Wrócmy na chwile do sennych uliczek o trzeciej w nocy kiedy to zjawilam sie w Vientiane obladowana ciezkim plecakiem i z zamiarem przeczekania gdzies do rana tak zeby było bezpiecznie ale tez zeby nie płacić za nocleg skoro noc miała sie juz ku końcowi. Poszło łatwiej niż mogłam sie spodziewać – zapukalam po prostu do pierwszego lepszego guest house’u budzac chłopaka z recepcji spiacego czujnym snem w holu i usmiechnawszy sie miło w mig uzyskałam zgodę na przenocowanie w tymze holu na drugiej kanapie naprzeciwko. Duży plecak zostawilam na zapleczu, mały podlozylam sobie pod głowie i przespalam w ten sposob spokojnie kilka następnych godzin. Rano podziękowałam serdecznie i zobaczywszy pokój jaki mogliby mi zaoferować stwierdzilam ze… jednak rozejrze sie po okolicy za jakimś hostelem bo nie miałam ochoty spac w izolatce bez okna za 60 tysięcy kipow. Chłopak z recepcji nie tylko nie robił obrazonej miny na wieść ze jednak sie u nich nie zatrzymam ale jeszcze polecił mi hostel do którego bede mogla sie wybrać, uliczke obok, i rzeczywiscie tam sie potem zatrzymalam.

Ten hostel zreszta nie był tez niczym szczególnym i co prawda płacilam polowe tego co w tamtym guest house’ie ale moj pokój oddalony był dwa pietra od łazienki co jak sie miało okazac tego samego wieczora nie było zbyt szczęśliwym rozwiązaniem. Skad moglam jednak wiedziec ze akurat w czasie pobytu w tym miejscu przeżyje tak ciężkie chwile z wymiotowaniem i innymi dokuczliwymi dolegliwosciami zoladkowymi ktore nie pozwolily mi spac… Wszystko przez kanapki którymi poczestowali mnie (w najlepszej wierze) sympatyczni Chińczycy z mojego pokoju – z jakas dziwaczna pikantna pasta na sama myśl o ktorej robi mi sie teraz nadal niedobrze. A wiec juz wiecej o tym nie bedzie zeby na nowo nie przeżywać bo słowo daje ze takiego czegoś by mdlilo mnie na myśl o czymś i to autentycznie mdlilo, i to mocno, pare dni po tym jak sie tym strulam, jeszcze w życiu nie miałam.

Zanim nastąpił ten odrazajacy epizod spędziłam w Vientiane rownież niezbyt przyjemny dzien spacerujac po jego paskudnym centrum obezwladniona tropikalna temperatura a w szczególności słońcem ktore trudno mi było wytrzymać po tym jak w autobusie do stolicy połamalam swoje okulary przeciwsłoneczne. Desperacko poszukiwalam nowych ale to co udawało mi sie znalezc było albo porażająco kiczowate albo potwornie drogie nawet jak na standardy europejskie albo tez (najczęściej) jedno i drugie jednocześnie. W koncu dałam za wygrana i wymeczona wróciłam do hostelu ze świadomością straconego dnia. Nie miałam juz siły na dalsze eksploracje. Poznalam tam moje chińskie towarzystwo ktore wlasnie wybieralo sie na basen. Okazało sie ze basen maja w Vientiane darmowy, całkiem niedaleko od naszego hostelu. Oczywiście dolaczylam sie zaraz ochoczo szczególnie ze niestety kręgosłup niemal nie przestawal mnie boleć a przynajmniej w teorii powinno to pomoc. Nie pomogło niestety wiele ale tak czy owak spędziliśmy razem miłe popołudnie a w drodze powrotnej do hostelu zahaczylismy o sklep optyczny w którym niedawno sami sie zaopatrywali i gdzie doradzili mi ktore okulary wybrać.

Następnego dnia byłam bardzo osłabiona poprzednia noca i zostałam w hostelu do pozna. Pomna nieprzyjemności jakie dopiero co przeżyłam bardzo ostrożnie podeszłam do tematu wyboru tego co zjem na śniadanie i zamiast szukać czegoś lokalnego i taniego, tym razem udalam sie do eleganckiej francuskiej kawiarni tuż obok hostelu serwujacej słynne w całym mieście i rekomendowane w przewodnikach pieczywo – swieze, chrupiace bagietki, croissanty, ogromne ilości rozmaitych tart, ciast itp. Rzeczywiscie, nie zawiodłam sie. Za równowartość jakichs 15 złotych (majatek jak na sniadanie w Azji…) zamówiłam sobie świeży sok pomarańczowy i pyszna bagietke z ichniejszej roboty konfitura. Spedzilam tam tez sporo czasu pisząc o poprzednich dniach. Miejsce to nazywa sie Banneton i musze je tu uczciwie polecić. Przychodzilam tam potem jeszcze nieraz próbując chociażby doskonałego croissanta z serem i szynka serwowanego na gorąco (6 zł) i przede wszystkim – wspaniałej laotanskiej kawy, czarnej i mocnej (4 zł).

Ta wlasnie moja pierwsza wizyta w „Bannnetonie” rozpoczelam vientianowe rozpasanie na modlę bogatego zachodniego turysty i tego co by robił gdyby sie tu znalazł z nieodłącznym najnowszym wydaniem przewodnika „Lonely Planet” okrojonym do rozdzialow o jedzeniu i relaksie. A przynajmniej probowalam podazac za tym co by pewnie wybieral, probowalam podazac jego droga, z ciekawosci i z lenistwa, przy czym ciag dalszy historii tych wyborow czasem mnie zaskakiwał. Ale o tym pozniej. W każdym razie postanowiłam przeznaczyć czas tu spędzony na dojście do siebie i odpoczynek z całych sił starając sie wydobrzec zanim dojedzie do mnie moj nowy towarzysz podróży z którym zaplanowaliśmy autostopowe zdobywanie południa Laosu. Juz, juz tlumacze kto zacz. Odezwal sie do mnie na Couchsurfingowym forum w odpowiedzi na moje pytanie o kompanow do autostopu w Azji – chłopak z Wielkiej Brytanii, przylatuje do Vientiane w niedziele wieczorem i chciałby do mnie dołączyć. Kiedy sie o tym dowiedziałam, był juz wtorek – czekanie do niedzieli w Vientiane, które jak wiedziałam dobrze mozna zwiedzić w jeden dzien a juz maksymalnie dwa, wygladalo na ekstrawagancje i niepotrzebna strate czasu, zaplanowalam wiec ruszenie sie w miedzyczasie do Vang Vieng ktorego pominiecia zaczęłam juz wczesniej troche żałować (oprócz nieslawnego „tubingu” wioska ta jak mówiło wielu miała tez oferować przepiękne gorskie krajobrazy). Zmieniłam zdanie obejrzawszy kilka zdjec z tego miejsca – cos w rodzaju Yangshuo ale o wiele mniej spektakularne, wiedziałam ze po Chinach widoki z tego miejsca nie zrobią na mnie wrażenia. Poza tym wtedy wlasnie mniej wiecej odkrylam uroki publicznego basenu, kawiarenki „Banneton” i jeszcze przeczytalam w internecie o popularnej tutaj „ziolowej” saunie („herbal sauna”) i laotanskich masazach o ktorych pisano w samych superlatywach wiec oczywiście – musiałam spróbować. O tej saunie wlasnie musze tu koniecznie opowiedzieć. Opinie z internetowego wydania Lonely Planet (sic, naprawde stalam sie w Vientiane stereotypowym turysta) jednogłośnie polecaly miejsce przy swiatyni gdzies na koncu vientianskiego swiata. Autor jednej z nich zapewniał ze jest to jego stały punkt programu ile razy odwiedza Vientiane i niezależnie od tego jakie upaly panuja na zewnątrz. Chadzac tam mieli także i mnisi, ktorych obecność w saunie oznaczała ze chcące z niej skorzystać kobiety musiały czekać na swoja kolej. Po saunie – masaże i świeże soki z owoców. Dostanie sie tam polecal autor przy pomocy tuktuka, jakoze kazdy jego kierowca bedzie dobrze znal to miejsce. Zapowiadało sie ze bede sie w tej saunie dusić z dziesiątkami innych zachodnich amatorów takich atrakcji ale zgodnie z taktyka podazania dla odmiany nie wbrew pradowi a z prądem, postanowiłam sie tym za bardzo nie przejmować i przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza.

Kierowca tuktuka rzeczywiscie wiedział dobrze o co mi chodzi i zawiózł mnie na miejsce za 15 000 kipow (6 zł), kwotę ktora udało mi sie uzyskać po wytrwalych negocjacjach (zaczęło sie bodajże od 40 000). Zgodnie z opisem, miejsce to ukryte było w zagajniku (szumnie nazywanym w Lonely Planet lasem), i składały sie na nie jakies drewniane budy na palach ktore mi moj kierowca wskazał palcem. Jakiez było moje zdziwienie gdy okazało sie ze żadnej sauny ani masazy juz tu nie ma – uswiadomili mnie w tej kwestii mieszkający najwyrazniej w jednym z tych drewnianych domkow laotanska staruszka nie mowiaca slowa po angielsku i minimalnie lepiej sobie radzacy chlopak, ktory musial byc chyba jej wnuczkiem (jego angielski pozwolił na stwierdzenie: „sauna no have” ale juz nie na jakiekolwiek dalsze wyjaśnienia a pytanie o to gdzie w takim razie moge ja znalezc było zupełnie czarna magia).

Postanowiłam w takim razie rozejrzeć sie troche po okolicy – moze przeniesli ten przybytek do jakiegos innego drewnianego domku w „lesie”? Po chwili spotkałam dwóch innych młodych Laotanczykow z ktorych jeden – rozumiejacy juz pytanie „where?” wsiadł na rower i machnąl do mnie bym za nim podazala. Opuscilismy teren swiatyni i zaczelismy zaglebiac sie w platanine waskich uliczek o wiejskim charakterze gdzies po drugiej stronie ulicy. Zajelo nam troche czasu zanim w koncu odstawiona zostalam przed domostwem przed wejsciem do ktorego nabazgrane na drewnianych strzalkach napisy „sauna” informowały o oferowanych tam usługach. Podziekowalam mojemu przewodnikowi ktory odjechal zaraz po tym i wkrotce zorientowalam sie ze miejsce to zamkniete jest na glucho i nikt nie odpowiada na moje próby kontaktu. Zagladajac przez okna zobaczylam wnetrze prywatnego mieszkania a zaglebiajac sie z poczatku niesmialo a potem coraz odwazniej w rejony do ktorych prowadzily strzalki znalazlam sie w przybudowce w ktorej urzadzono prowizoryczne prysznice, toalety i salke do masazu z leżanka zbita z nieoheblowanych desek, wszystko to poodzielane od siebie plotkami z bambusa, z maznietym olejna farba betonem na podłodze i kaluzami wody. Sama sauna okazala sie byc malutka, drewniana klitka bez swiatla i najwyrazniej bardzo stara. W tym miejscu moje wybory rozeszły sie z tymi ktore podjąłby zapewne przeciętny turysta w takiej sytuacji. Postanowiłam zaczekać w ganku i zobaczyc co z tego wyniknie. Nie wiedziałam rzecz jasna jak długo bede musiała czekać na powrót gospodarzy a standardu oferowanych usług sie domyslalam. To tak samo jak z tymi bagnami i skalnym lasem, doszłam juz tutaj wiec trzeba sprawdzić co sie kryje za zakretem.

Gospodarz przyjechal na skuterku wraz z nastoletnim synem jakies pol godziny pózniej i ogromnie zdziwił sie na moj widok. Nie dziwilam sie jego zdziwieniu, zdawałam sobie sprawę ze zagranicznych ludzi tu sie w jego przybytku raczej nie uświadcza mimo szumnych anglojezycznych strzałek. Pierwszym co zrobił upewniwszy sie ze chodzi mi o saune było udanie sie do wiszacego na ścianie zegara i pokazanie mi na migi ze o szóstej zamykają i czy starczy mi w takim razie czasu. Pobiegl tez zaraz rozpalac piec do sauny specjalnie dla mnie i wrociwszy znow do zegara pokazał mi na nim ze na rozgrzanie sie sauny musze poczekać pol godziny. Zegar wskazywał czwarta i nabralam sie na to, dopiero po dluzszym czasie orientujac sie ze ten zegar nie działa podobnie jak wszystkie pozostałe zegary zawieszone na bambusowych przepierzeniach i rzeczywista godzina o ktorej sie tam zjawilam pozostała dla mnie zagadka. Szacuje ze musiało byc około trzeciej. Nie wiem tez ile czekalam na rozgrzanie pieca, położyłam sie po prostu na łóżku do masażu słuchając ptaków i cieszac sie ciepłem glaszczacych mnie delikatnie spomiedzy bambusowych pałek promieni słońca. Miałam na sobie wzorzysty sarong ktory dostałam do okrycia zeby nie świecić golizna nieobyczajnego w Laosie kostiumu bikini.

Kiedy juz w koncu sauna sie nagrzala, ni z tego ni z owego zjawil sie inny saunowicz, brzuchaty laotanski jegomosc ktory czmychnal do srodka przede mna pozostawiajac mnie na chwile w stanie lekkiej konsternacji. Nie wiedzialam kto zacz, mnich moze i w takim razie powinnam czekac az wyjdzie – ale ile czekac i w ogole z jakiej racji wepchnal sie w kolejke, bylam w koncu pierwsza…? Stwierdzilam ze raz kozie smierc i nie zastanawiajac sie juz wiecej weszlam mimo wszystko takze do jej mrocznego, buchajacego para brzucha w srodku wymacujac (zupelnie na ślepo bo światła nie było tam ani odrobine) miejsce w którym mogłam sobie nieśmiało przycupnac. Wrazenie rzeczywiscie było bardzo przyjemne – ziołowe zapachy delikatnie zaczely wypełniać mi rozszerzone od gorąca pory a całkowita ciemność panująca w tym miejscu robiła niezwykle wrazenie. Tak na marginesie, dobrze ze nie wiedziałam wtedy jeszcze dokładnie jak moj towarzysz wyglada bo przerazilabym sie na dobre – wytatuowany, ogolony na lyso, nie sprawial wrazenia osoby z ktora chcialoby sie dzielic jakies niepelne 2 metry kwadratowe z czernia przed oczami i dusznoscia w plucach. Jego rytmiczne posapywanie przerywało ciszę saunowej norki a ja chcac zmienic pozycje zastanawiałam sie na ile moge sie ruszyć zeby przypadkiem go nie dotknąć i jedynym co mi mogło w szacowaniu dystansu pomoc było wlasnie nasłuchwianie tego dyszenia.

Nie taki diabeł straszny jak go malują i kolejny raz miałam okazje przekonać sie ze nie należy podążać za stereotypami. Po wyjściu dla zaczerpniecia oddechu wymienilam z tym panem pare zdań (mówił troche po angielsku) – okazało sie ze jest zupełnie w porządku, na wieść o tym ze jestem z Polski zareagowal entuzjastycznie obwieszczajac mi ze przyjechał tutaj Polskim Fiatem 126p. Jego wymowa hasła „Polski Fiat” byla najzupelniej poprawna i cala ta konwersacja ubawila mnie setnie. Kto by pomyślał, ze natrafie w Laosie na zabytek historii naszej motoryzacji i to jeszcze w takich okolicznościach!

Właściciel polskiego fiata był najwyrazniej przyjacielem gospodarza i nie spędził zreszta ze mna w saunie za duzo czasu, większosc popoludnia (wieczoru?) spedzilam tam sama, wyskakujac co jakis czas na zewnątrz zeby polac sie zimna woda z wiadra i odpocząć na jednej z prymitywnych drewnianych ławek. W pewnym momencie gospodarz zawołal mnie tez na masaż, ktory był rzeczywiscie całkiem przyjemny choc nie az tak zeby mnie od niego przestały boleć plecy na dłużej niż piec minut po nim. Po masażu dalej saunowalam sie radosnie az do zmroku kiedy to komary zaczęły ciąć ostro a ja zorientowalam sie ze nie wzielam ze sobą spray’u z DEETem i ogarnął mnie strach w kwestii malarii i dengi ktorych mogłam sie w ten sposob nabawic. Zabralam sie wiec zaraz w droge powrotną a dokładnie na poszukiwanie tuktuka do centrum, trudniejsze niż mogłam sie spodziewać. W efekcie zamiast tuktuka zalapalam sie na moj pierwszy „autostop” w laotanskim samochodzie (terenowe lśniące „Isuzu” imponujących rozmiarów) z panią ktora poznałam pytając o droge w otwartym na ulice prymitywnym zakładzie fryzjerskim zaczekawszy wczesniej az ostrzyza jej 3,5 letniego kaprysnego synka. Pani ta mowila bardzo dobrze po angielsku bo pracowała w biurze sprzedaży biletów lotniczych i była bardzo ale to bardzo serdeczna, sciskajac mnie gorąco na pozegnanie i mając nadzieje ze sie kiedyś jeszcze spotkamy – moze w Europie? Wymienilysmy sie adresami mailowymi, kto wie, moze rzeczywiscie. Na zakończenie dnia wybrałam sie na solona rybę z rusztu serwowana w lokalnej tym razem dla odmiany, prostej knajpce niedaleko bulwaru nad Mekongiem. Była to cała, duża ryba, bardzo smaczna i kosztowała 35 tysięcy (14 złotych).

W czwartek obudzilam sie juz o 7 rano z racji tego że poprzedniego dnia poszłam spac bardzo wcześnie mialam wiec okazje wykorzystac ten dzien w pelni, w koncu decydujac sie przeznaczyc troche czasu na wlasciwe zwiedzanie. Wypożyczalam rower i ruszylam szlakiem swiatyn i innych zabytków, ktorych tak jak pisałam za wiele tu jednak nie ma i skapane sa w ciezkostrawnym architektonicznym sosie tandety i bylejakosci. Moze jeszcze dwa słowa o wypożyczaniu roweru. Zaliczyłam dwa podejścia do tego. Pierwsza próba – z tymi ktore miał w ofercie moj hostel – spaliła na panewce z racji tego ze dziewczyna z recepcji na wieść o tym ze potrzebuje podwyższyć siodelko spojrzala na mnie jak na kosmitke po czym wzruszajac ramionami stwierdziła ze sie tego po prostu nie da zrobić. Druga – w innym miejscu poczyniona próba zaskutkowala wypozyczeniem roweru ktory ewidentnie znosilo na jedna ze stron i trudno nim było jechac prosto. W koncu znalazłam jednak odpowiedni model, nic to ze chyba ze 20 lat sobie liczący i ze po jakims czasie zaczal niemilosierie skrzypiec a hamulce tez pozostawiały wiele do życzenia – czego wymagać za 10 000 kipow (4 złote) za dzien? Gwoli wyjaśnienia – to nie ja jestem chytra i dlatego nie chciałam droższego a lepszego roweru tylko po prostu wszędzie wypożyczaja tylko takie. Tak czy owak przyjemnie było sie troche przejechać, od razu zrobiło mi sie chlodniej (przynajmniej dopóki nie trzeba sie było zatrzymać) no i miałam okazje wypróbować na własnej skórze te „senne, puste uliczki” i nieustanne, prawdziwie stoliczne korki drogich aut na nich.

Jesli chodzi o stoliczne świątynie to dwie z nich, Vat Sisaket i Vat … naprzeciwko tamtej były rzeczywiscie ciekawe i malownicze, szczególnie oglądane o zachodzie słońca przy długich cieniach zdobiacych je posagow kladacych sie na posadzkach i wspaniałym fotograficznym świetle. To ze znalazłam sie tam wlasnie wtedy, zostawiając sobie te miejsca na deser, było szczęśliwym zbiegiem okoliczności – dzieki temu zostało mi po tym dniu dobre wrazenie, o ktore byłoby trudno gdybym odwróciła kolejność zwiedzania. To co robiłam wczesniej – wycieczka do udajacego XIXwieczny betonowego łuku tryumfalnego z 1962 roku wienczacego jedna z głównych arterii miasta i oglądanie panoramy miasta z jego szczytu, wielka złocona stupa gdzies na peryferiach ktora obchodziło sie dokola uisciwszy przedtem odpowiednia opłatę powstała tez najwyżej kilkadziesiąt lat temu, i jakas świątynia z lat ’90 przypominająca gigantyczna, arcykiczowato zdobiona stodole nie zaspokoily mojego estetycznego apetytu.

Po powrocie do centrum postanowiłam znow wybrać sie na basen ale przedtem chciałam jeszcze cos zjesc. Napatoczyla mi sie akurat po drodze pizzeria – jakas nieznana mi sieciowka przypominajaca Pizze Hut. Ponieważ nie chciało mi sie szukać dalej, stwierdziłam ze pójdę na łatwiznę i zamówie cos tam. Na miejscu okazało sie ze mała pizza z najbardziej przeciętnymi dodatkami typu szynki i ananasa kosztuje 55 tysiecy kipow (22 zl). Drogo, nawet bardo drogo ale byłam naprawde głodna i jakos tak założyłam ze w zwiazku z tym mimo nazwy jest całkiem spora i jeszcze mi zostanie na potem. Fakt, trzeba sie było spytać. To co dostałam przypominało mala kanapkę raczej niż pizze, było wielkości nieduzego spodka herbacianego i myslalam ze sie wsciekne gdy mi to przynieśli. Nie mogłam zdzierzyc takiego zdzierstwa – było to warte najwyżej 10-15 tysięcy, na pewno nie 55! Powiedziałam ze to nie jest pizza bo pizza nie miewa takich wymiarow w zwiazku z czym rezygnuje i wyszłam nie płacąc. Moze troche przesadzilam ale naprawde mnie to rozsierdzilo. Jak chcą to niech sobie sami zjedzą. Słowo daje, nigdy prawie nie zachowuje sie w ten sposob ale to juz było przegięcie.

Zjadłam ciastko (wielkości „pizzy”) kupione w kawiarence obok za 9 tysięcy i poszłam pływać mając w planach zjesc cos większego pózniej. Na basenie poznałam sympatyczna Wegierke urodzona i wychowana w Niemczech w rodzinie emigrantów. Dowiedziawszy sie ze jestem z Polski przemowila do mnie radosnie: „polska kiełbasa dobra!” i wyjaśniła zaraz ze jej chlopak jest Polakiem i czasem ja czegoś po polsku nauczy. O zmierzchu próbowalysmy wracac razem do hostelu jakoze wydawało nam sie ze mieszkamy w tym samym ale wyszło na to ze hosteli mających w nazwie „Backpacker” jest w stolicy wiecej i niekoniecznie położone sa niedaleko od siebie. Rozdzielilysmy sie wiec a Ester usciskala mnie bardzo mocno na pożegnanie zyczac szczęśliwej dalszej drogi. Mimo zmęczenia intensywnym plywaniem przez ktore doczlapawszy do hostelu myslalam ze zaraz od razu padne na łóżko i zasne, udało mi sie jeszcze zmotywowac do wgrywania zdjec na bloga do pozna w nocy. Przy okazji poznalam siedzaca przy komputerze obok Baskijke ktora planuje zrobić taka sama jak ja trasę po południowym Laosie. Bardzo dobrze sie dogadujemy i mam nadzieje ze spotkamy sie jeszcze na szlaku.

Nastepny ranek spędzam opisując poprzednie dni. Śniadanie znow w Banettonie, potem basen i kolacja w polecanej przez Lonely Planet (sic, znowu!) knajpce „Sticky Fingers” gdzie poznaje srodowisko „expatow”, chlopakow pracujących tu lub w innych krajach Azji Pld.-Wsch. od paru miesięcy (lub nawet lat) – Brytyjczyka i trzech Francuzow ktorzy zabieraja mnie potem skuterami w rundke po miejscowych pubach i klubach. Zanim to nastąpi, zjadam rzeczywiscie wspaniale danie – filet z jakiejś pysznej, delikatnej ryby w sosie z trawy cytrynowej, z gotowanymi na parze warzywami i jakimiś kruchymi chrupiacymi prazynkami. Cena co prawda horrendalna jak na moj standardowy budżet kulinarny w Azji ale bylo to jej warte. Dobrze wydane 65 000 kipow (26 zł).

Piatkowa noc w stolicy Laosu warta jest osobnego opisu. Zaczynamy ja w pubie ze wspanialym rock’n’rollowym soundtrackiem w tle i w gronie wybitnie zachodnim ale raczej nie turystycznym i także zdecydowanie męskim. Nie dziwi mnie to zreszta – do pracy w Azji zwykle emigruja faceci, dla ktorych zycie tutaj przedstawia sie w samych superlatywach – piekna pogoda, zarobki wyzsze o wiele niz we wlasnym kraju i do tego gromady ślicznych, młodych Azjatek polujacych na zachodnich samców zaciekle, gotowe zrobić wszystko by je zauważono. Oczywiście to stereotyp bazujacy na tym co najbardziej rzuca sie w oczy w takich miejscach ale takie zjawisko istnieje i zdecydowanie warto opisać to bliżej. Była juz wzmianka o takim zachowaniu w Kunmingu ale Vientiane okazało sie jeszcze gorsze. Przede wszystkim tradycyjna, oczywista w interpretacji forma prostytucji ma sie tutaj lepiej niz w jakimkolwiek innym miejscu w którym dotąd byłam – panie w strojach nie pozostawiajacych cienia watpliwosci co do ich profesji czekają na klientów na skrzyżowaniu ulic tuż obok mojego hostelu i właściwieu wszędzie w tej szumnie zwanej centrum części miasta. Czekają stojąc sobie pojedynczo lub parami, prezac sie prowokacyjnie na motocyklach zaparkowanych wzdłuż drogi, gawedzac z kierowcami zaparkowanych tuż obok tuktukow i poprawiając makijaże w lusterkach samochodów. Kierowcy tuktukow parkujacy w tych stronach muszą miec zreszta z tymi vientianskimi dziwkami jakies układy, wyraźnie współpracują ze sobą bo jakos te dwa gatunki występują zawsze symbiotycznie. Niewykluczone ze prostytucja jest w Laosie nielegalna a w takim razie zapewniają po prostu środek ucieczki przed ewentualna oblawa policji tym paniom ktore nie sa wyposażone w motocykle (dziwki motocyklowe zdaja sie należeć do elity). Chociaż ktora dziwka w stolicy Laosu uciekalaby przed policja zamiast płacić im raczej procent od przychodu? Przypomnialam sobie w tej chwili bardzo ciekawe ostrzeżenie wydrukowane i zawieszone na ścianie mojego hostelu (ze tez zapomnialam zrobić temu zdjecia!) – ostrzegano w nim turystów przed pokusa udania sie po zmroku na „blonia” nad Mekongiem w celu chedozenia sie w trawie lub zażywania narkotyków. Poważnym tonem informowano ze tereny te sa regularnie kontrolowane przez policję a ponieważ równie nieobyczajne zachowanie jest w Laosie bardzo surowo karane, należy przygotować sie na konieczność łapówki w wysokości 5 milionów kipow (2000 zł) wreczonej funkcjonairiuszom dla uniknięcia gorszych jeszcze konsekwencji. O tym jakie by to miały byc konsekwencje mowy nie bylo ale z tego co słyszałam jesli chodzi o narkotyki mogłaby to byc nawet kara śmierci. Słowo „łapówka” („bribe”) użyte było w informacji w sposob ktory nie pozostawial złudzeń co do tego ze jest to zupełnie naturalny i powszechnie funkcjonujący rodzaj opłaty, o stałej, typowej stawce skoro mogli ja nawet podać. Stawce na tyle wysokiej zeby nawet odrobine zabolalo to Anglików czy Australijczykow. W treści znalazła sie tez adnotacja ze mimo ostrzeżen co wieczór niemalże dochodzi do takich sytuacji.

Ale wrócmy do piątkowej nocy. W pubie pilo sie Lao Beer, rozkoszowalo dobra zachodnia muzyka, grało w bilard i gadalo o życiu emigrantów w tych egzotycznych stronach. Chlopaki nie zwracali wiekszej uwagi na snujace sie miedzy nami co jakis czas skapo odziane Laotanki omiatajace ich powloczystymi spojrzeniami, tego jednego przynajmniej piątkowego wieczora mając we mnie większa atrakcje – broń Boże z uwagi na wygląd czy strój ale rzecz jasna jak zwykle opowieści z podróży. Ja tez bardzo chetnie sluchalam ich historii. Cale to towarzytwo bylo bardzo wysokie i nawet ja czulam sie przy nich mala (prawie nigdy mi sie to nie zdarza w zyciu) a co dopiero musialy czuc te biedne dwie glowy ode mnie nieraz nizsze Laotanki to mi sobie nawet trudno wyobrazic. Juz nawet 15-centymetrowe obcasy wiele nie pomagaly. Stamtad pojechaliśmy do klubu w którym siedziało sie przy stoliku słuchając laotanskiego pop-rocka granego na żywo przez jakis miejscowy zespół. Było to nawet ciekawe choc nie porywające. Kolejne Lao Beer z lodem rozlewane z wielka kurtuazja przez chlopakow według laotanskiej zasady ze chcąc nalac sobie najpierw trzeba sie upewnić ze wszyscy pozostali maja pełne kieliszki (oznaczało to tyle ze jesli ktokolwiek miał 3/4 zawartości to tez trzeba mu było najpierw dolac) i kolejne rozmowy a z każda chwila coraz bardziej ich wszystkich lubiłam i miałam wrazenie ze sie znamy od dawna. A przeciez to piwo nie było mocne. Po prostu fajni ludzie. Jeden z Francuzow mieszka w Wietnamie od 4 lat podróżując czesto służbowo po całej Azji Południowo-Wschodniej, reszta zatrzymała sie w Vientiane pracujac w rożnych sektorach. Nie planują wracac do Europy, mówią ze nie widza tam dla siebie przyszłości a tu maja sie bardzo dobrze.

Kolejne miejsce do ktorego trafiliśmy tej nocy nie pozwalało juz niestety na prowadzenie jakichkolwiek konwersacji. Czasem udawało mi sie usłyszeć cos co mi któryś z nich krzyczał do ucha ale zawsze wiązało sie to z tym ze mnie to ucho wtedy tez zaczynało boleć i w ogole sam fakt ze wytrzymalam tam dłużej niz piec minut wynikał tylko z mojej fascynacji zjawiskiem jakie stanowił ten dziwaczny przybytek. Dudniaca w glosnikach lupanka sugerowała ze to klub gdzie sie tańczy spodziewał sie wiec człowiek jakiegoś do tego celu przeznaczonego parkietu, przestrzeni, czegokolwiek. Tymczasem całe, obszerne wnętrze wypełnione było ustawionymi w ciasnych rzadkach jeden koło drugiego okraglymi barowymi stolikami przy ktorych sie stało. Stoi sie wiec… i co dalej? Rozmawiać sie nie da bo za głośno, tańczyć sie nie da bo nie ma miejsca. Stoi sie wiec przy takim stoliku ze znajomymi, konsumuje drinki, rozgląda dokola a dokola preza sie (przy innych stolikach) wyfiokowane polnagie Azjatki, co najsmieszniejsze preza sie także na moj widok tym razem i mrugaja do mnie takze a ja smieje sie glupkowato bo i co mam robic. Gapie sie zreszta troche moze nawet zbyt natarczywie bo to ciekawe. Szczegolnie ciekawe dlatego ze czasem nie wiadomo nawet czy to rzeczywiscie kobiety czy „ladyboy’e”, z ktorych słynie Tajlandia a ktorych w Laosie także nie brakuje. Zaczynam przez huk w uszach wyławiac słowa moich znajomych informujących mnie ktora z tych slicznotek tak naprawde jest przebranym i ucharakteryzowanym facetem – nie wierze w większosc z tych ich sugestii ale daje mi to do myślenia. Czy iluzja moze byc az tak realna? Najczesciej sa to stwory cudownie tandetne, pokryte plastikowym tynkiem, z jednej strony odrazajace a z drugiej budzące litość i nawet jakis rodzaj wyplywajacej z niej sympatii. Ale to sa chyba jednak dziewczyny. Niektore z nich sa zreszta wydaja sie byc pod ta warstwa tandety i pomimo niej rzeczywiscie ladne, inne po prostu prowokacyjne. Gapie sie i gapie. Po jakimś czasie uświadamiam sobie ze muzyka sprawia ze nikt nie czuje sie niezręcznie z bariera językowa i pozostaje temu ludzkiemu stadlu mowa ciała, uniwersalna dla wszystkich. Zreszta przeciez o czym tu mozna rozmawiać z takimi ludźmi. Czemu tam przyszlismy zamiast siedzieć sobie dalej w pubie z zachodnia muzyka albo w tym drugim z laotanska? Proste – wszystkie inne stoliczne atrakcje zamykają wczesniej, tylko tu mozna sie nadal bawić późno w nocy. Kiedy juz nie moglam dluzej wytrzymac tego lomotu zostalam odwieziona na skuterze do hostelu przez jednego z Francuzow, ktory z racji wzrostu zapewne a wiec i wagi zdawał sie zupełnie nie reagować na wypity alkohol. To był ciekawy wieczor ale cieszylam sie ze juz sie skończył.

Musze jeszcze napisać tu pare słów o moim hostelu. Tak jak pisałam wczesniej, bywałam juz w lepszych miejscach w tej podrozy i to o wiele taniej niz te 12 zl za noc ktore tu place a to ze zatrzymalam sie tu na cały pobyt w Vientiane nie próbując nawet znalezc czegos innego wynikło tylko z tego ze nie miałam zwyczajnie siły pakować sie i przenosić dokadkolwiek w tym upale i z nieprzestajacym mi dokuczac silniejszym niż kiedykolwiek bólem kręgosłupa. Pierwsze kilka nocy spedzilam w pokoju na samej górze, dwa pietra oddalonym od łazienki, o tym także pisałam. Przeklinalam to jego położenie ile razy okazywalo sie na dole ze zapomnialam np. recznika albo pasty do zębów i trzeba było dralowac z powrotem a juz w momencie gdy doszły do tego problemy zoladkowe, myslalam ze sie wsciekne. Poprosilam wiec zebrawszy sie w sobie przynajmniej na tyle by znieść moje bagaze o jedno piętro, bym mogła zając łóżko w jednym z pokojów piętro niżej (na parterze nie mieli pokojów, tylko recepcje, pokoj wspolny i łazienki). Pani w recepcji zgodziła sie, wyznaczając mi numer łóżka ktore mialam zając. Zdziwiło mnie to troche bo pokój był prawie pusty i z powodzeniem moglam sobie wybrać łóżko sama ale nie, zostało mi przydzielone akurat to i żadne inne, szczęśliwie na dole (łóżka oczywiście piętrowe, jak to w hostelu). Śmieszne było to jak pare dni pózniej w nadal pustym prawie pokoju dokoptowali do mojego pietrowego łóżka chłopaka na górne łóżko mimo ze w pokoju cała masa była wolnych miejsc na dole i oczywiscie nad nimi wolnych na górze gdyby ktos był ich amatorem. Ale nie. Poniewaz chlopak ten zgodzil sie pokornie spac wlasnie tam, musimy teraz radzić sobie z podwójnym bałaganem tworzonym przez nasze plecaki na podłodze pod łóżkiem i w ogole zupełnie bezsensownie i absurdalnie skomplikowano nam to życie. Cóż, Laos to w koncu komuna a pani z hostelu wydaje sie miec władze urzędnicza a z taka sie nie dyskutuje. Podobnie trudno mi było dyskutować z dictum ze w rowerze nie da sie podwyższyć siodelka. Jesli chodzi o płacenie to wymaga sie go tez zasadniczo, nie to co w Luang Prabang i nawet na drzwiach pokojów zawieszono karteczki straszace dodatkowymi karnymi oplatami jesli zapomni sie zgłosić zamiaru pozostania na kolejna noc. Poza tym szafki, ktore wszyscy tak skrzętnie zamykają na kłódki – usytuowane pod dolnymi łóżkami sa kryte nieprzybita do nich dykta na ktorej leży materac, wystarczy ja podniesc i mozna wszystko swobodnie wyjąć ze środka. No i na dobitke butelka wody mineralnej kosztuje 8000 kipow zamiast 5000 ktore obowiązują wszędzie indziej w mieście wliczając w to recepcje pozostałych hosteli i hoteli nawet. Ale dosyć juz narzekania na hostel.

W sobotę nie czułam sie najlepiej i zdecydowałam sie przeznaczyć ten dzien na leniwy tryb odpoczywania i pisanie (znowu) przez dzien caly. Z niewiadomych powodów w Vientiane nie przestawaly dokuczac mi bole plecow i dochodzace do tego czesto problemy zoladkowe sprawiały ze moj pobyt tam przedstawiał sie ogolnie rzecz biorac raczej żałośnie. Zastanawiałam sie co to bedzie jak w koncu doczekam sie przyjazdu tego mojego Couchsurfingowego znajomego, Davida, i czy w ogole dam rade jechac z nim dalej autostopem dokadkolwiek. Przyjeżdżając do tego miasta i dowiadujac sie ze bede musiała spędzić tu ładne kilka dni myslalam ze odpoczne i „naladuje akumulatory” na przyszłość a tymczasem zdaje sie ze sie te akumulatory zużyly i ładować sie ani myślą. I co tu robic? W niedziele stwierdziłam ze spróbuje raz jeszcze masażu i sauny, tym razem w innym miejscu, pare ulic od mojego hostelu. Juz poprzedniego wieczora upatrzylam sobie to miejsce i dowiedzialam sie wtedy ze maja tam czynne od 13 do 21. 15 tysięcy (6 zł) za saune bez limitów czasowych i 50 tysięcy (20 zł) za godzinny masaż. Zjawilam sie nieco po 13 po to tylko by usłyszeć ze „sauna full, massage full” i ze bedzie wolne koło 15. Wyszłam wiec z powrotem na rozżarzone słońcem ulice i zaczęłam wloczyc po okolicy wybierając uliczki ktore z jakichś niezbadanych powodów wydawały mi sie bardziej obiecujace od innych. Jak to juz nieraz bywało, nie zawiodłam sie na mojej intuicji i ni stad ni zowad trafiłam do knajpki otwartej dopiero trzy dni wczesniej gdzie została mi zaserwowana bardzo dobra, standardowych wymiarów pizza z szynka i innymi smacznymi dodatkami za 25 tysięcy kipow (10 zł). Co ciekawe, nie miało to miejsce jeszcze żadnego szyldu, menu, niczego z tych rzeczy a stojąca przed wejściem reklama głosila ze pizza tam kosztuje 40 tysięcy. Widząc moj wzrok na tym napisie właściciel zawołal zaraz ze ta cena to nieprawdziwa, zawyżona. Okazał sie ów właściciel byc mieszkajacym na stałe w Paryzu obywatelem Wielkiej Brytanii tureckiego chyba pochodzenia i przyjechał wlasnie tutaj dopiero co rozkrecic ten maly gastronomiczny biznes. Siedział sobie wlasnie ów właściciel z paryskim przyjacielem pochodzenia laotanskiego gawedzac po francusku i tylko oni dwaj tak sobie siedzieli przed wejściem do tego czegoś co zupełnie nie wygladalo na knajpke. Atmosfera z miejsca bardzo mi sie spodobala i zaraz sie do nich dosiadlam majac wrazenie ze siedzimy we troje na ganku prywatnego domu jednego z nich tak jak, południowym zwyczajem, spędzać mozna cały wolny czas gapiac sie na zycie na ulicy. Obaj moi nowi znajomi mówili dobrze po angielsku i bardzo byli radzi mojej wizycie. Niedługo potem, kiedy juz palaszowalam swoja pizze popijając sokiem ktory jak sie potem okazało dostałam gratis, dołączyło do mnie jeszcze dwóch innych spontanicznie skuszonych apetycznym widokiem i moimi tym razem zachetami do wstąpienia, nowych klientów. Chłopaki ze Szwajcarii i Australii, obaj pracujący gdzies w tych stronach, gadalo nam sie rownież swietnie.

Akurat mniej wiecej gdy skończyłam, była juz pora wybierać sie na saune. Okazało sie to miejsce zupełnie rożne od poprzedniego. Przede wszystkim bardzo popularne wsród miejscowych ale tez i mozna bylo natrafic na kilka osob zagranicznych, wciąż prosto ale o wiele lepiej urzadzone i znacznie większe. Cena niewiele wyższa w efekcie a sauna goretsza, masaż o wiele bardziej profesjonalny i choc nie żałuje tamtego doświadczenia ktore uważam za bardzo ciekawa przygodę to gdybym miała polecac któreś z tych miejsc znajomym, nie wahalabym sie długo. Oczywiście nie smialabym robic zdjec na terenie sauny wiec znow bedzie tu musiał wystarczyć moj opis. Tak jak pisałam, była tym razem okazja do obserwacji większej liczby miejscowych, w tym przede wszystkim kobiet i mlodych dziewczyn korzystajacych z sauny pospolu ze mna i dwiema Francuzkami. Dziewczyny zalegajac na laweczkach tarasu przed damska sauna nacieraly swoje drobne eleganckie cialka przeroznymi specyfikami – a to brunatna substancja na bazie orzechów tamaryndowca, a to jakas przyrzadzana na miejscu oleista mascia o miodowym kolorze smarowaly twarze, to znowu polewaly sie mlekiem z kartonika. Oczywiscie nacieraly sie na tyle tylko na ile umozliwialy im to sarongi, ktore zreszta podwijaly odwaznie grubo powyzej kolan. Sprobowalysmy z Francuzkami opcji z tym miodowym czymś na twarzy i tylko problem polegał na tym ze pod wpływem gorąca oczywiście splywalo to z nas i to jeszcze w ten sposob ze trudno było tego troche nie zjesc przypadkiem. Słodkie, rzeczywiscie choc nie wiem czy naprawde sie nadające do jedzenia. Po saunie wyskakiwalo sie raz po raz polewac sie woda z wiaderka (normalnych prysznicow nie było) i przede wszystkim zalegalo na dworzu odpoczywajac, pijac herbatę i gadajac z innymi saunowiczkami.

Tego samego dnia wieczorem przyjechał David, chłopak ktorego poznalam przez ogłoszenie na Couchsurfingowym forum. David pochodzi z rodziny irackich chrzescijan ktorzy emigrowali do Wielkiej Brytanii gdy byl małym dzieckiem. Aktualnie pracuje w Dreznie robiąc doktorat z inżynierii genetycznej. Jezdzil juz wczesniej autostopem np. po Niemczech i Japonii gdzie jak twierdził działało to bez zarzutu. Zatrzymał sie w tym samym hostelu co ja a poniewaz byl ciekawy stolicy Laosu, następny dzien zamiast ruszać juz w droge, spędziliśmy jeszcze w Vientiane odwiedzając po kolei miejsca w ktorych juz byłam. Następnego dnia, czyli dopiero we wtorek, po tygodniu pobytu, udalo mi sie w koncu opuscic stolice – wyruszylismy na południe.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s