Jaskinia Kong Lor, Thakhek, Pakse

Zgodnie z poradami z forum Travelbit zaplanowałam z Vientiane trasę na południe Laosu w stronę Si Phan Don (Czterech Tysiecy Wysp) zatrzymując sie po drodze w jaskini Kong Lor. David przystał na ten plan i mieliśmy jechac autostopem ale wyszło na to ze jednak do jaskini przynajmniej pojechaliśmy autobusem ktory zostawił nas w wiosce położonej juz kilometr od nich. Dłuższa historia dlaczego. Było gorąco, droga, z tego co sprawdzilismy na mapie wydawała sie byc trudna do stopowania na tyle ze trzeba by przewidzieć pewnie jakis nocleg po drodze i ogolnie jakos tak wyszło. Nie był to oczywiście drogi autobus ale i tak nieprzyjemnie mi było ze świadomością ze jadę nim zamiast próbować stopem. Kolejny autobus w Laosie, drugi juz, po tym na trasie Luang Prabang-Vientiane (ale wtedy przynajmniej próbowałam).

Widoki z wioski w ktorej nocowalismy.

Na miejscu zakwaterowalismy sie w trzyosobowym pokoju za 20 tysiecy za osobe (8 zl) z przesympatyczna dziewczyna z Niemiec poznana jeszcze w autobusie. Wieczorem poznaliśmy jeszcze Nowozelandczyka ktory miał za sobą 19 miesięcy włoczegi po świecie i zmierzal wlasnie do domu na święta. Wszyscy razem zjedlismy bardzo smaczna kolacje w knajpce należącej do naszej gospodyni (zdaje sie jedynej osoby w wiosce mówiącej po angielsku) a nastepnego dnia po śniadaniu złożonym z najlepszych jak dotąd nalesnikow z czekolada i bananami jakie jadłam w Azji, udalismy sie w czwórkę do jaskini.

Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi sie płynąć w jaskini lodka i to jeszcze na silniku i z szalona prędkością. Podziemna, rzeczna autostrada zdawala sie nie miec konca i bylo to zupełnie niesamowite mknac tak w ta niezmierzona ciemność rozswietlana tylko światłami latarek naszych przewodników. Dwaj laotanscy chłopcy nie mówiący słowa po angielsku, jeden z przodu a drugi z tylu łódki, blyskali tymi latarkami naprzemian po ścianach i sklepieniu z prędkością, za ktora trudno było nadążyć. Co jakis czas rzucaly nam sie w oczy zgrupowania nietoperzy przyczajone gdzies we snie, droge urozmaicaly tez czasem zakrety i wplyniecia w jakies wieksze skalne komnaty, mielismy tez okazje do spacerku pomiedzy lasem stalaktytow, stalagmitow i stalagnatow tworzących zupełnie niesamowite formacje skalne ale ogólnie rzecz biorąc to plynelismy podwodna autostrada.

Nasza lodka pomijając silnik była bardzo prymitywna i wypełniała sie powoli woda ktora trzeba było sukcesywnie z niej wybierać specjalna łopatka i w ogole poziom wody, tej jej czarnej, niezbadanej toni, co do ktorej nigdy nie bylo wiadomo jak jest gleboka ale latwo mozna bylo sie przekonac ze jest wciaz zaskakujaco ciepla, byl niebezpiecznie bliski krawedzi naszych burt i latwo mozna bylo wyobrazic sobie ze sie nam ta woda zaczyna nagle gora wlewac na calego topiac nasza lodczyne. Było to ekscytujące i oczywiście zaraz pojawiały sie w głowie scenariusze tego co by sie z nami stało gdybyśmy utkwili gdzies posrodku. To o czym sie myslalo jednak przede wszystkim to uczucia towarzyszace odkrywcom tego miejsca. Skoro nawet pokonywana szybka silnikowa lodka wydawala sie ta jaskinia nie miec konca, jak ogromna musiala wydawac sie komus kto eksplorowal ja pieszo, brodzac w wodzie przy swietle pochodni? Jak ogromna musiala budzic groze ta niekonczaca sie mroczna przestrzen ale i jaka wielka ciekawosc! Jakie legendy musialy sie z tym miejscem wiazac i kim bylo ci ktorzy odwazyli sie przemierzyc je do konca? Jaskinia ma łącznie ok. 7 km długości i przeplywajac nia dostaje sie człowiek na druga stronę gory gdzie moze dalej płynąć z rzeka. Po drodze mija sie kapiace sie w tej rzece bawoly i jesli ma sie czas mozna tez przejść sie do wioski kilka kilometrów stamtad. Nie wybraliśmy sie tam jednak, Derrickowi zależało na złapaniu autobusu do głównej drogi, ktory odjezdzal z naszej wioski o 13.

Nie autobus jednak a duzy tuktuk zabrał nas do głównej drogi i dalej jeszcze, do miejsca skad miał odjezdzac autobus do Thakhek ale go jednak nie było wiec inny tuktuk powiozl nas tam zamiast tego. Dziwna to była jazda, z kilkoma przesiadkami miedzy różnymi tuktukami z ktorych kierowca żadnego nie mówił po angielsku, za to kazdy prosił o kolejne 25 tysięcy kipow jakos tak nagle w połowie trasy zatrzymujac sie i kazac nam wysiadac (z bagazami!) a potem znowu wsiadac po zapłaceniu i ogólnie czuło sie ze nas robią w konia ale cieżko było negocjować, naprawde cieżko choc robiliśmy co w naszej mocy. W efekcie droga do Thakek kosztowała każde z nas 75 tysięcy kipow (30 zł) i kilka dobrych godzin jazdy w trakcie ktorej nie widziało sie zbyt wiele innych pojazdów co uspokajało choc troche cierpiąca autostopowiczowa dumę.

W tuk-tuku.

W Thakhek znaleźliśmy nocleg za 40 tys. kipow za osobę (16 zł) w dwuosobowych pokojach z własnymi lazienkami. Taniej nic nie było wiec nie wybrzydzalismy. Spalam z Theresa, a chłopaki osobno bo David ma problemy z zasypianiem. Dłuższa historia. David w ogole okazał sie miec sporo rożnych problemów ktore nawarstwily sie do tego stopnia ze przez pierwszych kilka dni chodził jak struty i nie odzywal sie do nikogo. Ponieważ sie nie odzywal to nie wiedziałam nawet ze tak bardzo mu zle bo pewnie trzeba było wstrzymać sie z droga az wydobrzeje ale jechaliśmy ciagle dalej myslac ze tak juz po prostu ma i zarówno Theresa jak i Derrick nie mogli sie nadziwić jak moge podróżować z takim milczacym i ponurym, wiecznie skrzywionym maruda. Ja sama zreszta tez sie nie moglam nadziwic i zaczelam sie zastanawiac nad tym co z tym dalej zrobic bo juz po pierwszych kilku dniach mialam go serdecznie dosc. Ogólnie to sprawił na mnie David wrazenie męskiej wersji Aileen, Niemki z ktora podrozowalam z Yangshuo do Dali i, ujme to tak, nie tego sie spodziewałam. Główne problemy Davida, takie co do ktorych wiele sie nie dalo zrobic, polegaly na fobii przed jaszczurkami (ktorych mieliśmy zawsze przynajmniej kilka w łazience) i trudnosciach z zasypianiem (nie potrafi spac przy hałasie wydawanym przez klimatyzację ani przez wentylator, budzil sie od piania koguta, oczywiście nie ma nawet co wspominać o chrapaniu w dormitoriach). Z ta bezsennoscia sprawa byla powazniejsza od jaszczurek, ktorych mozna było unikać wysyłając wczesniej na zwiady mnie lub Therese. Zatyczki do uszu nie pomagaly i w efekcie przez pierwsze trzy noce spał David lacznie ledwie ze dwie godziny. Doszły do tego tez problemy zoladkowe i w efekcie jechaliśmy z męczennikiem raczej niz kompanem podróży ale na tyle dumnym ze za nic nie zgodziłby sie na opóźnienie z uwagi na niego (wykapana Aileen). Ogólnie to irytowalo mnie to zachowanie (plus kompletny brak usmiechu) na tyle ze postanowiłam rozlaczyc sie z nim jak tylko sie nadarzy okazja. Zwlaszcza ze tak jak jeszcze problemy zoladkowe mozna zwykle szybko wyleczyc to z tym jego spaniem sytuacja nie rokowala poprawy.

W Thakek wybraliśmy sie w czwórkę na hot pot do pokaznych rozmiarow lokalnej restauracyjki pelnej miejscowych (od razu widać ze musi byc dobre jedzenie!). Rzeczywiscie było pyszne – świeże plastry wołowiny i kurczaka, pyszne warzywa, grzyby itd. David oczywiscie nie spróbował niczego tylko patrzył na nas męczenniczo ale nauczyłam sie go lekceważyć skoro nie dało sie z tym nic wiecej zrobić. Ni z tego ni z owego okazało sie ze Theresa przez cały czas była przekonana ze po Chinach wedrowalam pieszo z plecakiem (pomyliła słówka „hiking” i „hitchhiking”). Po niemiecku nazywa sie autostop „trampingiem” o czym wiedzialam juz przeciez od Aileen i właściwie mogłam sie domyślić ze nie do końca pojęła Theresa ideę mojej podrozy widzac jej zdziwione spojrzenie na moja wzmianke o tym ze nie jestem w zasadzie szczególnie wysportowana osoba a potem jej stwierdzenie ze chętnie by dołączyła do nas w drodze do Kambodży ale ma chyba na to za ciężki plecak. Kiedy sie w koncu dowiedziała o co chodzi zaraz przystala na moja propozycje stopowania we trójkę. Właściwie to nawet namawialam tez Derricka by do nas dołączył ale opierał sie skutecznie twierdząc ze we czwórkę nie moze nam sie udać. Uważalam ze spokojnie by sie nam udało (miałam w pamięci stopowanie w gronie pięcio a nawet siedmioosobowym w Chinach) – jesli nie wszystkim razem to na dwie pary ale ze nasz nowozelandzki globtrotter byl nieugiety totez nie naciskalam dluzej. Tak czy owak miałam juz do kompletu Therese co było o wiele lepsza opcja niz jazda we dwójkę z nieszczęsnym Davidem na którego naprawde nie mogłam juz patrzyc. Zdecydowaliśmy wiec ze ruszamy następnego dnia z rana tuktukiem wszyscy razem na dworzec sprawdzić o ktorej mamy (awaryjnie, w razie gdyby nam zupelnie nie szlo) autobus, żegnamy sie tam z Derrickiem po czym udajemy we trojke na wylotowke z tabliczka (napis „Pakse” na niej pomogł mi w wersji laotanskiej opracować pan z recepcji hostelu).

Pan z hotelu bardzo powazny (zatroskany?).

Kiedy tak stalismy na tej glownej panstwowej drodze Laosu (ktora w Bydgoszczy uchodzilaby za podrzedna) w coraz mocniej piekacym porannym sloncu, ustalilam ze minimalny czas czekania tutaj to godzina – po tym czasie bedziemy mogli rozwazyc rezygnacje i pojscie na autobus ale na pewno nie wolno nam tego zrobic wczesniej. Ruch byl duzy co jednak nie zmienialo faktu ze moglismy stac tam dlugo i nic nie zlapac tak jak to mialo miejsce w Luang Prabang. Gdyby chodzilo o mnie, moglabym tam stac i ze trzy godziny ale mialam na wzgledzie Davida i jego skrzywiona mine i patrzylam na rzecz realistycznie – jesli wytrzyma godzine ten czlowiek ktory mi juz kiedys powiedzial ze nigdy nie czekal na samochod dluzej niz 10 minut bo inaczej nie widzi w tym sensu, to i tak bedzie sukces. W przypadku Theresy mial byc to jej pierwszy autostop w zyciu i tym bardziej mialam nadzieje ze wszystko pojdzie jak trzeba. Pierwsze auto zatrzymalo sie dla nas jednak bardzo szybko, podwozac nas co prawda tylko jakies 2 kilometry ale do waznego miejsca, skrzyzowania w ktorym rozchodzily sie drogi na wschod i południe. W naszym, poludniowym kierunku, jechalo ich raczej niewiele. Stojąc tak sobie w słońcu i usmiechajac wdziecznie do kierowcow jesli tylko sie jacyś nadarzali zaczelysmy z Theresa fantazjowac – ja na temat tego ze chcialabym jechac na pace jednej z tych ślicznych blyszczacych Toyot Hilux i ze jestem niemal pewna ze nas wlasnie takie auto wezmie, Theresa za to ze wyprzedzimy autobus Derricka. Nie minelo nawet 20 minut i zatrzymalo sie dla nas auto… I tak, oczywiscie byla to wlasnie Toyota Hilux, a jakze. Wskoczylysmy wesoło na pake pozwalając Davidovi zajac miejsce w kabinie (zmiescilyby sie tam dwie osoby ale w takim razie jedna musiałaby jechac z tylu sama). Całe szczęście bylysmy we dwie bo ulokowawszy sie na tej mojej upragnionej pace terenowej Toyoty okazałysmy sie niepokojąco narażone na podskakiwanie na wybojach i jakos tak o wiele lepiej było nam znosić to we dwójkę, gadajac i śmiejąc sie wesoło a czasem zamierajac na chwile chwyciwszy sie za rece przeczekujac gorszy kawałek drogi z nogami przywalonymi plecakami dla nadania nam większego ciężaru. Jakkolwiek ta moja pierwsza paka terenowki była bardzo ciekawym doświadczeniem to troche stresujacym rownież i ułożyło mi jak nas nasi kierowcy wysadzili – w połowie drogi do Pakse, tak jak sie umówiliśmy. Na miejscu, zrzadzeniem losu natrafilismy na autobus Derricka ktory wlasnie miał tam postój i pogadalismy z nim chwile ruszylismy stopowac dalej. Tak na marginesie, kierowcy Toyoty Hilux byli Chinczykami i było to dla Davida wspaniałym argumentem na rzecz tego ze tym razem nam sie udało fuksem, psim swedem, ale wiecej to w ogole nie ma co próbować bo z Laotanczykami to nie wyjdzie i lepiej wsiadzmy w autobus Derricka bo nastepny bedzie (no, kiedy, kiedy?) dopiero za 2 godziny (och, straszne!). Wkurzył mnie tym swoim gadaniem poważnie, zwłaszcza ze sam nic zupełnie nie zrobił zeby sie przyczynić do złapania ktoregokolwiek z dwoch aut którymi jechaliśmy do tej pory – siedział tylko za każdym razem na plecaku czekając az to my cos złapiemy i potem łaskawie tarabanil sie do środka. Z trzecim samochodem było zreszta to samo. Tym razem wszyscy troje mieliśmy miejsca na pace ale samochód to był o wiele większy i miała ta nasza miejscowka wysokie, bezpieczne barierki i juz nie martwilam sie ze podskakujac na wybojach wypadniemy bokiem. Wiem ze teraz jak o tym pisze ten pomysł brzmi absurdalnie ale w pierwszym aucie nie byłam wcale taka pewna czy to sie nie moze zdarzyć. Tymczasem to drugie było absolutnie wspaniale i jedyne co przychodzi mi do głowy gdy chce jakos krótko podsumować ta jazdę to okreslenie żesmy jechali na ruchomej plazy, opalajac sie w cudownym słońcu, owiewane wiatrem ktorysmy sami wytwarzali prujac przed siebie. Leżeć tak, gapic sie a to na chmury a to na migajace po drodze wioski i pola i wiedzieć ze jednocześnie zmierza sie dokads a nie tkwi w miejscu a wiec wiedzac ze sie człowiek pozytywnie, pożytecznie wręcz leni i byczy – cudownie! Zrobilysmy sobie nawzajem z Theresa troche zdjec i widziałam ze cieszy ja to wszystko tak jak mnie i tak mi było przyjemnie ze ja mam ze sobą i zupełnie sobie nie wyobrażałam jakby to było bez niej. Cieszylam sie ze nie musimy siedzieć w kabinie (ktora była pełna) bo dzieki temu nie musieliśmy kombinować z dogadywaniem sie z naszymi kierowcami ktorzy po angielsku mówić zupełnie nie potrafili.

Kiedysmy w koncu dojechali, spaleni na raki przez słońce, okazało sie ze niestety ale moje wyjaśnienia odnośnie tego ze nie mamy pieniędzy i chcemy jechac za darmo, nie zostały zrozumiane. Kierowca i jego dwóch laotanskich kolegów na nasze uprzejme, uśmiechnięte podziękowania, patrzylo spode łba i w koncu jeden zaczął artykulowac cos co mozna było zrozumieć tylko w jeden sposob – chcą kasy. Theresa postanowiła nie czekać az sprecyzuja kwotę i wręczyła jednemu z nich banknot 50 tysięcy kipow pokazując ze to za cala nasza trójkę (bilet autobusowy na tej trasie kosztował 60 tysięcy za osobę). Chytry Laotanczyk probowal wskazywać nas pojedynczo sugerując ze każde z nas powinno zapłacić tyle samo ale udało nam sie od tego wykpic – było to raczej bezczelne żądanie, w żadnym razie nasza przejażdżka na pace nie mogła ich tyle kosztować, gdybyśmy chcieli płacić po 50 tysiecy kipow za głowę wzielibysmy przeciez autobus droższy w przeliczeniu ledwie o 4 złote. Incydent ten bardzo mnie zasmucil i zepsuł dobry humor. David oczywiscie triumfował ze tak wlasnie to wszystko przewidział ale nie to było tutaj ważne, nauczylam sie juz nie zwracac wiekszej uwagi na to co mowi ten moj „towarzysz”. Pierwszy raz spotkałam sie z tym ze kierowcy mimo moich wyraźnych sygnałów ze chodzi nam o jazdę z darmo, i mimo tak prymitywnych warunków tej jazdy, żądali pieniędzy. Byłam pod silnym negatywnym wrażeniem. Przelknelam to jakos w koncu ale było mi cieżko.

W Pakse spędziliśmy dwa dni w hostelu ktory poleciła Theresie poznana przez nia w trasie Angielka. David oczywiscie wziął „jedynkę” zeby mogl spac spokojnie (zakladajac ze nie bedzie mu przeszkadzal wentylator itp.) a my z Theresa miejsca w „dormitorium”, dość nietypowym bo trzyosobowym (40 tys. kipow, 16 zł za noc za osobę). Na miejscu nastepnego dnia mielismy spotkać znajoma Theresy, poznana przez nia w Luang Prabang Holenderke, Meryl, z ktora Theresa planowała ruszyć dalej (znowu śladami angielskiej znajomej) na wycieczke skuterami po Bolaven Plateau. O Bolaven Plateau słyszałam juz wczesniej z forum Travelbit i ciekawa bylam tego miejsca. Theresa zapraszala mnie serdecznie zebym do nich dolaczyla ale pozostawalo pytanie – co zrobic z naszym maruda? Jedno co wiedziałam juz zaraz po przyjeździe do Pakse to ze jak najszybciej musze sie z nim rozstac co było o tyle trudne ze jego decyzja o przyjeździe do Laosu bazowala na tym ze zobaczył moje ogłoszenie na Couchsurfingu i po wymianie kilku wiadomości kupił bilet lotniczy z zaledwie tygodniowym wyprzedzeniem (zakładam ze horrendalnie drogi) i przyleciał. Czułam sie wiec poniekąd odpowiedzialna za ten jego wydatek i tak dalej, poza tym jakos mi było go żal z tymi jego wszystkimi problemami, ale z drugiej strony byłam praktycznie pewna ze nic sie z tym nie da zrobić i nic sie w tej kwestii na lepsze nie zmieni i ze nie mam zamiaru nianczyc go przez następny miesiac ani nawet przez dwa następne dni.

Rozmowilam sie wiec z Davidem poważnie, przemagajac niechęć, i wynikło z tego ze musze mu dać szanse pokazać od lepszej strony bo wszystko to do tej pory tylko przez niewyspanie i złe samopoczucie. I rzeczywiscie, następnego dnia kiedysmy juz spotkali Meryl, David zmienił sie znacznie na lepsze. Nawiasem mówiąc kto wie czy nie miala ta jego zmiana zwiazku z odstawieniem (za moja rada) „Malarone”, silnego przeciwmalarycznego środka o ktorym od lat wiadomo ze jego skutki uboczne sa na tyle groźne ze większosc ludzi woli poprzestawac na repelentach (spray’e z wysoka zawartością substancji zwanej DEET). David tymczasem nie dość ze pryskal sie 50-procentowym a wiec silnie stezonym DEETem to jeszcze to „Malarone” ktore przy jego jaszczurkowej fobii poważnie groziło w przyszlosci różnymi psychicznymi chorobami. No, mniejsza o to.

Caly nasz „pelny” pierwszy dzien w Pakse padało wiec ze skuterów nici i poprzestalismy na zwiedzanie miasteczka w ktorym w gruncie rzeczy nie bardzo było co zwiedzać. Przyjemnie było zaszyc sie na koniec w knajpce z rewelacyjnym indyjskim jedzeniem tuż naprzeciw naszego hostelu. Niedrogo a takie pysznosci! Było to moje i Theresy odkrycie jeszcze z pierwszego wieczoru i szybko staliśmy sie wszyscy stałymi bywalcami. Skutery wypozyczylismy w koncu w piątek rano. Musze przyznac ze mialam spora treme, zwlaszcza po wypadku w Yangshuo i mialabym te treme nawet przed byciem pasazerem a tymczasem okazalo sie ze kazde z nas ma wypozyczyc swoj wlasny skuter bo tylko na tej zasadzie zgadzał sie na to właściciel wypożyczalni. Moglismy niby isc gdzie indziej ale jakos tak wyszlo ze postanowilismy przystac na to samodzielne nasze jezdzenie. Choc najpierw jeszcze były próby, pierwsze w życiu moje i Davida próby na skuterze w ogole po ktorych musieliśmy orzec czy czujemy sie na siłach ruszać z dziewczynami na trzydniową wycieczke. Skutery ktore nam wlasciciel wypozyczalni polecil były polautomatycznymi Hondami Wave – powiedzial ze wbrew pozorom latwiej nam bedzie sie na nich nauczyc niz na automatycznych. Trzeba wiec w nich bylo zmieniac biegi co z poczatku troche mnie przerazilo ale szybko sie nauczylam i w efekcie nie widze w tym teraz nic trudnego. Theresa i Meryl ktore do tej pory jeździły zawsze tylko na tych drugich, wzięły jednak znowu automaty, sporo droższe od naszych (90 tys. kipow, 36 zł za dzien zamiast 50 tys., 20 zł). Nasza wycieczka mimo początkowych obaw i tremy (dobra, mówiąc szczerze, spodziewajac sie dróg takich jak w Yangshuo, pełnych zakrętów i przepaści, myslalam prawie ze jedziemy na pewna smierć), okazała sie rewelacyjna i spokojna. Tak to jest jak sie człowiek nie przygotuje i nie wie czego sie spodziewać – przez większosc trasy mieliśmy zaskakująco dobry asfalt, drogi proste, płaskie i prawie lub zupelnie puste. Oczywiscie nie zawsze tak było i zdarzały sie fragmenty trasy o ktorych myśląc teraz wiem ze mieliśmy sporo szczęścia (i pewnie tez nabytych w miare jazdy umiejętności) – szczegolnie po zmroku i przy dużym ruchu, z tumanami pyłu, oblokami dymu i truchelkami owadów cisnacymi sie do oczu – bywało cieżko. Ale tak ogólnie trasa była przyjemna i skoro ja byłam ja w stanie przejechać na skuterze, prowadząc go sama pierwszy raz w życiu,i jeszcze byłam w stanie podziwiać widoki i naprawde sie tym wszystkim cieszyć, zacieszac na całego, to znaczy ze nie było tak trudno i ze kazdy dałby rade. No, ale o Bolaven Plateau musi byc wiecej i bedzie, juz wkrótce.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s