Bolaven Plateau

O Bolaven Plateau, plaskowyzu w południowym Laosie (prowincja Champasak) słynącym z plantacji kawy, dowiedziałam sie, tak jak juz tu pisałam, z forum Travelbit. Oczywiscie gdybym nawet o nim nie wiedziała to dowiedzialabym sie szybko bo prawie kazdy kto przyjeżdżał do Pakse i nie zamierzal natychmiast ruszac stamtad do Si Phan Don (Czterech Tysięcy Wysp), kierował sie wlasnie tam. Wybralismy sie wiec i my w czwórkę z Theresa, Meryl i Davidem na skuterach wypozyczonych od francuskojezycznego Belga i jego laotanskiej ukochanej (ktora poznał dwa lata temu wypozyczajac skuter wlasnie, zakochał sie i został, ale to tak na marginesie). Tak jak tu juz pisałam, bylo o wiele łatwiej niz myslalam i tym razem obyło sie bez wypadków.

Zostaliśmy uprzedzeni ze na Bolaven Plateau panuje specyficzna, chlodniejsza i bardziej deszczowa niz w Pakse pogoda (czesto nawet o 10 stopni niższa temperatura choc to tylko godzina drogi). Częściowo wynika to z wyższej wysokości, częściowo po prostu z miejscowego mikroklimatu, dzieki ktoremu region ten jest tak wyjatkowy. Rzeczywiscie, pierwszego dnia było chmurno i co jakis czas zaczynało siapic, na szczęście tylko przelotnie. To ze na Bolaven jest chlodniej okazalo sie bardzo przyjemna odmiana. Oczywiscie nie było zimno, mogłabym to raczej określić jako pogodę w stylu kaprysnego ale jednak stosunkowo szczesliwego polskiego lata – przydały sie ciepła bluza i długie spodnie ale czasem rozpogadzalo sie tez zupełnie i było goraco i słonecznie.

Podsumowując cała wycieczke musze powiedzieć ze najwieksza chyba frajdę miałam z samego faktu ze prowadzę samodzielnie skuter, pierwszy raz w życiu, i ze mi to nawet niezle wychodzi. Oczywiscie nie przestawalam byc czujna i jechalam ostroznie, majac w pamieci Yangshuo i to ze praktycznie kazdy podrozujacy po Azji czlowiek ktorego spotkalam a ktory mial cokolwiek wspolnego z wypozyczeniem skutera, zaliczyl przy okazji jakas nieplanowana, niepożądana przygode. Szczegolnie na blotnistych, pełnych wybojow odcinkach ktore pokonywalismy czasem zbaczajac z głównej trasy w drodze do wodospadow i odleglejszych wiosek trzeba było uważać. Te drogi wybieralismy szczesliwie tylko jak juz zdazyly wyschnac po deszczu ale mimo to raz omal bym sie nie wywalila na kawałku gdzie ktos najwyrazniej musial wylal na droge pomyje – jechałam wtedy bardzo wolno i nie byłby to groźny upadek ale mimo wszystko cieszylam sie ze mi sie udało przywrócić do równowagi rozchybotany na tym blocie skuter. Ogólnie rzecz biorąc tak jak juz tu pisałam drogi Bolaven były jak na Laos bardzo dobre i nawet sie towarzystwo rozchociwszy pod koniec rozpedzilo do 70 km/h ktore to na naszych skuterkach czuć było juz ostro (odpuscilam sobie wtedy gonitwe za gromada poprzestajac na bezpiecznym 50-60 szczególnie ze chciałam jeszcze po drodze cos zobaczyc). Jesli chodzi o widoki po drodze to były rzeczywiscie przepiękne. Polacie kawowych plantacji, malownicze wioseczki z domami na palach i dziecmi machajacymi nam radosnie z podworek, pasma gor zamykajace krajobraz akwarelowymi smugami rożnych odcieni błękitu. Na drodze zwykle ruchu nie było prawie wcale, od czasu do czasu pozwalalismy sie wyprzedzac miejscowym na motocyklach i sami wyprzedzalismy wozy ciagniete przez silniki traktorow (bez kabin). Dopiero ostatniego dnia zalapalismy sie na „godziny szczytu”, na trasie z Paksongu do Pakse, było wtedy juz zupełnie ciemno, mnóstwo samochodów, takze ciezarowek, motocykli, niektóre z nich jadące na długich światłach zamiast na światłach mijania oslepialy i meczyly wytężony bez przerwy wzrok. Pył, ktory wzbijala ta cała mechaniczna cizba cisnąl sie do oczu, dziur w drodze było o wiele wiecej niz poprzednio, owady wpadały do oczu bo nasze kaski albo wcale nie miały szybek (jak moj) albo miały je tak brudne ze i tak nie dało sie przez nie patrzeć. Ten ostatni odcinek byl niewatpliwie najtrudniejszy i to wlasnie wtedy przydala mi sie ogromnie odblaskowa kamizelka ktora wozilam ze soba zawsze od mojej pierwszej autostopowej wyprawy a ktora jeszcze dotad nigdy nie byla mi potrzebna. Bylo wiec ciezko ale tez ciagle bardzo pieknie – po obu stronach migaly nam palone we wsiach, czesto tuz przy drodze, ogniska z ktorych dym malowniczo rozpraszal sie w światłach aut a zanim jeszcze zrobiło sie ciemno, mieliśmy tez tamtego wieczoru okazje załapać sie na przepiękny, krwawoczerwony zachód słońca.

Stacja benzynowa na trasie.

Kilka słów o tym gdzie mieszkaliśmy i co jadalismy. Pierwsza noc spędziliśmy w miejscowosci Sekong – ja z dziewczynami w gospodarstwie gdzie za 30 tys. kipow (12 zł) za dwuosobowy materac kryty moskitiera nocowalo sie na pieterku drewnianego domu razem z kilkunastoma innymi osobami, David rzecz jasna we własnym pokoju, nieco drożej. Miejsce w ktorym zatrzymalysmy sie z dziewczynami polecal nam Belg z wypożyczalni skuterów, wlascicielka nazywala sie Mama Pap a w każdym razie tak chciała by ja nazywać i tak ja nazywalismy. Wszyscy Mamę Pop pokochali za jej bezposredniosc, okraszone gromkim smiechem, pelne zywej gestykulacji a mimo wszystko czesto ciagle jeszcze trudne do zrozumienia wypowiedzi po angielsko-francusko-laotansku i fizjonomie podchmielonej, filuternej czarownicy. Wyglądała na moje oko na jakies szesciedziat lat, miała ponoc ledwo ponad czterdzieści do czego przyznała sie Meryl rechoczac ze niestety jest juz taka stara. Niestety jesli o mnie chodzi to trudno mi bylo obdarzyc Mame Pop cieplejszym uczuciem po tym jak musialam czekac na swoja kolacje prawie godzinę patrzac w miedzyczasie jak wszyscy inni koncza jedzenie nawet jesli zamowili duzo pozniej ode mnie. Nie było to kwestia trudnosci przygotowania a tylko tego ze Mama Pop ciagle jakos zapominala o tym ze czekam na te moja nieszczęsna ryzowa zupę i mimo ze jej przypominalam to za kazdym razem uroczo sie zdziwiwszy, zapominala znowu. Podobnie rzecz sie miala z kawa, ktora dostalam nastepnego ranka praktycznie dopiero po sniadaniu i niestety nie mozna powiedziec zeby to byla dobra kawa i jestem pewna ze nie miała nic wspólnego z okolicznymi plantacjami. Tak czy owak trzeba przyznać ze było tam niedrogo, kolacja (ogromna misa zupy i kokosowy milkshake), sniadanie (nalesniki, kawa), dwie butelki wody i nocleg kosztowały łącznie jakies 56 tysięcy kipow (22 złote). Zreszta w ogole Bolaven Plateau okazało sie cudownie niedrogie i juz następnego dnia mieliśmy okazje zjesc o wiele smaczniejsza kolacje w równie dobrej cenie.

Na kolacje ta zalapalismy sie w Paksongu gdzie dotarlismy wieczorem. Knajpka przy drodze, stolik pełen miejscowych mężczyzn spogladajacych na nas ciekawie i dwie panie Laotanki zupelnie nie ogarniajace angielskiego ktorym pokazaliśmy mniej wiecej na migi ze chcielibyśmy cos zjesc i zdalismy na szczęście. Menu tam nie posiadali nawet po laotansku wiec nawet nie mozna było wskazać czegoś na chybił trafił. Nie zawiedlismy sie jednak. Kolacja wyglądała podobnie jak niemal wszystkie moje posiłki w Chinach – jadlo sie nakladajac sobie pałeczkami do małych miseczek po trochu wszystkiego ze wspólnych polmiskow. Warzywa, zupa, jakies mięsa, ryż, a wszystko przepyszne i świeże. Najedlismy sie do syta a wszystko to za jakies 80 tysięcy kipow za nasza czworke, razem z piciem (32 zł!) a wiec 8 zł od osoby. Jesli chodzi o nocleg to tym razem zaszalelismy, pokoje z lazienkami po 16 zł/osobe za noc. To był bardzo miły wieczór, gadalismy o ksiazkach i spiewalysmy z dziewczynami na głos wracajac poboczem i mając nadzieje załapać sie na miejscowe karaoke ktore mijalismy idąc na kolacje ale ktore niestety w miedzyczasie zamknęli (szkoda!).

Przepyszna i niezwykle tania kolacja na trasie Bolaven Plateau.

Było wiec śpiewanie dalej w pokoju, gadanie o muzyce i opowieści z dzieciństwa i mlodosci w tym szczegolnie trauma Meryl z myszami z jej akademika. Sluchajac jej historii nie dziwilam sie juz wiecej wstrząsającym wrzaskom ktore dobiegly mnie z łazienki gdzie Meryl stojąc na desce klozetowej w ciężkiej panice wlasnie przedstawicielke tego gatunku widziała. Na następna noc wróciliśmy juz do Pakse, zahaczajac po drodze o plantacje kawy po ktorej zostaliśmy oprowadzeni przez sympatycznego Holendra ktory sie na Bolaven Plateau osiedlil. Pokazal nam różnice miedzy drzewkami gatunku arabica i robusta, opowiedzial o procesach obrobki, sprobowalismy obu gatunkow serwowanych z wloskiego czajniczka i musze powiedziec ze to było rzeczywiscie wlasnie to czego oczekuje od kawy. Smoliscie czarna i o głębokim, długo pozostającym w ustach smaku nie wymagającym doprawiania w zaden sposob ani mlekiem ani cukrem. Robusta, mniej popularna, niedoceniana zwykle na świecie, miała w sobie jakby nutę gorzkiej czekolady.

Arabica w roznych postaciach.

Duze, miesiste liscie robusty.

Były to wiec bez wątpienia bardzo dobrze spędzone trzy dni chociaż gdzies z tylu głowy przez cały czas miałam świadomość ze mozna było je spędzić lepiej, że z roznych wzgledow nie wykorzystalismy tego czasu tak jak trzeba a moze po prostu mielismy go za malo. Zbierajac sie codziennie w droge wczesniej mielibyśmy wiecej czasu na spokojne, powolne eksplorowanie plaskowyzu, jego wodospadow, wiosek i plantacji a tak – migalo nam to jakos tak wszystko po drodze, cały czas trzeba było patrzeć na zegarek zeby nie wrobic sie w jazdę po zmroku ktory zawsze nadchodzil za szybko. Gdybym jeszcze raz miała jechac na Bolaven Plateau, przeznaczylabym na to przynajmniej 5 dni, bacznie sledzac wszystkie drogowskazy i skrecajac w każda boczna ścieżke, ktora wydalaby sie dla mojego podrozniczego instynktu kusząca. Oznaczenia na trasie były raczej marne i wiem ze jadac za szybko ominelismy niechcący wiele z atrakcji plaskowyzu, tych oficjalnie uznanych za atrakcje, co dopiero mówić o tych ktore moznaby tam dopiero odkryć. Nie mogłam zatrzymywać sie wszędzie gdzie chciałam chocby zrobić zdjecie albo wlasnie sprawdzić dokad wiedzie jakas boczna ścieżka bo przeciez jechaliśmy razem, stadnie, i jakos nie wyobrażałam sobie zatrzymywania wszystkich co chwila skoro chcieli jechac szybko no i w obliczu majacego zawsze za szybko nadejsc zmierzchu. Z jednej strony umowilismy sie zreszta nawet ze od czasu do czasu każde z nas moze zatrabic dając reszcie znać ze robimy postój ale jak próbowałam to raz w koncu zrobić to i tak nikt na to nie zareagował – jechaliśmy za szybko, warkot motorow byl za glosny zeby uslyszec. Zreszta David chyba usłyszał, obejrzał sie nawet ale nie wiedzieć czemu nie przekazał tego dalej dziewczynom, ktore były z przodu i słyszeć na pewno nie mogły. Potem twierdził ze nie był pewny czy to ja bo inni mogli tez trabic i jeszcze mi radził ze trzeba było machac. Akurat bede machac jak wlasnie na tym odcinku co chwila trzeba było omijać dziury. Przepadl mi wtedy swietny moment do zdjec zachodu slonca i bylam zla. Innym razem z kolei okazalo sie ze jadac za szybko przeoczylismy skręt do wodospadow i plantacji kawy ktore były jednym z naszych głównych celów i trzeba sie było kawał wracac. Jednym słowem, nauczył mnie ten wyjazd ze jadac w grupie trzeba godzic sie na kompromisy, ktore nie zawsze beda satysfakcjonujące. Gdybym miała komuś radzić, powiedziałbym zeby na Bolaven koniecznie wybrał sie sam lub najwyżej z jedna osoba, z ktora sie naprawde dobrze dogaduje.

Z Bolaven Plateau tak jak pisałam wróciliśmy do Pakse gdzie poznym wieczorem wybralismy sie jeszcze ciagle na skuterach na kolacje na jednym z tarasow nad Mekongiem. To co jedlismy bylo absolutnie przepyszne – solona ryba, taka jak w Vientiane, zestaw swiezych warzyw z „papierowym ryzem”, i „sticky rise” (kleisty ryz) jedzony jak lokalni rekami. Było bardzo miło, cieszylismy sie z naszego szczęśliwego powrotu i rozmawialiśmy o tym co najbardziej nam sie w drodze podobało. Theresa zadała nam wszystkim dwa pytania na ktore chce żebyśmy jej pózniej po namyśle odpowiedzieli. Zadaje je spotykanym w podróży ludziom z ktorymi los połączył ja w drodze i traktuje to jako swój osobisty „projekt” podrozniczy zbierając oprócz odpowiedzi, fotograficzne portrety tych osob. Pytania brzmią: „Co robisz kiedy nie podrozujesz?” i „Co chciałbyś zobaczyc w ciągu swojego zycia?” i mozna je rozumieć na wiele rożnych sposobów, szczegolnie to drugie. Nie udzielilam jeszcze odpowiedzi, mysle nad tym. Zawarcie myśli w lapidarny, krótki a treściwy i jeszcze do tego kreatywny sposob nigdy nie było moja mocna strona. Dlatego tez nigdy nie potrafiłam pisac poezji. Rzeczowa, reporterska relacja, fakty i zdarzenia, czasem troche przemyśleń ale żadnych sie z tego nie ułoży mądrych sentencji. Spróbuje dla Theresy jednak opracować cos co by ja moglo zadowolić. Albo po prostu powiem pierwsze co mi przyszło do głowy, banalnie i bez kombinacji – jak nie podrozuje to czytam (nie wiem czemu, jakos mi sie to wydalo istotniejsze od studiowania) a zobaczyc chce … No wlasnie, co chce zobaczyc? Nasuwa sie od razu ze powinnam odpowiedzieć ze chciałabym zobaczyc świat w ktorym wszyscy sa szczęśliwi, w jakiejś utopijnie pojętej przyszłości. Jasne ze bym chciala ale naiwnosc takiego stwierdzenia mnie mierzi. Wszyscy by tego chcieli i nic z tego nie wynika. Odnosząc to do siebie osobiscie powinnam wysnuć wizje tego jak chciałabym by wygladalo moje życie w przyszłości co jest problematyczne bo… nie mam pojęcia jak by miało wyglądać. Wyruszajac do Chin i mając w perspektywie kilkumiesięczna podróz po Azji myslalam ze sie moze tego dowiem, w jakis sposob wymyśle to w drodze. Wymyslilam tyle roznych rzeczy ze za nic nie jestem w stanie sie zdecydowac a za duzo tu opcji do rzucania moneta. Nauczylam sie tez ze zawsze jakimś przedziwnym sposobem najbardziej cieszyły mnie miejsca i spotkania ktorych sie zupełnie nie spodziewałam wiec moze po prostu nie warto wymyslac sobie idealnego planu na to co bedzie ze mna za pare lat bo jedyne co z tego moze wyniknac to rozczarowanie jesli sie nie uda zamiast radości ze sie udało choc nikt by sie tego nie spodziewał. A wiec rozumiejąc pytanie dosłownie i banalnie – chciałabym zobaczyc dzikie stepy ciagnace sie po horyzont z grzbietu galopujacego konia, bezkresne oceany i zapomniane, dalekie, rozsiane gdzies po nich wyspy, a moze i ziemie ogladana z kosmosu, jak cos zupelnie abstrakcyjnego, jak jedna z wielu planet ktore jeszcze mozemy kiedys odkryc. Ale tez przeciez taka bliska Francje, w ktorej nigdy nie bylam, Szwajcarie, Islandie, Norwegię, Rosję… Patrzac kontynentami, Amerykę Południową i Północna, Afryke, Australie… Jasne ze chciałabym zobaczyc Wszystko. Teraz z kolei pojawia sie pytanie czemu służy oglądanie Wszystkiego i czy nie byłoby lepiej wlasnie zamiast pędzić miedzy jednym miejscem a drugim, zatrzymac sie gdzies w drodze i patrzeć tylko na jedno a moze nawet wcale nie patrzeć (bo i co z tego patrzenia wynika), żyć po prostu w tym jednym miejscu i robic cos dobrego, robic cos dobrze i moze wlasnie to powinno sie chciec widzieć, to jedno miejsce gdzie jest sie potrzebnym i ktore sie czyni lepszym bo nie mozna czynić lepszymi wszystkich miejsc do ktorych sie przyjeżdża. Tak oto wyplynelam na głębokie wody filozoficzno-moralnych dylematow zyciowych i widze juz ze niełatwo mi bedzie w koncu odpowiedzieć cokolwiek Theresie.

Przy kolacji pojawił sie w koncu unikany dotąd skrupulatnie przez wszystkich temat dojazdu do Czterech Tysięcy Wysp nastepnego dnia. David mial niby jechac ze mna autostopem, ale oczywiscie wycofał sie natychmiast gdy tylko przyszło co do czego. Argumenty ze poprzednim razem chcieli od nas kasy co swiadczy o braku autostopowego ducha w Laosie i ze jedyny nasz darmowy autostop mielismy w aucie z Chinczykami były wedlug niego nie do pobicia. Jesli o mnie chodzi, uznałam ze po jednym dniu nie mozna niczego stwierdzic i ze warto przynajmniej spróbować. Dziewczyny jednak takze wybrały autobus i w efekcie zostałam sama. Opcja wzięcia autobusu mierzila mnie szczególnie ze względu na Davida któremu dałabym tym samym satysfakcję ze jego rezygnacja zmieniła moje plany. Podeszłam do tego ambicjonalnie i nie rzucalam nawet moneta, wiedziałam co chce zrobic.

Dyskusje przy swiezym „spring rolls” i majacej wkrotce nadejsc przepysznej rybie pieczonej w soli.

Wieczorem tego dnia dorwalismy sie wszyscy do internetu którego byliśmy pozbawieni na Bolaven Plateau a z którego mozna było korzystać tylko w hallu wejsciowym do naszego hostelu (ktorego pokoje rozlokowane byly na kilku piętrach). Z nas wszystkich to ja zabawilam tam najdłużej i było juz wpół do pierwszej gdy postanowiłam w koncu udać sie do łóżka. Tym razem z racji tego ze hostel przeżywał oblężenie, nie znalazła sie dla nas „trójka”. David wzial wlasny pokoj, dziewczyny dzielily „dwojke” a ja dostalam pojedyncze miejsce w „trojce” (zwanej nie wiedzieć czemu „dormitorium” tak jak wszystkie te kilkunastoosobowe pokoje w ktorych dotąd spalam) a w ktorej miala byc juz jakas jedna osoba. Wdrapalam sie wiec na to moje czwarte piętro i z ulga odkrywajac ze pali sie w moim pokoju światło a wiec nikogo nie obudze wchodząc, przekrecilam klucz. Nigdy bym nie pomyślała w jak dziwnej sytuacji sie zaraz po tym znajdę. Okazało sie pokój ten miał tylko dwa łóżka, przy czym jedno z nich było puste a na drugim leżała polnaga parka zachodnich turystow gapiac sie na mnie równie zaskoczona jak ja na nia. Przez krótka chwile patrzylismy tylko na siebie zmieszani po czym wydusilam jakies niezdarne wytłumaczenie ze w recepcji pomylono najwyrazniej pokoje i wyszłam. Chłopak w recepcji spał juz smacznie na polowym łóżku i musiałam go obudzić prosząc o wyjaśnienie sytuacji. Nie mogłam rzecz jasna powiedziec ze zobaczyłam polnaga parke wchodzac do pokoju od ktorego klucz mi wręczył bo według regulaminów hosteli i guest house’ow w ktorych byłam kiedykolwiek i gdziekolwiek w Laosie, zachowanie takie było niedozwolone i naganne, godzace w kulturę tego kraju (sic!) i nie widziałam sensu w robieniu wokół tego cyrku. Chciałam po prostu dostać miejsce w innym pokoju, w tej samej cenie albo taniej. Tymczasem okazało sie ze jednak nie ma zadnych innych pokojów w tej cenie i jedyne co mogłabym zajac to jakis luksusowy apartament na ktory zwyczajnie szkoda mi było kasy. Stwierdziłam ze w takim razie mam to gdzies i zanocuje w hallu, na tej samej drewnianej ławie na ktorej siedzialam korzystając z internetu. Chłopak z recepcji był tak zaspany ze nie zwrócił chyba na ta moja deklaracje żadnej uwagi i po prostu udał sie z powrotem na swoje polowe łóżko. Wkrótce okazało sie ze zasnąć w tym miejscu nie dam rady mimo wysokich zwykle zdolnosci adaptacyjnych – nie dość ze paliły sie tam jarzeniowy jak w szpitalu w czasie skomplikowanej operacji i wiedziałam ze nie bedzie mile widziane jesli je wyłącze, buczala wielka lodówka z napojami i chlupotala jakas kiczowata fontanienka to jeszcze co jakis czas ktos dobijal sie do drzwi zeby spytać czy sie tam moze zakwaterowac. Po jakimś czasie bezowocnych prób zasniecia z malym plecakiem pod głowa i recznikiem na twarzy dałam za wygrana i resztę nocy spedzilam pisząc na temat tego co mi sie wydarzyło w poprzednich dniach. Jak tylko wciagnelam sie w wątek, odechcialo mi sie spac i pisałam ciegiem do rana nie czując żadnego zmęczenia. Kiedy juz otworzyli indyjska knajpke naprzeciwko wybrałam sie tam na śniadanie (naleśniki z ananasem i bananami, słodkie lassi do picia) a potem skombinowalam kawałek kartonu i wykaligrafowalam na nim pięknie „Si Phon Don”, Cztery Tysiące Wysp, w transkrypcji fonetycznej i po laotansku. Dzien zapowiadał sie upalny ale poranek był jeszcze ciagle cudownie rzeski choc zmienialo sie to z każda minuta. Wróciłam do hostelu po duży plecak ktory zostawilam wczesniej na recepcji, pomachalam na pożegnanie Theresie, Meryl i Davidowi jedzacym sniadanie z satysfakcja prezentując moj piękny kartonik i optymistycznie nastawiona ruszylam przed siebie w kierunku wylotowki. Po jakimś czasie marszu zorientowawszy sie ze mam jakies 8 km do dworca autobusowego na obrzezach miasta a przejazdzka tuktukiem do tego miejsca po targach kosztuje tylko jakies 5000 kipow (2 zł) wzielam oczywiscie tuk tuka. Na miejscu sprawdziwszy ze w razie czego co godzinę odjeżdża w moim kierunku „big tuk tuk” (substytut autobusu) za 40 tysiecy kipow, udalam sie z tabliczka we właściwe w moim mniemaniu do stopowania miejsce i czekalam.

Postanowiłam sobie ze bede czekać godzinę i jesli sie nie doczekam to moge iść na autobus. Był to bardzo „lajtowy” plan ale świadomość ze oszczędzam tylko jakies 16 zł demotywowala do stania w upale podobnie jak incydent z facetem w drogim aucie ktory zatrzymał sie dla mnie ale gdy tylko usłyszał ze chodzi o podwozke za darmo, rozmyslil sie i ruszył dalej. Upał robił sie coraz dotkliwszy, aut jadących w moim kierunku nie było za wiele a do tych ktore jechały jakos nie miałam szczęścia. W koncu, po zadeklarowanej godzinie, poddalam sie i poszłam z powrotem na dworzec ale przynajmniej moglam powiedziec sobie ze spróbowałam.

Jesli chodzi o tuktuk to było to tez ciekawe przeżycie. Pełen po brzegi lokalnych ludzi i ich pakunkow, zywego ptactwa trzymanego pod siedzeniami, kartonów z towarem transportowanym do sklepów, rowerow na dachu itd. toczył sie ten pojazd powoli po pustych szosach zatrzymujac co jakis czas dla stawienia czoła atakowi wiejskich przekupek bardzo nieapetycznie sie prezentujących przekąsek doskakujacych tłumnie do tuktukowych „burt” i czyniacych niewyobrażalny rejwach lub po to by kierowca poszedł za potrzeba w krzaki niemal za kazdym razem zapominając po powrocie do auta ze czesc pasażerów tez poszła i nie zdazyla wrocic (ruszal wiec gwałtownie wsrod wrzawy kazajacej sie zatrzymać i dobiegajacych do tuktuka delikwentow). Na pokładzie oprócz mnie znalazły sie jeszcze dwie inne turystki, panie ok. 50tki pochodzace z polnocnej Hiszpanii. Bardzo sympatyczne, cieszylam sie ze jada ze mna bo było z kim wymieniac od czasu do czasi porozumiewawcze spojrzenia w reakcji na rozne dziwne rzeczy ktoresmy po drodze obserwowaly no i mialam w koncu znowu okazje porozmawiac po wlosku (jedna z pan mowila w tym jezyki bardzo dobrze). Hiszpanki siedzialy naprzeciwko mnie, po prawej mialam mlodego, sympatycznego Laotanczyka ktory widząc ze zasypiam co chwila zupełnie niechcący, na migi zaproponował mi oparcie mu głowy na ramieniu (nie skorzystalam rzecz jasna). Po lewej – staruszka kladaca mi co jakis czas rękę na kolanie i przemawiajaca na niezbadany temat po laotansku z ustami pełnymi krwawo je barwiacych liści betelu. Gdzies w połowie drogi, zupełnie nieoczekiwanie, to ona zaczęła zbierać pieniądze za bilety, po 40 tysięcy od osoby. Zbierała je gdy byliśmy w ruchu i cały tuktuk podskakiwal na wybojach a wiatr z łatwością porywal wszystko co sie dało. Patrzyłam na jej drzaca pomarszczona rękę dzierzaca setki tysiecy i wkrotce miliony kipow i zastanawiałam sie co by sie stało gdyby wszystko to poleciało nagle z wiatrem. Pewnie musielibyśmy po prostu płacić od nowa.

Panie przekupki i rejwach.

Na ławce naprzeciw mnie, po prawej od pan z Hiszpanii siedział młody, dobrze zbudowany Laotanczyk ktorego ogorzala od slonca twarz zakryta byla przez cala droge czarna, nieprzezroczysta maseczka higieniczna znad ktorej wyglądały tylko jego czarne oczy. Patrzyl sie dookola niechetnym, moze nawet groźnym troche wzrokiem i tylko cale wrazenie psul fakt ze maseczka miała nadrukowana postać „Hello Kitty” (oczywiscie przeinaczona troche na modłę azjatyckiej podróbki). Obok „Hello Kitty” o morderczym spojrzeniu siedziała matka z kilkuletnim dzieckiem baraszkujacym na jej kolanach i karmila je co jakis czas kulkami „sticky rise”, kleistego ryżu, ktore dopiero co ugniotla brudnymi palcami. Pozostali pasażerowie wygladali wszyscy mniej wiecej tak samo – zniszczone ciezka, fizyczna praca dłonie o brudnych paznokciach z ktorych czesto jeden był wyraźnie dłuższy od pozostałych (jak w Chinach, azjatyckim zwyczajem), gruboskorne, twarde stopy ktore wiele kilometrów przechodziły boso, ciemnoskore twarze na ktorych malowalo sie zmeczenie. Kupowali to co wciskaly nam agresywne przekupki i jedli bez większego entuzjazmu, z milczacy rezygnacja. Większosc z nich opuściła tuktuk zanim dojechalismy do celu przeznaczenia, rozchodzac sie po okolicznych wioskach. Droga ta trwała jakies trzy godziny i cieszylam sie ze nie trwa dłużej bo nie wiem jak bym to wytrzymała – przez większa czesc trasy nie było mowy o ruszaniu nogami bo po prostu było za ciasno i po niedługim czasie miałam dość.

„Hello Kitty” i matka z dzieckiem. Rzecz jasna nie smialabym zrobic zdjecia na wprost…

Kiedysmy w koncu dojechali okazało sie ze trzeba płacić jeszcze dwa razy – za wózek na ktory zaladowano nasze bagaże i przejechano z nami jakies zaledwie 300 metrów (5 tysięcy kipow) i za lodke ktora miała nas zabrac na jedna z czterech tysięcy a tak naprawde jedna z dwóch wysp, tych najwiekszych i najbardziej popularnych – Don Det (15 tysiecy) lub Don Khon (40 tysięcy!). Wybrałam oczywiscie Don Det i to nie ze względu na cenę (ktora swoja droga w wypadku Don Khon była horrendalnie wysoka jak na laotanskie warunki i tak krótka trasę) ale po prostu słyszałam ze jest mniejsza, spokojniejsza i ze to tam wlasnie lepiej sie wybrać niz na Don Khon, na ktory zreszta zawsze mozna przejechać sie rowerem przez most, ktory te wyspy łączy. W efekcie, biorac pod uwage fakt ze za wozek zaplacily Hiszpanki nie pozwalajac mi sie dolozyc, cała ta moja wycieczka (tuk tuk do dworca, duży tuk tuk i lodka) kosztowała 60 kipow, dokładnie tyle ile kosztowałby bilet na minibus sprzed hostelu dla idacych na latwizne Davida, Theresy i Meryl (mieli w to wliczona cenę łódki). Zyskalam jednak bardziej „przygodowy” charakter tego mojego przejazdu i napatrzylam sie troche z bliska na zycie lokalnych ludzi, ktorych moje towarzystwo mogło co najwyżej oglądać przez szybę klimatyzowanego minivana.

W drodze na Don Det.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s