Si Phan Don

Na Don Det dotarłam wczesnym popoludniem i nie zdziwiło mnie wcale ze ledwo wysiadlam z łódki, spotkałam tam moja gromadke jedzaca lunch w jednej z knajpek przy głównym „deptaku” (jednej z glownych piaszczystych sciezek) wysepki. Towarzystwo wlasnie kończyło a ja głodna i wymeczona droga padlam na poduszki wyscielajace drewniany taras na ktorym siedzieli przy niskich stoliczkach – jeden z setek takich tarasów ktore w Laosie widziałam i ktore nigdy nie przestają mnie cieszyć. Pogadawszy z nimi chwile i zdradziwszy sie rzecz jasna z tym ze mi autostop nie wyszedl (choc i tak było ciekawie a przynajmniej sprobowalam) postanowiłam najpierw znalezc jakis nocleg a dopiero potem jeść i wypoczywac. Plecy jak zwykle dokuczaly i szczerze mówiąc miałam nadzieje ze David zaproponuje przejęcie ode mnie chociaż małego plecaka na odcinek który mieliśmy do przejścia stamtad do zakwaterowania ale choc sam nic nie niósł, nie przyszło mu to do głowy. Mysle ze w Polsce kazdy chłopak by zaoferował pomoc. Ot, taka szczypta patriotycznego ducha w tej mojej opowieści. Theresa za to zaproponowala ze mi pomoze z malym plecakiem choc miała swoja torebkę. W ogole Theresa łamie wszelkie stereotypy o Niemcach i Niemkach ktore moznaby miec w głowie, jest przesympatyczna i swietnie sie dogadujemy, podobnie zreszta jak z Meryl.

Don Det, i spokojny Mekong o zachodzie slonca.

Cała gromadka zakwaterowala sie po zachodniej stronie wyspy („sunset side”). Okazalo sie ze jedyna opcja sa dwuosobowe bungalowy – Theresa i Meryl dzieliły jeden placac 30 tys. kipow za calosc czyli 15 tysiecy kipow od osoby za noc (6 zl), David wziął dwuosobowy bungalow dla siebie samego za 40 tys. (16 zł) w lepszych warunkach (wlasna lazienka i inne luksusy). Jakos tak o dzieleniu bungalowu z Davidem na szczęście mowy nie było bo nie miałam na to najmniejszej ochoty i stwierdziłam ze moge sie szarpnac na własny, tym razem. Sytuacja miedzy nami pozostawala napieta – stresowalo mnie to ze przylecial do Vientiane kupujac Bog wie jak drogi bilet samolotowy z tygodniowym wyprzedzeniem ot tak dlatego ze mu sie wydawało ze nam sie bedzie fajnie razem podróżować a tymczasem jesli było fajnie to tylko dzieki Theresie i Meryl bo my we dwojke nie dogadywalismy sie za bardzo i czekalam kiedy jakos sie to naturalnie stanie ze każde z nas pojedzie w swoja stronę. Pierwszy raz od dawna i pierwszy raz swiadomie wybrany miałam wiec pokój tylko dla siebie, i to takze, luksusowo, z własna łazienka. Wszystko czysciutkie, jakby dopiero wybudowane, z drewnianym tarasem z hamakiem z widokiem na sciezke nad Mekongiem i tuz pod nosem, widziana z tarasu urocza drewniana knajpka na palach, oczywiscie z materacami i poduchami, widokiem na zachod slonca i malownicze wyspy. Ja także sąd w wiosce. W knajpce naprzeciwko mojego bungalowa podobnie jak we wszystkich innych tego typu miejscach na Don Det wspaniale milkshake’i ze świeżymi owocami i lodem Apo 5-7 tysięcy kipow (2-3 zł) – bananowe, mangowe, papajowe, ananasowe, kokosowe i inne, naleśniki z bananami i czekolada, cynamonem, ananasem itd po 10-15 tysięcy za dwa duże i bardzo smaczne (4-6 zł), swieze, pyszne ryby z Mekongu z warzywami i „sticky rise” za 30-40 tysięcy (12-16 zł) i wiele innych pysznosci. Jadalo sie to polegujac na tarasie i gapiac na wody Mekongu, gawedzilo o wszystkim i niczym i rozkoszowalo chwila i było to jedno z najlepszych miejsc w jakich mi sie zdarzyło odpoczywać. Komarow było na Don Det zaskakująco niewiele, pogoda wspaniala, gorące i słoneczne dni, ciepłe noce i, co takze bardzo wazne, obecność innych turystów nienachalna, dyskretna i przynajmniej w tej części wyspy z gracja wpleciona w życie miejscowych mieszkających zaraz niedaleko.

Następnego dnia po moim przyjeździe wypozyczylismy rowery i pojechaliśmy na Don Khon, wyspe sasiadujaca z nasza i połączona z nia mostem. Jak to zwykle bywa w stadnym zwiedzaniu, musiały byc kompromisy. Kolejny raz uświadomiłam sobie ze jestem nieprzystosowana do podróżowania w grupie a jedyne co lubie z grupa robic to wypoczywac saczac milkshake’i i pojadajac pyszne potrawy – wszystkie inne czynnosci podroznicze najchętniej podejmowalabym sama. Chociaz to pewnie zalezy od tego z kim, po prostu moja grupa byla rewelacyjna do odpoczywania i gadania wieczorami i słowo daje ze cieszylam sie ogromnie z ich towarzystwa ale jesli chodzi o inne aktywności… No ale po kolei. Wyruszylismy w droge po jedenastej zamiast o umowionej, juz dla mnie mocno kompromisowej, dziesiątej, bo sie dziewczynom troche przeciągnąl poranek. Bylo wiec juz bardzo goraco i na tyle późno ze przekroczywszy most juz po południu nie mielismy szansy objechac calej wyspy przed zmrokiem a juz na pewno nie na spokojnie, zatrzymujac sie w ciekawszych miejscach. Zreszta tez kwestia tego co jest ciekawym miejscem pozostawala dyskusyjna – przykladowo nie pojechalismy nad spektakularne wodospady z ktorych slynie wysepka wybierajac byczenie sie na plaży nad Mekongiem kilka kilometrow od nich a potem leniwy lunch. Jasne, to tez bylo mile, ale jakos ja akurat tego dnia nastawilam sie na tryb hiperaktywny i stalo to z nim w razacej sprzecznosci. W efekcie odlaczylam sie potem od mojego stada i wtedy dopiero zaczelam sie cieszyc tym dniem choc w miedzyczasie zrobilo sie juz pozno – wiedzialam ze bede tam musiala wrocic, i to wrocic sama. Tak na marginesie, przekroczenie mostu kosztowalo kazdego z nas 25 tysiecy kipow (10 zl) za ktora to kwote dwie młode Laotanki z dłońmi w welnianych rekawiczkach, skarpetkami noszonymi do „japonek”, chustami na twarzach, kapeluszami na glowach, dzinsowymi rurkami i dlugimi rekawami, wreczyly nam po bilecie wstepu patrzac na nas jakby troche obrazone, a moze po prostu gotujac sie w srodku od upalu, mimo ktorego zdesperowane były nadal nosić te wszystkie warstwy po to tylko by sie przypadkiem nie opalic. Czesto irytuje sie czlowiek na zachowanie ktorego nie rozumie, przez to tylko ze jest mu zupelnie obce i dziwne i ja takze podswiadomie nie moglam powstrzymac irytacji – zdejmijcieze chociaz te rekawiczki, przeciez to absurd w tej temperaturze! No i nie rozumialam czemu musimy placic za wjazd na wyspe, albo moze raczej za przejazd przez most i to jeszcze az tyle. Szczególnie irytowalo to jak sobie człowiek powiedział ze tam musi wrócić bo nie zdążył zobaczyc wszystkiego co chciał.

Faktycznie jak juz sie od „stada” odlaczylam, zaczęło mi sie podobać. Wybrałam ścieżkę wiodaca ku takim rejonom gdzie nie uświadcza sie zbyt wielu turystów i znowu byłam w swoim żywiole odkrywania. Senna wioska z domami na palach, miejscowe dzieci kapiace sie w Mekongu pospolu z wodnymi bawolami, pola ryzowe, malownicze palmy plozace sie nad woda. Od czasu wybrania mojej wlasnej drogi nie widzialam juz wiecej zadnych zagranicznych turystow i caly ruch wokol mnie stanowili miejscowi na skuterach i rowerach. Samochodem sie po tej wyspie nie jezdzi, podobnie zreszta jak po Don Det i sciezka czasem ma taka szerokosc ze miesci sie na niej tylko jeden jednoslad. Pelno na niej dziur i wybojow i jadąc podskakuje sie na nich wesoło.

W pewnym momencie natrafialam na rozwidlenie drog i podazajac za instynktem wybrałam taka, ktora zupełnie nieoczekiwanie zawiodła mnie nad wodospad ponad ktorym przechodzi sie po trzeszczacym moście podwieszanym. Byla to jedna z odnog Mekongu przecinajaca wyspe na czesci. Woda parła rwącą masą po ogromnych glazach z prawdziwym majestatetem, tak ze sie w obliczu tej potęgi musial czlowiek na chwile zatrzymac i zapatrzyc. Robilo to ogromne wrazenie zwłaszcza oglądane w samotności i nie sposob sie było nie zawahac – strach pomyslec co by bylo gdyby sie w ta wartka kamienista ton wpadło. Szczesliwie pojawil sie zaraz jakis lokalny pan przechodzacy na druga strone – obserwujac go i sluchajac jak brzmia „normalne” trzaski i w jaki sposob sie most powinien zachowywac, kolysac itd., moglam przejść spokojnie na druga stronę. Mam filmik z tego miejsca, nie mogłam sie powstrzymać by go nie uwiecznic.

Zeby nie bylo zbyt pieknie, jeszcze jak jechalam z Meryl, Theresa i Davidem, rozwalilo mi sie mocowanie koszyka od roweru co wkrotce mialo sie okazac brzemienne w skutki – prowizorka z wiazaniem go sznurkiem do ramy i blotnika przez przemila pania z innej wypozyczani w wiosce na Don Khon nie starczyla na długo. Juz po moim odlaczeniu sie od wycieczki, koszyk odpadl mi ni z tego ni z owego na jakimś wyboju i spadajac spektakularnie zablokował mi przednie koło wskutek czego o maly wlos nie przekoziolkowalabym przez kierownice. Bylam wtedy akurat zupelnie sama posrodku niczego, gdzies daleko od wszystkich innych turystow I domow, posrodku tropikalnego lasu, na jeszcze bardziej niz zwykle wyboistej polnej drodze usianej kamienami i nie bardzo wiedzialam co robic – koszyk nie miescil mi sie rzecz jasna do plecaka, nie moglam go tez nijak przymocowac w sposob ktory by mi zapewnil bezpieczna jazde i jedyne co moglam wymyslic to albo trzymanie go w reku razem z kierownica albo zalozenie go sobie na glowe. Ogólnie rzecz biorac było słabo i niewiele pomogło nawet ze jakims cudem spotkałam w tym wlasnie momencie, po moim małym wypadku, przesympatycznego mlodego Chinczyka jadacego z naprzeciwka ktory mi pomógł zamontować koszyk z powrotem przykrecajac jedna ze srubek z pomocą kluczyka od pokoju zamiast srubokretu – ledwo sie rozstalismy, po paru minutach jazdy było to samo i jeszcze ostatnia śrubke zgubiłam gdzies po drodze i choc próbowałam jechac dalej z koszykiem w ręku, było to nieszczegolnie wygodne rozwiazanie i w koncu postanowiłam zawrócić. Moj znajomy Chińczyk mówił mi zreszta ze droga przede mna daleka i widzialam ze dziwi sie troche ze decyduje sie dalej jechac mimo późnej pory. Zawrociwszy, spotkałam go znowu bo zatrzymał sie w wiosce zeby cos zjesc i akurat miał ruszać z powrotem. Włożył ten moj nieszczęsny koszyk do swojego koszyka i wróciliśmy razem gadajac i zatrzymujac sie czasem dla zrobienia zdjec zachodu słońca nad polami ryzowymi lub na moście na Don Det.

Tego dnia były akurat urodziny Davida wiec byliśmy umowieni we czworke na wspólna kolacje. Wybraliśmy sie do drozszej niz zwykle knajpki, z glosnym reagge w glosnikach i sporym tlumkiem zagranicznych turystów zlaknionych slawnych backpackerskich przysmaków takich jak „happy pizza” z eufemistycznie opisywanym w menu kluczowym skadnikiem („tradycyjnymi ziolami” itp.). Tego typu lokale spotyka sie w Azji Południowo-Wschodniej czesto, w specyficznych, najbardziej komercyjnych i skazonych turystycznie częściach miejscowosci, tu akurat niedaleko miejsca gdzie na Don Det zawijaja lodki ze stałego lądu. Zamowilismy rybne głownie potrawy bez przedrostka „happy” i było to całkiem smaczne.

Następny dzien postanowiłam spedzic relaksacyjnie, polegujac sobie na jednym z tarasow nad Mekongiem po zachodniej stronie wyspy i opisując na blogu jaskinie Kong Lor i inne miejsca w ktorych znalazłam sie przed przyjazdem na Don Det. Jakos tak mi sie zawsze składa w mojej podróży ze co jakis czas potrzebuje jednego pełnego dnia na nadrobienie zaległości w pisaniu i ta mała, urokliwa wysepka pełna słońca i pysznego, taniego jedzenia była do tego perfekcyjnym miejscem.

Jeden z wielu wspanialych tarasow nad Mekongiem.

Wstalam wcześnie rano unikając najwiekszych upałów i wybralam sie ścieżka wzdłuż Mekongu w stronę przeciwna do turystycznego centrum zachodniej części wyspy. Rzeczywiscie, im dalej szlam tym mniej bungalowow i knajpek na palach pojawiało sie na horyzoncie ustepujac miejsca znacznie wiekszej niz wczesniej liczbie wiejskich gospodarstw. Po drodze mijalam znowu mnóstwo dzieci przyjaźnie mnie pozdrawiajacych, bawoly, jakies gliniane piece w trawie nad rzeka w ktorych Bóg wie co palono. W koncu dotarlszy do miejsca od ktorego rozciągaly sie juz tylko przede mna pola i lasy, zawrocilam i zatrzymalam sie na pół dnia na jednym z tarasów niedaleko końca „terenu zabudowanego”.

Bardzo precyzyjna mapa tego co mozna znalezc na Don Det. Pola ryzowe, pola ryzowe i pola ryzowe.

Sciezka po zachodniej stronie Don Det.

Połleżąc tak w tym cudownym słońcu filtrowanym przez bambusowe żaluzje zerkalam czasem na spokojne tutaj wody Mekongu szeroko rozlewajace sie pomiędzy zielonymi wysepkami. Gdzies z tylu głowy cały czas jesli nie skupialam sie akurat na przywolywaniu wspomnien z poprzednich dni i montowaniu ich w zdania, mialam mysl o wypadku ktory dopiero co tu sie wydarzył. Wiedzielismy o tym prawie od poczatku i nie dalo sie od tego uciec, chcąc nie chcąc myślało sie o tym patrzac na wodospady, plaże, trzcinowe zarosla. W tej pięknej rzece pare dni wczesniej zaginal porwany nurtem chłopak, turysta, i jego dziewczyna mieszkająca w bungalowie zaraz obok mojego desperacko próbowała go odnaleźć. Po jakimś czasie wiedziała juz ze szuka ciała, nie żywego człowieka i serce sie krajalo patrzac na nia. Z tego co zrozumialam byla z koleżanka, z ktora tam razem w troje przyjechali z Wielkiej Brytanii, obie dziewczyny miały tez wsparcie w grupce ludzi ktorych tam poznały. Zdaje sie ze nic nie mozna było zrobic zeby im pomoc i w naturalny sposob probowalo sie o tym nie myslec. Kiedysmy byli na plazy, kolezanka dziewczyny zaginionego podeszła do nas proszac bysmy daly znac jak zobaczymy cos podejrzanego. Theresa wczesniej nawet sie tam kapala, oczywiscie pływając przy samym brzegu. Powiedziała ze nie przyszło jej do głowy jakos myśleć o tamtym wypadku, myśmy z Meryl jednak od razu patrzyły na wodę pod tym katem i żadna z nas nie odważyła sie w niej plywac. Potem jeszcze kilka razy rożne drobne wydarzenia kazaly znowu wracac myślą do tego tematu. Mimo wszystko oczywiscie żyło sie dalej, wypoczywalo, cieszylo słoncem, piło milkshake’i i jadlo ryby z tej samej zdradliwej rzeki. Myśląc o tym jak kruche jest ludzkie życie starał sie człowiek bardziej doceniać to co mu sie poszczęścilo doświadczac i tym bardziej piękne stawalo sie to ze sie żyje, ze wiedziało sie ze tak łatwo mozna byłoby zginąć. Ogromnie mi było żal tamtej dziewczyny ale nic nie mozna było zrobic. Po paru dniach i poszukiwaniach w ktore zaangażowano helikopter, znaleziono ciało. Widziałam ten helikopter zaparkowany na jednej z plaz, policję przesłuchujaca miejscowych, widziałam tez świeże, dopiero co wbite w ziemie tabliczki z ostrzeżeniami przed kąpielą na tej plazy. Nie chciałam tego wszystkiego widzieć, nie szukałam tego, samo to mnie znalazło. Wodospady, ktore pojechałam zobaczyc następnego dnia sama rowerem na Don Khon oglądałam także juz innymi oczyma. Patrzyłam juz nie tyle na ładny widoczek a na żywioł, w starciu z ktorym człowiek nie ma szans, piękny i straszny.

Nastepny dzien spędzilam wiec sama na Don Khon, na ktory tak czy owak towarzystwo nie chciało juz wracac. Jakkolwiek aspolecznie i introwertycznie to zabrzmi, byl to moj najlepszy dzien na Czterech Tysiacach Wysp i w ogole jeden z lepszych jesli nie najlepszy dzien jaki spedzilam w Laosie. Obudzilam sie o 6 ale wiedzialam ze nie ma co jeszcze ruszac bo na pewno nie uda i sie wypozyczyc o tej porze roweru. Mozliwe ze bylam w bledzie, w kazdym razie wypozyczylam rower nieco po siódmej rano – poranek nadal byl cudownie rzeski jak na laotanskie standardy i jazda o tej porze była wspaniała. Miałam zamiar jak najszybciej przekroczyć most licząc na sposobnosc unikniecia spotkania z urekawicznionymi strazniczkami zasuwalam wiec wesoło skaczac na wybojach i dudniac na drewnianych kladkach. W pewnym momencie rzuciło mi sie w oczy miejsce któremu po prostu nie mogłam sie oprzeć. Skapany w łagodnym, porannym słońcu taras na palach nad Mekongiem po wschodniej stronie Don Det, senny i pusty, był najlepszym miejscem na śniadanie jakie mogłabym sobie wymarzyc. Kiedy jeszcze okazało sie ze ceny tam maja niższe jeszcze niz gdzie indziej, 16 tysięcy kipow (6 zł) za dwa wielkie, pyszne nalesniki z bananami i czekoladą i kawę, nie posiadalam sie ze szczescia.

Wymarzona sniadaniowa miejscowa po wschodniej stronie Don Det.

Widok ze wschodniej strony wyspy.

Na most udało mi sie dotrzec przed ósma i szczęśliwie nie zastalam tam jeszcze nikogo kto chciałby ze mnie zedrzec 25 tysięcy. Nawiasem mowiac, most ten, dosc waski, zelbetowy i bez balustrad pełnił niegdys funkcje mostu kolejowego, wybudowalny w XIX wieku przez Francuzow jako kluczowy element kolei laczacej za czasow ich rzadow obie wyspy. Podobnie zreszta droga wiodaca od niego w kierunku plaz i wodospadow biegła w dużej części po dawnym szlaku linii kolejowej przecinajac prosta kreska dżungle i pola ryzowe. Była to dobra droga w porownaniu do tej ktora jechalam w strone mostu podwieszanego i dalej ale nadal trzeba było uważać szczegolnie na drobne i ostre kamienie ktore na niej czesto sie zdarzały grożące przebiciem detki. Przy wodospadach Phapheng zjawilam sie około 8 rano, niestety juz po otwierciu kas biletowych w ktorych zainkasowano moje zaoszczędzone 25 tysięcy (10 zł). Byc moze gdybym przyjechala tam wczesniej moglabym wejsc za darmo ale sniadanie na magicznym porannym tarasie bylo zbyt kuszaca opcja. Jak zwykle nie spodziewałam sie po tym miejscu niczego, nie mialam zadnych sprecyzowanych oczekiwan ani obrazow z przewodnikow przed oczami i tym większe było moje zaskoczenie i zapatrzenie na to co tam zastalam. Huk wody był przepotezny i nie sposob było zrobic zdjec ktore by oddały rozległosc i moc tej strasznej i pieknej rzeki. Wodospady oglada sie z gory idąc ścieżka wzdluz klifu nad nimi w specjalnie dla tej okazji zaaranżowanym parku z bambusowymi drzewami trzymanymi w ryzach przez specjalne obrecze. Idzie sie i idzie i co chwila pojawiają sie przed oczami nowe kaskady, nowe odnogi Mekongu łącza sie ze sobą i awanturuja hałaśliwie w oprawie czarnych, ksiezycowych glazow.

Droga ku wodospadom.

Znad wodospadow zeszłam zobaczyc niedaleka plaże, inna niz ta na ktorej byliśmy poprzednio. Przeczuwalam ze byla to wlasnie ta plaża na ktorej kapal sie ten nieszczęsny chłopak i świeżo zacementowane tabliczki z ostrzeżeniami to moje przeczucie potwierdziły. Wydawało sie ze kąpiel tutaj jest bezpieczna – woda przy plazy zamknięta była z obu stron w skalistej zatoczce, dopiero dalej zaczynał sie rwacy nurt i tylko te tabliczki, dramatycznie apelujace o ostroznosc nadawaly miejscu powagi. Popatrzylam na to wszystko przez chwile chcac nie chcac wyobrazajac sobie jak sie to wszystko tutaj rozegralo i ruszylam dalej.

Swiezo ustawiona tabliczka o zakazie plywania na plazy na ktorej pare dni temu zaginal mlody Brytyjczyk.

Swoim zwyczajem nie mając pojęcia co z tego wyniknie postanowiłam jechac dalej szlakiem dawnej francuskiej kolei. Pogoda mimo coraz późniejszego przedpołudnia była wciąz idealna, ciepło ale nie za goraco, orzezwiajacy wiatr ktory sie lapalo w czasie jazdy post-kolejowa aleja zacieniona w duzej mierze olbrzymimi tropikalnymi drzewami. W pewnym momencie dotarłam do wioski na końcu drogi u ktorego stał jeden z zabytkowych wagonów ktore mozna zobaczyc także w innych częściach wyspy. Otwierał sie stamtad widok na szerokie rozlewiska Mekongu i brzegi Kambodzy po jego drugiej stronie. Jak głosiły tabliczki, mozna stad bylo wypłynąć lodka przyglądać sie występującym tu endemicznie slodkowodnym delfinom, ktorych ponoc zachowało sie w całym Mekongu tylko ok. 60 sztuk. Godzinna wycieczka lodka kosztuje 60 tysięcy kipow do podziału na 4 osoby ktore lodka mogą płynąć (6 zł za osobę). Spotkani tam inni rowerowi turysci poinformowali mnie ze lepiej bedzie wybrać sie oglądać je po południu bo sa wtedy ponoc aktywniejsze. Uwierzylam im na słowo i zamiast tego postanowiłam zobaczyc wioskę, w ktorej niewiele moglo mnie juz zaskoczyc bo wygladala mniej wiecej tak samo jak wszystkie pozostale wioski na wyspach i w ogole w Laosie. Wiejska sciezka urywala sie w pewnym momencie kończąc sie zabawna tabliczka informującą po angielsku ze to juz koniec i ze dalej sie nie da jechac (na wypadek gdyby ktos nie zauważył) i zeby zamiast tego zrelaksowac sie przy Lao Beer. Za tabliczka – stary obelisk nie wiadomo co zaznaczajacy, przed nia – nieciekawie wyglądająca restauracyjka w ktorej siedziały sobie pogryzajac orzechy dwie laotanskie dziewczynki. Zawołaly mnie żebym sie przesiadla i tak tez zrobiłam, zaskoczona całkiem jak na ten wiek wyrafinowanym angielskim jakim sie jedna z nich posługiwala. Okazało sie ze nie chodzi do szkoły a angielskiego nauczył ja tata mieszkający na stale w Pakse. Ona sama, podobnie jak jej koleżanka, mieszkają tu, na wyspie. Jakimś dziwnym trafem zapamiętałam ich imiona – Mogda, 12 lat i Ban, 15. Namawiana, sprobowalam ich orzechow – były kwasno-gorzkie a dziewczyny zanurzaly je jeszcze w pikantnych przyprawach.

Koniec sciezki.

Stacja benzynowa na trasie.

Wrocilam do wioski koło mostu łączącego wyspy mijając po drodze nadjeżdżające mi z naprzeciwka zorganizowane wycieczki rowerowe zachodnich turystów wiedzione przez laotanskich przewodników. Nie mogłam sie nadziwić temu po co komuś tutaj przewodnik – moze ma ich chronić przed bawolami wychodzącymi czasem na droge? W wiosce trafiłam do zespolu swiatynnego w ktorej spotkałam grupę takich wlasnie rowerowych niemieckich turystów z przewodnikiem wladajacym ichniejsza mowa. Zagadał mnie ow przewodnik skąd jestem i po chwili rozmowy zaczął mówić o wypadku, ostrzegajac przed kąpielą w Mekongu. Dowiedziałam sie od niego ze chłopak ktory utonął próbował przeplynac rzekę na druga stronę. Jesli rzeczywiscie tak bylo to jakkolwiek okrutnie to zabrzmi, nie da sie ukryc ze zachowal sie wyjątkowo głupio i trudno sie było nawet dziwić ze tak sie to skonczylo…

Pojechałam stamtad dalej gubic sie i odnajdowac, zapuszczać w polne ścieżki, pytać miejscowych na migi o droge dokads, nie wiedząc dokad chce dojechać. Błądziłam beztrosko nic sobie z tego nie robiąc bo dzien był przede mna długi i wiedziałam ze w koncu dokads trafię i tylko ważne było zeby sprawdzić jak najwiecej tych ścieżek, jak najwiecej kilometrów przejechać po nowych szlakach patrzac dokola i pozwalając niespodziewanym miejscom znalezc mnie lub sobie znalezc miejsca.

Po południu, kiedy juz miałam dość, zatrzymalam sie w knajpce nad Mekongiem na przekaske w postaci grzanek z maslem czosnkowym i eksperymentalny milkshake „young coconut+banana” ktory okazal sie strzalem w dziesiatke. Zamówiłam dwa, jeden po drugim, bo nie mogłam sie nazachwycac tym zestawieniem. Jak dotad moj najlepszy milkshake w Laosie jesli nie w zyciu w ogole. Siedzę tam wiec sobie polegując znowu na poduchach i pisze az nagle przypominam sobie o delfinach i po krótkich dywagacjach jechac czy nie jechac bo zrobiło sie juz późno i ryzykowalam wracaniem po zmroku, zdecydowałam oczywiscie ze jade. Wycieczka do tej wioski „na koncu swiata” zajęła mi stamtad jakies ledwo 20 minut, dobrym tempem. Wydawało mi sie ze to o wiele dalej. Na miejscu spotkałam Włocha ok. 40tki i 20letniego Niemca i postanowiliśmy wynająć lodke we trójkę. Delfiny w koncu sie pojawiły choc musieliśmy żeby je zobaczyc przekroczyć wodna granice z Kambodza co wiązało sie z obowiązkowa łapówka wysokości bodajże 10 tys. kipow od osoby (4 zł), ktora nasz „łódkowy” podobnie jak ten z łódki nam towarzyszącej po zebraniu pieniedzy od nas wręczył komuś po stronie kambodzanskiej gdzie zacumowalismy na chwile.

Następnego dnia tradycyjnie postanowiłam jechac autostopem nie mając jednak żadnego sprecyzowanego planu jak to zrobic. Zaczęłam od wydostania sie z Don Det o 8 rano w lodce z tlumem innych zagranicznych „backpackerow” (15 tys. kipow). Cała reszta plynacych ze mna i w lodkach tuz obok mojej, wliczając w to moje towarzystwo miała zorganizowany przez jedna z agencji na wysepce transport bezpośrednio do ich celu przeznaczenia – w Laosie lub Kambodzy w ktora lodka ta także była wliczona. Ja jak zwykle stwierdziłam ze mi by takie pójście na łatwiznę uwlaczalo i wymyslilam inny sposob dotarcia na miejsce. Ale o tym pózniej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s