Krati

W łódce z Don Det na stały ląd, wypelnionej ludzmi korzystajacymi ze zorganizowanego, laczanego transportu, poznałam Grace, Australijke, ktora także miała zamiar spróbować alternatywnych metod dostania sie przynajmniej na sama granice. Przyglądając sie ruchowi na ulicy doszłam do wniosku ze przynajmniej do granicy lepiej wziac jakis lokalny transport. Nie było to jednak takie łatwe, wygladalo na to ze nie ma lokalnych autobusów na tej trasie. Zaraz jednak została nam zaoferowana przejażdżka motorem z boczna przyczepka. Wydało nam sie to całkiem ciekawym rozwiązaniem i po krótkich negocjacjach w kwestii ceny i umowieniu sie ze jeszcze zostaniemy podwiezione do najwiekszego ponoc w Azji Srodkowo-Wschodniej wodospadu ktorysmy mijali po drodze, wskoczylysmy do wehikulu ktorym pomknelismy… z zawrotną prędkością 10 km/h.

Był jeszcze ranek wiec nie robiło mi to większej różnicy ale moja koleżanka zaczela troche panikowac ze do granicy mamy do przejechania odleglosc w przewodniku określona jako godzina drogi autobusem a wiec pewnie jakies 50-60 km, ktore przejedziemy w tym tempie w 5-6 godzin a jej sie kończy dzisiaj wiza i nie moze ryzykować. Poszlo jednak szybko. Wodospady zobaczylysmy (imponujące!) a na granice dotarlysmy na tyle wcześnie ze spotkałam sie tam z Meryl i Theresa ktora wraz z innymi pasazerami autobusu od godziny czekały w przygranicznej knajpce na swoje paszporty.

10 km/h do granicy …

Grace i wodospady.

Przejście graniczne to osobna historia. Budka laotanskich straznikow urzadzana byla w starym wagonie kolejowym. Kolejka przy okienku niemala, wszyscy czekają na przyslugujace im pieczatki wyjazdowe za ktorych wbicie do paszportow pogranicznicy żądają opłaty. Rzecz jasna opłata taka im sie nie należy i nie ma tez na ten temat zadnych oficjalnych przepisów. Wieść gminna niesie jednak szeroko ze beda jej żądać – wiedziałam o tym z internetu wiec nie byłam zaskoczona. Uzasadniaja ze to oplata z tytulu weekendu ale jestem pewna ze gdyby byla akurat sroda, wmawialiby nam ze to z tytulu srody. To niby tylko 2 dolary (6 zlotych) ale jednak lapowka, pieniadze ktore im sie nie naleza, wiec sie kolejka bulwersuje i ja z nia razem pospolu liczac ze w koncu sobie odpuszcza. Wsrod przedstawicieli wielu nacji znalazło sie tez i troje młodych Polaków z Warszawy, dwóch chlopakow i dziewczyna, podróżujący razem i ci kłócą sie chyba najzazarciej. Jakas dziewczyna (z Kanady?) wylamuje sie i placi dla swietego spokoju probujac przekonac reszte ze to w koncu niewiele i ze szkoda czasu (odkad pojawiamy sie na miejscu mija jakies pol godziny), kilka osob daje sie przekonac ale pozostali, w tym i ja, traktują to ambicjonalnie niezaprzestajac negocjacji. Probujemy wymusic na nich obietnice wystawienie oficjalnego kwitka, rachunku ze te „opłatę weekendowa” uiscilismy. Oczywiscie nie mogą tego zrobic bo opłata nie jest legalna i w ramach wymowki wymyślają ze po rachunek musimy pojechac do Pakse. Jeden z chlopakow ktorzy przyjechali na miejsce autobusem majac po drugiej stronie przesiasc sie na kolejny autobus biegnie sprawdzic czy jeszcze tam na niego czekaja. Przechodzi wiec przez szlaban przy laotanskiej stronie, przez ziemie niczyja i wyglada na to ze zagląda tez na stronę kambodzanska i jakos nikt go nie zatrzymuje. Skoro tak, proponuję zeby zlekceważyć ta pieczątkę bo moze wcale nikt na nia nie zwraca uwagi. Idziemy wiec dziarska gromadka do budki kambodzanskiej prezentujacej sie okazalej, niestety tutaj panowie sa równie zacięci i każą nam wrócić po pieczątki. Turysci przekraczający granice w druga stronę także muszą płacić dwa dolary i takze sie bulwersuja. Stanowczosc strażników wyglada na zahartowana przez lata rutyny, lata takich samych scenek każdego dnia. Idac z powrotem do okienka po stronie Laosu jestem juz pewna ze sie bez tego nie obedzie, płace wiec po czym obserwuje zaskoczona jak Warszawiakom udaje sie po dlugotrwalych prosbach i opowiesciach o tym ze sa z ubogiego kraju wynegocjować obniżkę – za ich troje pogranicznik zgadza sie w koncu wziac 3 dolary i 7 tysięcy kipow czyli jakies 12 zł. 2 złote na głowę do przodu, niewielki interes ale widziałam ze maja satysfakcję. Pewnie powinnam byla byc dumna z ich przebieglosci ale jakos tak mi bylo wstyd. Łapówki nie sa dobre ale to całe biadolenie na Polskę mnie zniesmaczylo. Zwłaszcza jesli sobie uświadomi komu sie o tym mowi, Laotanczykom! Ze jesteśmy z ubogiego kraju. Moj Boże…

Granica po stronie laotanskiej.

Po powrocie do budki kambodzanskiej trzeba było sobie wyrobić wizy w specjalnym punkcie kawałek za budka strażników. Policzyli nam za nia 25 dolarow i chociaz tym razem mielismy dostac normalny, legalny kwitek z pieczatka to potwierdzajaca to tu także Warszawiacy postanowili spróbować swoich sił jakoze słyszeli ze należy sie tylko 20. Tym razem stawka (5 dolarow) była wiec ponad dwukrotnie wyższa toteż i negocjacje twardsze. W pewnym momencie jednak rodacy przeholowali. Uslyszawszy od Warszawianki zdanie „This is crazy” nie wiedziec czemu pogranicznicy dostali prawdziwego szalu. Najwyrazniej potraktowali to jako osobista zniewage a nie ocenę ogólnej sytuacji tam panującej bo ich reakcja była zupełnie niewspółmierna do tego co rzeczywiscie chciała przez to powiedziec i przestraszyla nas wszystkich nie na żarty. Panowie ci zaczęli drzec sie jak opętani w swoim trudnym do zrozumienia angielskim z silnymi nalecialosciami khmerskiego i powtarzali sobie słówko „crazy” z takimi minami jakby to była najgorsza kalumnia. Wygladali naprawde groznie, krzyczeli naprawde glosno i widzac ich w takim stanie nie zdziwilabym sie gdyby ni z tego ni z owego siegneli po bron. Probowalam zalagodzic sytuacje szczegolnie ze moj paszport byl wlasnie w ich rekach a 25 dolarow zostalo juz uiszczone, na razie bez żadnego kwitka z potwierdzeniem. Ni stad ni zowad obwiescili ze zamykają posterunek i ze Polacy wizy nie dostaną. Mnie sie to na szczescie nie tyczylo, cisneli mi paszport z powrotem, z kwitkiem z ktorym sie mialam zglosic do budki ale Warszawa rzeczywiscie nie mogła dostać tego upragnionego kwitka nawet mimo tego ze znacznie spuscila juz z tonu i próbowała płacić potulnie. Zajelo im jakies pol godziny udobruchanie strażników z pomocą kierowcy jednego z mających tam postój autobusów ktory im służył za pośrednika, musieli tez napisac specjalne pismo przepraszajace ale w koncu wize dostali.

Podczas gdy Warszawa negocjowala, ja po drugiej stronie granicy tak jak pisałam spotkałam czekające na swoje paszporty Therese i Meryl, znudzone jak mopsy. Ruch pojazdow ktore moglyby zabrac mnie dalej stopem byl na drodze zerowy. Autobusy laotanskie dojeżdżaly do granicy, kambodzanskie zabieraly pasażerów po drugiej stronie, tyle. Posiedzialam troche z dziewczynami, popytalam o ceny dojazdu do Kratie i w koncu zdecydowałam sie jechac dalej tym samym autobusem co one. Warszawa tez sie tam dosiadla, wynegocjowawszy sobie 22 dolary za osobe (zamiast 30) za dojazd do Siem Reap. Ja płacilam 18 za Kratie ktore było duzo bliżej i jakos negocjacje mi sie nie powiodły. Tłumaczyłam sobie ze Warszawa miała z tym troche łatwiej jadąc w trójkę i domagając sie zniżki grupowej, ale pewnie po prostu winne były moje za słabe zdolności negocjacyjne.

W Kratie znalazłysmy sie o zachodzie słońca, wysadzone z autokaru na bulwarze nad spokojnymi, szeroko rozlanymi wodami Mekongu. Z miejsca zostalysmy „porwane” do pobliskiego hotelu przez czarujacego niewyslowiona slodycza wylewajaca sie z kazdego slowa pana „naganiacza”. Wszystkie trzy bardzo podejrzliwie podeszlysmy do jego oferty noclegu w „trojce” z lazienka za 7 dolarow lacznie za pokoj (a wiec jakies 7 zlotych od osoby za noc) ale zeby nie bylo, poszlysmy sprawdzic. Pokój był czysty, łóżka porzadne, łazienka jak należy. Hotel wyglądał bogato, az nawet przesadnie bogato – ogromne ilosci pieter, labirynty korytarzy, wielka restauracja na parterze, tarasy wychodzace na Mekong, jakies malowane stiuki i kiczowate obrazy na ścianach. W złym stylu ale z pompą. Moglysmy szukać dalej bo skoro takie miejsce znalazlo nas samo to pewnie gdybysmy zaczely szukac, łatwo upolowalybysmy cos jeszcze tańszego, bylysmy jednak zmęczone i te 7 złotych za noc w zupełności nas satysfakcjonowalo. Jesli chodzi o pana ktory nas tam przyprowadził, określenie „adorable man” ktorym Meryl z udana emfaza określala niektóre osoby jego pokroju pasowało w tym wypadku jak ulał. Przede wszystkim „adorable man”, rzecz jasna niewysoki, czarnowlosy i czarnooki, miał głos wysoki i w jakis przedziwny sposob kobieco miękki, ruchy płynne i delikatne, i jakas taka drazniaca unizonosc ktora zauważalo sie od razu w całym jego zachowaniu. „Adorable man” patrzac na nas uśmiechał sie nieśmiało i powtarzał piec razy cicho te same zdania za kazdym razem jeszcze subtelniej wymawiajac każde słowo. Chciałoby sie powiedziec mu zeby zachowywał sie normalnie ale wiedziało sie ze to jeszcze tylko pogorszy sprawę. Troche przypominał Zgredka z Harrego Pottera i chodził za nami jak cień zadając czasem ni z tego ni z owego pytania o to jak sie miewamy i czy nam moze czego nie trzeba.

Kratie było jednym z wielu miast na mojej trasie ktorych nazwy nigdy wczesniej nie slyszalam, nie mialam pojecia czy jest tam cokolwiek ciekawego i nie mialam tez w zwiazku z tym zadnych oczekiwan. Przyjechałam tam bo jechały tam Theresa z Meryl, tyle. Senne to miasteczko liczące, jak pózniej sprawdziłam, ledwie jakies 13 tysięcy mieszkańców w istocie nie miało wiele do zaoferowania – wysepka po drugiej stronie Mekongu z „floating villages” jakich wiele i gdzie indziej, delfiny w Mekongu, ktore widzialam juz w Laosie. Mimo to na ulicach mozna było zauważyć nadspodziewanie duzo zagranicznych turystów ktorzy najwyrazniej upodobali je sobie jako idealne miejsce na przerwę w wyczerpującej jeździe po paskudnych drogach od granicy z Laosem do stolicy kraju, Phnom Phnen. Był to nasz pierwszy kontakt z Kambodza i chciałysmy spróbować wszystkiego. „Amok”, przypominająca curry tradycyjna gesta zupa z ryba lub różnymi rodzajami mies, „lok lak”, wolowina na zimno z tradycyjnymi sosami, khmerska ziolowa herbata czy nawet khmerska whisky. I oczywiscie milkshake’i w wielkiej liczbie a wszystko to, nawet w elegancko, zachodnio wyglądających, nastawionych na turystow i „ekspatow” knajpkach tanie jak barszcz i bardzo smaczne.

Rano następnego dnia odbylysmy we trzy na ogromnym wspolnym dla gosci hotelowych tarasie z widokiem na Mekong, intensywna sesje jogi prowadzona przez dziewczyny. Juz nie pierwszy poranek cwiczylysmy razem – zaczęło sie to jeszcze na Bolaven Plateau ale było dość nieregularne. Tym razem, nie wiem nawet czy to ze zmęczenia czy po prostu z panujacego w Kratie upalu, pot splywal ze mnie strumieniami. Po każdej takiej sesji z dziewczynami czuje sie jak nowonarodzona i za kazdym razem postanawiam sobie ze sama tez bede tak ćwiczyć a potem za kazdym razem zapominam bo za duzo innych rzeczy sie dzieje. Ale jak wrócę do domu to sie wezmę za siebie.

Po ćwiczeniach i zimnym prysznicu wybralysmy sie na wyspę lodka za 1000 riali (0,75 zł). Lodka startowała z miejsca szumnie nazwanego portem Kratie dopiero wtedy gdy zebrała sie odpowiednia liczba pasazerow trzeba wiec było wykazać sie cierpliwoscia. Na pokładzie, standardowo, wsrod roznych innych pasazerow duże ilości młodych i starszych kobiet w specjalnych jednopalczastych skarpetkach noszonych do japonek. Do tego zabawne wzorzyste pizamy ktorych noszenie takze swiadczy do przynaleznosci do miejscowego folkloru. Ale zreszta z tymi pizamami to w mniejszym lub wiekszym stopniu kwestia ogolnoazjatycka – przeciez i w Chinach sie fo zdarzalo i w Laosie. Jesli chodzi o pasazerow zagranicznych to jest ich jeszcze kilkoro oprócz nas. Meryl i Theresa ktorym przypada miejsce po słonecznej stronie lodki dostają na chwile pożyczone przez lokalnych bambusowe kapelusze w wietnamskim stylu.

Na wyspie mialysmy zamiar wypożyczyć rowery ale to co nadawało sie do jazdy zostało nam momentalnie sprzatniete sprzed nosow przez innych zagranicznych ludzi zostawiając nam do wyboru modele pokryte rdza w takim stopniu jakby je wyłowiono wlasnie z dna oceanu. Postanawiamy wiec przejsc sie kawałek pieszo slusznie zakładając ze wyspa nie jest duża i rzeczywiscie w krótkim czasie docierajac do położonej na jednym z jej koncow swiatynki w landrynkowych kolorach. Zerkamy tez na „floating village” czyli pływająca wioskę po drugiej stronie wyspy. Rzeczywiscie, trzcinowo-bambusowe chatki pobudowano na tratwach unoszacych sie na wodzie i połączonych systemem tratwowych mostkow. Wyglada to bardzo biednie i jakos tak smutno. Tym co zapamiętujemy z tej wyspy najmocniej sa dzieci, bosonogie, rozesmiane i ogromnie serdeczne, z ktorymi przystajemy nawet raz pobawić sie dłużej, robimy sobie razem sesje zdjęciową i czestujemy je bananami. Nie chcą nas puścić, chwytają nas za palce swoimi malymi raczkami i podążają za nami radosnie.

Stacja benzynowa

W pewnym momencie rozdzielamy sie z Meryl ktora wraca na stały ląd na umówioną rozmowę na Skypie. Mnie i Theresie udaje sie załapać na przechwycenie za darmo dwóch rowerów od pary Holendrów spotykanych na drodze (sami nam to proponują) wiec dalsza droge pokonujemy juz na dwóch kółkach, machajac mijanym po drodze dzieciakom, ktore niewątpliwie stają sie dla nas najwieksza atrakcja wysepki (a my dla nich). Jedna ze ścieżek obranych na chybil-trafil doprowadza nas do czegos czegosmy sie tu zupelnie nie spodziewaly – ekskluzywnego kompleksu hotelowego. Jego goście mieszkają w osobnych drewnianych domkach na palach, bardzo eleganckich i maja do dyspozycji restauracje z przyległym do niej kuszacym basenem.

Powrot na staly lad o zachodzie slonca.

Wieczorem tego samego dnia dyskutujemy długo na temat sposobu dotarcia do Siem Reap. Dziewczyny z poczatku chętne na autostop odpuszczaja po przeanalizowaniu rożnych kwestii. Przede wszystkim Meryl spieszy sie juz, musi podazac za swoim scisle juz wytyczonym z racji coraz krotszego czasu w Azji planem i nie moze ryzykowac dnia obsuwy a jedyny minibus odjezdza o 7 rano. Gdyby nam sie ze stopem nie powiodlo trzeba by zostac jeszcze na jedna noc w Kratie. Theresa proponuje zeby wziac autobus przynajmniej do miejscowosci gdzies w połowie trasy, skad bedzie łatwiej łapac ale roznica w cenie biletu do tego miejsca i bezposrednio do Siem Reap jest bardzo mała. Zreszta w ogole bilet do Kratie jest w cenie akceptowalnej jak na tyle godzin jazdy (12 dolarow). Mysle o mojej autostopowej ambicji i dumie ale świadomość ze juz pare razy po drodze ulegalam moim towarzyszom osłabia nieco zapał. Najbardziej jednak osłabiają temperatury, ktore sa w tych dniach w Kambodży nie do zniesienia. Proponuje żebyśmy z Theresa, ktorej sie tak nie spieszylo, przynajmniej spróbowały czy sie nam nie uda a jesli nie to dojechaly do Meryl następnego dnia ale po namyśle Theresa decyduje sie tez na ten autobus. W miedzyczasie morale psuje jeszcze „adorable man”, ktory zaslyszawszy nasza konwersacje zalamuje rece opowiadajac nam ze kiedys co prawda swietnie sie w Kambodzy jezdzilo stopem ale jakis czas temu mial miejsce incydent z zagranicznym autostopowiczem ktory okradl swoich kierowcow (!) i ze bylo to naglosnione w mediach i od tego czasu wszyscy sie boja zatrzymywac. Jakos ta historia wydala mi sie grubymi nicmi szyta i choc „adorable man” mine miał znakomicie niewinna i dobroduszna, równie dobrze mógł wszystko to zmyslic żebyśmy sie nie wahały dłużej szczegolnie ze bilety kupowalysmy za jego posrednictwem. Mniejsza o to czy ten niewiarygodny incydent mial miejsce czy nie mial (jakim trzeba byc człowiekiem zeby okradac ludzi z krajow Trzeciego Swiata?), wbilo to gwozdz do trumny. Poddalam sie w koncu i ja, nie majac tym razem siły próbować na własna rękę w tym upale i majac nadzieje ze wygodnie sobie pomykajac po drogach bede miała troche czasu na spokojne nadrobienie zaległości w opisywaniu minionych wydarzeń.

Nadzieje te zreszta szybko okazało sie złudne. Minibus wyladowany po brzegi pasazerami z Japonii i Korei ale i takze spora liczba poutykanych w lukach miedzy nimi i nami lokalnych a przede wszystkim ogromna iloscia przewożonych na handel towarów byl pojazdem w ktorym nie tylko nie dało sie pisac ale nawet myślenie przychodziło z trudem. Siedzialysmy z dziewczynami w ostatnim rzędzie siedzeń, tuż za glowami majac jakies tajemniczo wygladajace pozawijane w gazety rzezbione artefakty z polerowanego drewna, ktore przy kazdym wyboju na drodze przemieszczaly sie raz po raz coraz bardziej w nasza stronę. Cokolwiek to było, miało ostre końce i było na tyle ciężkie i duże ze moglysmy byc spokojne o rodzaj śmierci jaki nas spotka w razie gwałtownego hamowania. Zagłowki, podobnie jak całe siedzenia przewidziane dla standardowych Azjatów nie sprawdzaly sie w swojej roli nawet dla Theresy a co dopiero dla mnie, najwyższej z naszego grona i nic nie chronilo nas przed ryzykiem zasztyletowania czymś co wkrótce miało sie okazać arcykiczowatym drewnianym kogutem na wysoki połysk. Jednym słowem jesli sie o czymś w drodze myślało to o tym jak chronić głowy przed zabojczym drewnianym ptactwem i wiedzialysmy ze pomysl kierowcy z tasma klejaca ktora miala je trzymac razem w kupie jest nietrafiony.

Ptactwo ktore z nami podróżowalo nie było zreszta jedynie drewniane. Prawdziwy kogut, w krytej szmatami klatce pial co jakis czas żałośnie ze szczytu misternej konstrukcji innych bagazy zamocowanych na zewnątrz minibusem, na klasie bagażnika. Gdzies na dnie tej sterty, kilka poziomow ponizej koguta wyladowaly takze nasze plecaki. Trzymało sie to wszystko na systemie sznurkow i plandek i całe szczęście dotrwalo do końca drogi, łącznie z ptakiem, żywym wciąż jeszcze choc zapewne dotknietym traumą.

Na miejscu, w Siem Reap, wprost z minibusu przejal nas zaaferowany kierowca tuktuka oferujac ze za darmo obwiezie nas po roznych hostelach i hotelach na backpackerska kieszen zebysmy mogly znalezc ktorys gdzie sie zatrzymamy jesli tylko zgodzimy sie wynajac go na nastepny dzien na zwiedzanie Angkoru. Wszystkie trzy podeszlysmy rzecz jasna do takiej propozycji bardzo podejrzliwie. Kiedy jednak okazalo sie ze cena za dzien objezdzania ruin z tym panem ktory bedzie na nas, zwiedzajace, czekal za kazdym razem na parkingu, wynosiła 5 dolarow (15 zl) za osobę, stwierdzilysmy ze nie ma sie co dluzej zastanawiac. Hostele i hotele ktore byłyby na nasza kieszeń, tak jak zapowiedział kierowca rzeczywiscie były w większości pełne niezależnie od tego ze ich w mieście była cała masa. Trzeba przyznać, sezon w pełni. W koncu zatrzymalysmy sie w hotelu, w pokoju trzyosobowym płacąc 5 dolarow za noc od osoby. Naprzeciw naszego hotelu był hostel z basenem i za miejsce w tamtejszym osmioosobowym dormitorium płaciło sie także 5 dolarow za noc ale mieli tylko jedno wolne miejsce. Zreszta, u nas tez wkrótce miał byc basen. Wlasnie trwał remont naszego hotelu i szumnie nam zapowiedziano ze basen bedzie gotowy za trzy dni. Patrzac na stadium budowy nic planowego ukończenia robot nie zapowiadało ale pokiwalysmy tylko uprzejmie głowami. Natepnego dnia o 7:30 zostalysmy odebrane sprzed naszego hotelu ale o tym co pózniej bedzie w nastepnym wpisie bo i tak sie tu juz nadmiernie rozpedzilam. Zdjecia z opóźnieniem bo mam problemy z dostępem do stacjonarneo komputera. Pozdrowienia z Siem Reap!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s