Siem Reap, Angkor (1)

30.11., sobota Pisze te słowa o godzinie dziesiatej rano na dziedzincu swiatyni Ta Nei a wokół mnie liście spadają głośno choc nie ma wiatru. Przenikliwe zaśpiewy tropikalnych ptakow, monotonne brzeczenie cykad, piski nietoperzy, moje kroki na kamieniach ruin czy wlasnie te liscie, duze i ciezkie ktore uderzaja o ziemie z charakterystycznym plasnieciem, wszystko to slychac ostro, wyraznie, bo jestem tu zupelnie sama. To moj czwarty dzien w kompleksie swiatyn Angkoru i jestem szczęśliwa mogąc powiedziec ze udało mi sie i tutaj znalezc swoja własna droge, tak jak kiedyś w Skalnym Lesie, moje własne, niezadeptane ścieżki, moje prywatne zachwycenia i przestraszenia.

Jeden z dziedzincow ruin swiatyni Ta Nei.

Ta Nei zajmuje rozlegla przestrzen na ktora składaj sie malowniczo zdewastowane przez drzewa bogato dekorowane kamienne wieże, bramy i mury sprzed setek lat, wszystko to w oprawie porosnietych mchem rzezbionych skalnych odlamow tworzacych niegdys te budynki ktorych tu teraz brakuje. W niczym nie ustępuje to miejsce rozslawionej przez Angeline Jolie swiatyni Ta Prohm a tymczasem zdaje sie ze w przeciwienstwie do tej pierwszej, wszyscy o niej zapomnieli, włącznie ze strażnikami skoro nie ma tu nikogo mimo tak późnej pory.

Po pierwszych dwóch dniach spędzonych w Angkorze z Meryl i Theresa stracilam juz prawie nadzieje ze uda mi sie odnaleźć tu takie miejsca i chwile i Angkoru takiego jaki ogladalam u ich boku mialam dosc juz po godzinie. Piskliwe, swidrujace mózg zawodzenie „tuk tuk, lejdiii!”, żałosne „buy somethiiing” sprzedawczyn kiczowatych pamiątek, nieustanny belkot wielojęzycznej turystycznej hydry i pstrykanie aparatów. Dziewczyny podazaly wytrwale za wskazaniami Lonely Planet mialysmy wiec zapewnione rozliczne atrakcje… Byl wschód słońca nad Angkor Wat w halasliwym gronie przynajmniej kilkuset innych ludzi ktorzy tam zjechali tuktukami i autobusami tworzącymi korki na sennych uliczkach Siem Reap, był Bayon z jego ciosanymi w kamieniu gigantycznymi twarzami na tle setek innych twarzy, spoconych, skrzywionych, sztucznie sie usmiechajacych do zdjec. Ta Prohm po ktorym hasala niegdys na ekranie Angelina Jolie ustępując teraz miejsca wycieczkom chinskich emerytów, sztuczny zbiornik wodny Sras Srang gdzie mi, jedynej Slowiance w tym gronie, nie było z kim dzielić komizmu nazwy. Byly śniadania i lunche jedzone w knajpkach do ktorych nas zagonily kambodzanskie naganiaczki a gdzie przeplacalysmy słono, z pełna tego świadomością, za male porcje niesmacznego byle czego. Meryl i Theresa uznaly ze trzeba sie przyzwyczaić bo Angkor jest w koncu najwieksza bodaj atrakcja Azji Południowo-Wschodniej i nie ucieknie sie tu od tego wszystkiego, od chinskich wycieczek, od nachalnych sprzedawców jedzenia i kiczowatych pamiatek, zebrakow i napastliwie zapraszajacych do swojego pojazdu kierowców tuktukow, ze nie ma w ogole takiej opcji. Moja mizantropia rosla w sile, podświadomie wyobrażałam sobie tesknie to miejsce po jakiejś wielkiej biologicznej katastrofie dotykajacej gatunku ludzi ktorzy mogliby sie tam znalezc. Chcialam je miec tylko dla siebie, zamyslic sie, zapatrzyc, wyobrazić sobie jak to było kiedyś, zasłuchać w ciszę ktora tam teraz pozostała po życiu minionych pokoleń. Po dwóch tak bardzo rozczarowujacych dniach zdecydowałam sie w koncu odłączyć od dziewczyn i sprawdzić na własnej skórze czy rzeczywiscie nie da sie inaczej.

Tuk-tuk na tle ruin pomniejszych swiatyn kompleksu Angkor Thom.

Turysci traktowani jako jednostki wygladaja nawet calkiem sympatycznie ale nic na to poradze ze widzac ich w masie nastawiam sie na totalna mizantropie…

Dziewczyny na wschodzie slonca przed Angkor Wat

Ta Prohm i chinscy emeryci na zorganizowanej wycieczce.

Rzecz jasna z tego naszego wspolnego zwiedzania udalo mi sie tez przywiezc troche zdjec „porzadnych”, na ktorych sie niewygodne postaci wykadrowalo a glosow szczesliwie nie zarejstrowalo ale ja przeciez wiem jak bylo… Tym niemniej oto troche tej pieknej iluzji a moze raczej wizji tego jak by tam byc moglo pieknie gdyby tylko sie czlowiek mial okazje zadumac i zamyslic.

W tym miejscu troche szczegółów „technicznych”. Oficjalny wjazd na teren Angkoru i punkt sprzedazy biletow jaki sie tam znajduje oddalone sa od centrum Siem Reap o jakies szesc kilometrow (niektórzy mowia ze osiem). Jesli chodzi o bilety to ma sie trzy opcje: 1 dzien za 20$, 3 dni za 40$ lub tydzień za 60$. Znając siebie i moje skłonności do tego by wszystkie muzea i galerie ktore mnie ciekawia opuszczać jako ostatni zwiedzający, wypraszany uprzejmie przez pracownikow ochrony, stwierdziłam ze zaszaleje i zapłacę te 180 złotych za siedem dni zwłaszcza ze mi sie donikąd nie spieszyło i mogłam sobie na takie powolne zwiedzanie pozwolić. Nie pisałam tu o tym wczesniej ale pewnie juz pora – 16 grudnia wylatuje z Bangkoku do Polski i jest to moje jedyne czasowe ograniczenie. Pierwotny plan zakładał ze spedze w Tajlandii nawet caly miesiac, a wiec bede musiała po wykorzystaniu przysługujących mi za darmo uzyskanych na przejsciu granicznym 15 dni, przedłużyć sobie pobyt w jakimś urzędzie. Kiedy sie zorientowalam ze nie bedzie to jednak miesiac bo za duzo czasu zabawilam w Laosie i jeszcze do tego doszło Krati, stwierdziłam ze mi sie juz zabawa w załatwianie dłuższej wizy nie opłaca i zamiast tego wjade do Tajlandii w takim dniu zeby mi juz te 15 dni za darmo wystarczyło. Jednym słowem najwcześniej moge tam wjechać 2 grudnia i zanim to nastąpi… stane sie na tydzień mieszkańcem tej zapomnianej przez wieki legendarnej metropolii. Teraz gdy o tym mysle, wiem ze zwiedzając w taki sposob w jaki lubie zwiedzać mogłabym wcale tego biletu nie kupować i jesli wierzyc w to co opowiadal nam kierowca naszego tuktuka jeszcze pierwszego dnia (dnia w ktorym najbardziej gryzlam sie tym ze wyrzucilam tyle pieniedzy w błoto) byłoby to nawet całkiem poprawne moralnie zachowanie – pieniądze z biletów w większości idą ponoc do kieszeni wietnamskich magnatow ktorzy Angkor od Kambodzy kupili i niekoniecznie służą nawet jego zachowaniu i utrzymaniu. Jesli ktos miałby ochote zaryzykowac, w tym oto wpisie postaram sie wplesc tez troche porad jak sie do tego zabrac.

Przede wszystkim po Angkorze doskonale jeździ sie rowerem, zyskujac w ten sposob niezaleznosc, ktora jest nie do przecenienia. Jego wypozyczenie to wydatek rzedu 1$ za dzien przy czym jeszcze dostaje sie gratis mala butelke wody i mapke. W mojej wypozyczalni nie prosili o paszport ani jakiekolwiek dane osobowe a kaucja wynosila jedynie 10 dolarow. Rower mozna wypożyczyć tylko w centrum Siem Reap czyli jakies 6-8 km od bramek biletowych Angkoru i to zraża wielu, podobnie jak odległości miedzy poszczególnymi swiatyniami. Znalezione na roznych podrozniczych blogach opisy tego jak to cieżko jest pokonywać po calodniowej morderczej jeździe w upale jeszcze te ostatnie kilometry do miasteczka były na tyle sugestywne ze Meryl i Theresa także nie zdecydowaly sie dolaczyc do mnie, mimo początkowych deklaracji. Rzeczywiscie, „duza petla” na terenie Angkoru ma 26 km, „mala petla” 17 km, dojazd w te i wewte to co najmniej 12. Tym niemniej nie czuje sie tego jakos szczególnie, drogi sa proste, gładkie, asfaltowe, dziur niewiele a upałów łatwo mozna uniknąć przynajmniej z rana, wstajac odpowiednie wcześnie i ruszając jeszcze o zmroku. Tak tez zrobiłam, wyruszajac spod hotelu o 5:10 rowerem wypozyczonym poprzedniego wieczoru, przed samym zamknięciem. Angkor oficjalnie, według tego co podaje informacja ma bilecie, otwierany jest o 5:30 i postanowiłam zjawić sie przy wjeździe wlasnie o tej godzinie. Z koszykiem zapakowanym po brzegi prowiantem na droge (mandarynki, zelki Haribo, ciasteczka zbożowe, 2 duze butelki wody, energy drink i 2 mango), latarka-czołówka na głowie i w pomarańczowej kamizelce odblaskowej jechalam sobie dziarsko jeszcze w zupelnych ciemnosciach i jakos tak sie złożyło ze rzeczywiscie dokładnie o 5:30 zjawilam sie na miejscu. Tutaj dygresja – mimo tego ze na biletach napisano ze otwierają wlasnie o tej porze, zdaje sie ze tak naprawde musieli otworzyć przynajmniej pol godziny wczesniej bo i tez logistycznie niemożliwe by było skumulowanie na terenie Angkoru wszystkich pragnących sie tam znalezc przed wschodem slonca tuktukow w tak krótkim czasie. Kolejna dygresja – na teren kompleksu z Siem Reap prowadzi kilka drog i wcale nie trzeba przejezdzac przez bramki biletowe. Za sam pobyt na terenie Angkoru bilety nie sa wymagane czyli z zewnatrz przynajmniej zwiedzac mozna za darmo. Sprawdza sie je dopiero przy wstepie do ruin swiatyn ale nie wszystkich i nie zawsze. Ale wrocmy do mojej pierwszej rowerowej wycieczki. Jest zupelnie ciemno, przyjemnie chlodniej niz za dnia a ja pedze przed siebie szybko, czasem ambicjonalnie próbując ścigać sie z tuktukami, czasem po prostu zachlystujac sie powietrzem w pędzie dla samego pedu. Nie jestem szczegolnie wprawiona rowerzystka wiec pewnie moje „szybko” dla wielu oznaczaloby tempo slimacze ale poki co przy mojej kondycji przejechanie tych 6 km w 20 minut satysfakcjonowalo mnie w zupelnosci.

Wystarczyło minąć Angkor Wat przy ktorym zatrzymaly sie tak jak przewidywalam wszystkie tuktuki, minibusy i autokary rozładowujac tym samym uliczne korki a otwierała sie nagle droga pusta po horyzont, cudownie moja wlasna droga ktora zaczęłam gnac jeszcze szybciej śmiejąc sie prawie w głos z wlasnego szczescia. Wiedziałam, wiedziałam ze tak bedzie! Sporadycznie pojawiali sie na drodze miejscowi zdazajacy z okolicznych wsi rozkladac powoli swoje przydrozne kramiki, raz tez, jeszcze niedaleko Angkor Wat, wyprzedziłam dwie inne jadące razem zagraniczne rowerzystki, z ktorymi pozdrowilysmy sie serdecznie; nasze poranne królestwa nie beda prowadzić ze sobą wojen, swiatyn mialysmy do wyboru dziesiątki i male bylo ryzyko ze wybierzemy akurat te same. Poza tym było pusto, zupełnie pusto i ciszę przerywały tylko niesamowite odgłosy budzącej sie do zycia dżungli.

Minęłam słynny Bayon z majestatycznymi kamiennymi twarzami majac zbyt swieze jeszcze w glowie wspomnienie tego miejsca wypelnionego tłumem i zatrzymalam sie w niedalekiej, liczacej prawie tysiac lat swiatyni Baphuon, ktora poprzednio z dziewczynami sobie odpuscilysmy. Przewaga tego miejsca nad Bayonem byla tez taka ze bylo ono znaczaco dalej polozone od glownej drogi – widzialo sie ja i slyszalo w perspektywie ale nie bylo szans by zostac stamtad zobaczonym. Baphuon należy tez do gatunku „mountain temple”, „swiatyn-gór”, na ktore wdrapuje sie po niezwykle stromych, wąskich stopniach co wziete razem czyni ja idealnym miejscem by wziac ją w poranne panowanie. Przywiazalam rower na dole i zaczelam wdrapywac na szczyt. Nie było nikogo, zupelnie nikogo, nie tylko innych zwiedzajacych ale tez ani jednego strażnika sprawdzajacego bilety. Bezwiednie zadrżałam wkraczajac w puste kamienne korytarze i bylo to to samo znajome drżenie ktore juz znam dobrze, ta sama lekka trema podekscytowania i ciekawości. Nigdy chyba nie zapomnę tego jaki widok pokazał mi sie przed oczami gdy w koncu dotarlam na gore. Słońce powoli wstawalo nad dżungla kładac sie złota poswiata na misternie rzezbionych kolumnach, architrawach i posadzkach poszczegolnych poziomow swiatyni i poprzedzającego ja imponujacego podwyższonego kamiennego traktu a ja stałam tak gapiac sie na to wszystko jak urzeczona i chłonac w siebie ciepło tropikalnego poranka. Po jakiejś godzinie, po leniwym śniadaniu na szczycie ruszylam w koncu dalej. Była juz siódma rano i ciagle nikogo w Baphuon choc na drodze powoli robił sie ruch.

Jakis kwadrans potem zaczelo nagle intensywnie padac ale i tym razem miałam szczęście zdazywszy ukryć sie przed deszczem w krytej folia drewnianej wiacie w lesie tuż drogi ktora jakby wlasnie na taka okoliczność przewidziana wyrosła przede mna w idealnej chwili. Bylo tez miejsce na rower wiec sucha i wesoła oddalam sie czytaniu o Angkorze ze zdjec ktore zrobiłam przewodnikowi Meryl. Okolo osmej zebralam sie do ruszenia w droge i wlasnie wtedy pojawil sie wartownik ktoremu najwyrazniej zajelam miejsce; wymienilismy sie.

Idealne schronienie przed deszczem dla nas obojga, mnie i mojego dwukolowego przyjaciela za 1 dolara za dzien.

Jade wiec dalej. Niestety wszystkie kolejne swiatynie ktore mijam na trasie „duzej petli” sa juz „zajęte” i nawet jesli to tylko kilkoro-kilkanaścioro ludzi to po takim poranku juz mi to przeszkadza i skoro i tak mam jeszcze przed sobą cztery inne świty do zagospodarowania, to nie ma po co psuć sobie teraz wrażenia. Zreszta juz i tak widzialam je wczesniej, z Theresa i Meryl wiec jesli ma byc powtorka to tylko „w wielkim stylu”. Zasuwam wiec przed siebie zatrzymujac sie co jakis czas ale nie na długo. Jedna z bocznych, polnych ścieżek odchodzacych niedaleko od głównej trasy doprowadza mnie do ruin małej swiatyni (Krol Ko) przed ktora grupka robotników pracujących przy zamiataniu i koszeniu trawy (prymitywnymi, recznymi narzędziami…) ma akurat przerwe na sniadanie. Robotnicy to głownie kobiety, w tym jedna z niemowleciem u piersi, inna z kilkuletnim dzieckiem ktorego najwyrazniej nie miała z kim zostawić. Sa serdeczni i czesc z nich mowi calkiem niezle po angielsku, jedna z kobiet ni stad ni zowad pyta sie czy mam chłopaka – widocznie dziwi ich ze zjawiam sie tam sama.

Na wysokości zbiornika Sras Srang natrafiam na szkole podstawowa na ktorej bramie wjazdowej napis głosi ze jest dotowana z funduszy polskiej stacji telewizyjnej, TVP Polsat. Zagladam przez otwarte drzwi i okna – dzieci w porządnych mundurkach, białe koszule, granatowe spodnice lub spodnie, czarne lakierki, uczą sie pilnie. Na podwórku kilku chłopców wola mnie tradycyjnym „Hello!” i najwyrazniej dziwi sie ze odpowiadam i podchodze do nich. Ten z ktorym rozmawiam najwiecej ma na imię Tron (!), 10 lat, siostrę bliźniaczke i ogólnie rzecz biorąc bardzo dobrze jak na swój wiek mowi po angielsku ma tylko bardzo dziwna wymowę ktora trudno czasem zrozumieć. Kiedy prosze by powtorzyl, irytuje sie i powtarza to samo w kółko coraz głośniej a na koniec pyta czy ja w ogole potrafię mówić po angielsku. Z duza doza kreatywnosci dochodze w koncu do tego ze pytanie mialo brzmiec „Do you have brother?”. Po serii innych pytań pada prośba o monetę z mojego kraju. Żebranie o „one dollar”, ktore slyszy sie tu co krok to co innego, a pytanie o monete z Polski w szkole dotowanej przez Polsat bylo nawet calkiem na miejscu. Byłam pewna ze nie mam przy sobie złotówek a jednak wyszperalam skądis zlotowke i dwuzlotowke, gratisowo jeszcze dorzucajac drobniaki z Chin, ktorymi sie dzieciaki podzieliły. Pomachalam im wszystkim na pożegnanie i myslalam ze sie juz rozstalismy ale jeszcze potem dogoniło mnie dwóch z nich na rowerach objechac wspolnie malownicze wody zalewu. Po drodze Tron i jego kolega wypytawszy sie ciekawsko ile płaci sie na terenie Angkoru za butelke wody i lokalna ryzowa przekąske w lodydze bambusa ktore mialam w koszyku, zaoferowali ze nastepnym razem kupią mi to po lokalnych cenach, dwa-cztery razy taniej. Żegnamy sie przy ruinach Banteay Kdei. Ciekawe co stanie sie dalej z tymi dziecmi. Zostaną w wiosce pracujac przy swiatyniach i na polach ryzowych jak ich rodzice czy wyjada do miasta znajdujac posade kierowcow tuk-tukow, kelnerow, recepcjonistow w hotelach a moze otworza wlasny biznes robiac jakas zaskakujaca kariere. Dzieja sie tu w ogole takie rzeczy?

Po drodze mijam jeszcze w wiosce huczne weselisko a raczej przygotowania do niego prowadzone przy ogluszajacej muzyce. Czysty kicz, tak paskudny ze az piekny. Pan mlody na zdjeciu ma mine cokolwiek przerazona…

Jade na zachód zamykając jedna z pętli mijam Baphuon okupowany przez stada turystow masowych i indywidualnych. Wloszka w wieku ok. 60tki odpoczywa w cieniu z kolezanka. Przyjechała z wycieczka, nie mowi po angielsku. Jest z Pescary, jej koleżanka z Rzymu. Narzekają na upał i wilgotność. Opisuje mi w szczegółach trasę ktora do tej pory zrobiły uznając za ekstremalne przezycie pieciogodzinna podroz lokalnym pociagiem, bodajze w Tajlandii. Wycieczka 17-dniowa, wszystko zorganizowane i plan napięty jak struna wiec nie dziwota ze panie omdlewaly ze zmęczenia i znudzenia ta gonitwa. Miło było znowu pogadać sobie po włosku. Żegnam je i odjezdzam zmierzajac powoli do hotelu – skoro nawet Włosi mowia ze im goraco to i ja nie mam co juz dłużej zgrywac twardziela. Po drodze zatrzymuje sie jeszcze nad fosa Angkor Wat. Obserwuje kapiace sie w niej dzieci zalujac po chwili ze nie jestem niewidzialna bo one takze mnie zauwazaja i podplywaja domagac sie swojego „one dollar”. Daje im po ciasteczku zbozowym i uciekam. Następne takie spotkanie bedzie jeszcze mniej przyjemne, „give me one dollar” i kiedy odmawiam, „give me candy”, wykrzyczane mi w twarz wstretnym, napastliwym głosem. Potem jeszcze w samym Siem Reap nie raz widzialam dzieci zagradzajace droge zagranicznym ludziom i napastujace ich o pieniadze, wloczace sie krok w krok za delikwentem i jesli ciagle odmawia to podstawiajace nogę tak zeby sie potknal. Nie wymyslam tego, podstawianie nogi mialo miejsce przy mnie, wobec idacej ze mna Theresy. Pewnie nie wolno mi tego oceniać i porównywać ale jednak w Laosie jakos nikt nie żebrał a juz na pewno nie w taki sposob i choc bieda była tam podobna to żadnemu dziecku do głowy nie przyszłaby taka paskudna roszczeniowa postawa. Z tym wloczeniem sie za ludzmi krok w krok to samo dotyczy tez zreszta kierowcow tuktukow i osobiscie nienawidze takiego zachowania z calego serca. Sa strasznie namolni i ich nie wiedziec czemu bardzo czesto wysokie, odrazajaco piskliwe (tak jakby karykaturowali samych siebie) głosy nie dają spokoju gdziekolwiek by sie nie ruszyć. To zreszta kolejny argument za jazda na rowerze – ma sie wtedy od nich spokój. Swoja droga, skad ta piskliwosc, nie wiem. Czyżby to byli kastraci…?

Dziewczyny poprzedniej nocy imprezowaly w centrum i po powrocie zastalam je nadal spiace. Były w miedzyczasie na śniadaniu ale po powrocie padły znow spac jak zabite. Opowiadaly mi potem ze bawily sie przednio, byly tance na ulicy i mnostwo nowych znajomosci. Wieczorem wybralysmy sie na kolacje do nowootwartej księgarnio-restauracji, ktora Meryl odkryła poprzedniego dnia. Miejsce to nazywa sie „New Leaf” i caly dochod ze sprzedawanych tam potraw idzie podobno na cele charytatywne. Wlascicielką jest energiczna młoda dziewczyna z Zachodu (Dunka?). Prezentuje sie „New Leaf” bardzo światowo, wystrój wysmakowany, ceny tez rzecz jasna raczej z tendencja do zachodnich. Jak sie to miejsce utrzymuje nie wiadomo, widocznie z jakichs dotacji. O 19 miał tam sie odbyć wykład na temat historii khmerskiego imperium prowadzony przez starszego Australijczyka specjalizującego sie w kambodzanskiej historii. Było to rzeczywiscie bardzo ciekawe i cieszyło sie tez nieprzewidzianie dużą frekwencja (musialysmy z dziewczynami siedzieć na podłodze bo zabrakło krzeseł!). Dowiedziałam sie sporo o tym jak sie poprzez wieki powoli kształtował podział państw w Azji Srodkowo-Wschodniej a takze wielu ciekawych szczegółów o samym Angkorze i kilku innych podobnych miejscach. Ludnosc khmerska wskutek ozywionej wymiany handlowej z Indiami znalazla sie pod wiekszym ich wplywem niz blizszych geograficznie Chin. To tez zreszta tlumaczylo sporo w kwestii tutejszej mentalnosci, ale to juz moja prywatna teoria. O historii współczesnej mowy nie bylo. Tak czy owak trudno tej historii tu, w dzisiejszej Kambodzy, nie zauważyć. Ofiary min lądowych otaczają zewsząd a zebrzace dzieci o ktorych była juz mowa i napastliwi kierowcy tuktukow to przeciez tez element tej samej opowieści. Patrzac na ludzi zamieszkujących teraz tereny Angkoru nie mozna sie nadziwić ze to rzeczywiscie potomkowie tamtych Khmerow, spadkobiercowie Imperium obejmującego swym zasięgiem cała dzisiejsza Tajlandie, Laos i znaczna czesc Wietnamu.

Jesli chodzi o to cośmy w „New Leaf” jadly to były to naleśniki z grzybami (3,5$). Piwo z beczki, nawet w takim okazałym lokalu, kosztowało tylko 1$ (w innych 0,5). Milkshake’i za to drogie, 2,5. Poprzednie wieczory spedzalysmy w jednej z setek pysznych knajpek oferujących khmerskie potrawy takie jak rybny „amok”, wolowy „loc lac” itd. z cala gama lokalnych piw lub owocowych milkshake’ow do wyboru, taniej i rownie smacznie.

Bilety trzydniowe i tygodniowe maja to do siebie ze mozna sobie zrobic w trakcie ich wykorzystywania jednodniowa przerwę lub wiecej przerw i taka przerwę miały wlasnie tego dnia dziewczyny podczas gdy ja zaplanowałam sobie zrobic ja nazajutrz. Meryl i Theresa wypozyczaly wtedy z kolei rowery ale tylko po to by wybrac sie do jednej ze swiatyn na zachód słońca (tłoczny, rzecz jasna). Wykorzystalam ten dzien na pisanie i odkrylam dwa wspaniale miejsca idealne do zaszycia sie na dłuższy czas w spokoju i przy dobrej muzyce czyli wlasnie tym czego mi było trzeba. Pierwsze z nich, „Sister Srey”, położone jest nad rzeka, przy drodze ktora jedzie sie do Angkoru, tuz obok skrzyzowania z mostem laczacym „stary rynek” i turystyczne centrum z drugim brzegiem na ktorym całkiem niedaleko położony był nasz hotel. Przechodzilam akurat obok i po prostu nie mogłam sie oprzeć by tam nie wstąpić – Edith Piaf w glosnikach, przesliczny, artystyczny wystrój. Widać na pierwszy rzut oka juz ze w miejsce to ktos wkłada duzo serca i starań – recznie robione urocze serwetki kazda z inna angielskia sentencja, menu montowane zmyslnie w okładkach z kilkadziesiąt sobie lat liczących ksiazeczek z bajkami dla dzieci, dzbanki do herbaty okryte kolorowymi wloczkowymi „ubrankami”, przesliczne filizanki… Kiedy postawiono przede mna jeszcze te puszyste omlety z owocami (mango, ananas, dragon fruit, arbuz) polane karmelem, z ktorych jeden maly kawalek na szczycie wycięty był w kształt serduszka, nie mogłam sie powstrzymać od westchniecia zachwytu i oczywiscie musiała byc sesja zdjęciowa. Spedzilam tam, saczac herbatę, długi i cudowny poranek pisząc i rozplywajac sie z przyjemności chlonietych wszystkimi zmysłami. Wokół mnie tymi samymi drobnymi rzeczami radowalo sie wiele innych ludzi ale w tym kontekście nie uruchamial mi sie tryb mizantropii – muzyka zagluszala nadmierne hałasy a to co docierało do mnie było tylko przyjemnym gwarem w tle, zmieszanym z odglosami ulicy.
Jak na standardy azjatyckie, nie było to tanie (3,5$, 10,50 zł) ale absolutnie warte swojej ceny. Zreszta podobnie jak „New Leaf”, „Sister Srey” także przeznacza spora czesc dochodu na cele charytatywne, wspierając finansowo młodych khmerskich studentów z ubogich rodzin. Miejsce to założyła dziewczyna z Australii, z Melbourne, na oko oceniajac grubo jeszcze przed trzydziestka.

Pieterko Sister Srey.

Kolejne miejsce, „Asana”, także zwabilo mnie muzyką – tym razem były to aranżacje jazzowe z pianinem w roli głównej, absolutnie wspaniałe. Doszlam tam kierujac sie sluchem i odkrylam magiczny zakatek – schowany w labiryncie wąskich uliczek domek na palach z ciemnego drewna, kryty ceramicznymi dachowkami, z nieregularnym w ksztalcie, ograniczanym innymi budynkami ogródkiem pełnym bambusow i palm pomiędzy ktorymi poustawiano w artystycznym nieładzie stoliki i fotele a w przestrzeni pomiędzy palami na ktorych posadowiony jest domek, hamaki i podwieszane do stropu materace z poduchami. Pomiedzy tym wszystkim powiewajace na wietrze linki z roznokolorowymi choragiewkami – żółte, czerwone i niebieskie i wybudowana z lamanego kamienia czysciutka zewnętrzna toaleta w ktorej umywalke zmontowano z zestawu malowniczych drewnianych wiaderek. Fruitshake owocowy kosztuje tu co prawda az 2,5$ (7,5 zl) ale dostaje sie w tej cenie 0,5 litra i maja tu najlepsze fruitshake’i jakie pilam w Kambodży, porównywalne z bananowo-kokosowym z laotanskiego Don Khon. Jakby tego było mało, pomiedzy stolikami biegają dwa szczeniaki, czarny i biały, tak śliczne ze nie mozna sie przestać na nie gapic, pure cuteness. Doglada ich matka poszczekujac czasem. Właścicielem tego miejsca jest sympatyczny Francuz ktory osiedlil sie w Siem Reap pare lat temu pobierając z miejscowa dziewczyna z ktora teraz maja trzyletniego syna (mowi po francusku, angielsku i khmersku). Tam tez, w przeciwienstwie do „Sister Srey” było prawie pusto co stanowiło idealna opcje na leniwe popołudnie z notatkami z podróży – zaszyc sie gdzies na materacu co jakis czas glaszczac szczeniaki promujące sie desperacko na ten materac dostać i pisac, pisac, pisac! Cudownie. Czasem tez, rozgladajac sie dookoła lapalam sie na tym ze chciałabym sama takie miejsce sobie zaprojektować, zbudować i pracować w nim. Kto wie, moze kiedys :) Poki co jednak wrócmy na ziemie, na czerwona, spekana ziemie imperium Khmerow.

W sobotę 30.12. pojawiam sie na bramkach biletowych Angkoru dopiero o 5:40 i gdy w koncu okolo szostej rano docieram do Ta Prohm ktore zaplanowalam sobie na ten poranek, okazuje sie ze jest juz za późno zeby byc tam zupelnie sama. Ludzi mozna co prawda zliczyć na palcach jednej ręki, sa to turysci indywidualni i zachowują sie raczej cicho i spokojnie ale są. Przeczuwalam ze na to słynne Ta Prohm trzeba bedzie obudzić sie wczesniej niz poprzednio ale cos mi z tym budzeniem nie wyszło. Zreszta w ogole Ta Prohm nawet w chwilach gdy byłam w nim względnie sama (nie słysząc i nie widząc ludzi ktorzy chodzili akurat gdzies po dalszych jego rejonach), mimo tych wszystkich slynnych korzeni nie robiło szczególnego wrażenia.

Obwiniam tu wszechobecne balustradki, tabliczki z ostrzeżeniami i zakazami (zawierajace zreszta mnostwo bledow ortograficznych i gramatycznych) i kosze na śmieci. Wszystko przygotowane było pod tłumy i nawet jesli tłumów jeszcze nie było to moja wyobraźnia wizualizowala je sobie ze szczegółami. Probowalam z tym zreszta nawet walczyc i stalam dobry kwadrans w okolicy najbardziej malowniczego, najslynniejszego zgrupowania korzeni rozsadzajacych antyczne mury, gapilam sie na to i nic nie czulam. Ładne, ciekawe, ale te balustradki sprawialy ze za nic nie moglam sie w tym miejscu „zakochac”. Probowalam to sobie racjonalnie tlumaczyc, w wyobrazni odejmowac to co zbedne ale zdaje sie ze moja wyobraznia zna tylko dodawanie. Kiedy lapie sie czlowiek na tym ze rozumowo probuje narzucic sobie odczuwanie jakichs emocji to znaczy ze lepiej dac sobie spokoj. Albo sie cos czuje i az zapiera dech z wrazenia albo sie nie czuje i mozna sobie mowic ze to przeciez piekne i wspaniale ale sie tym nic nie zmieni. Nie tracac wiecej czasu wsiadlam na rower postanawiajac nie poddawać sie w szukaniu „moich” miejsc mimo coraz późniejszej godziny.

I znalazłam! Chociaz w miedzyczasie zrobiła sie juz siódma, znalazłam „moja” swiatynie w ktorej bylam pierwszym i jedynym zwiedzającym (przynajmniej przez najbliższe pol godziny). Ta Keo, „swiatynia-gora” ma 50 metrow wysokosci i widok z jej najwyzszego poziomu byl cudowny. Nie byłam całkiem sama – na dole powitali mnie strażnicy i na najniższym poziomie pracowało na rusztowaniach troche ludzi ale dzieliła nas wysokość i nie przeszkadzalismy sobie wzajemnie. Usiadlam wiec sobie urządzając kolejny podniebny piknik i ciesząc sloncem ktorego promienie z każda chwila stawaly sie coraz cieplejsze. W pewnym momencie zauważyłam dwóch khmerskich chlopakow w służbowych, bladozoltych koszulach z kolnierzykami pnacych sie w moja stronę po stopniach swiatyni. Jeden z nich skierował sie ku „mojej” wieży i zagail rozmowe. Mowil bardzo dobrze po angielsku i choc nie bylam akurat w nastroju do konwersowaia to rozmawialo sie milo. Miał na imię Ben i z 28 lat ktore sobie liczyl, dziesiec ostatnich przepracował w Angkorze strzegac ciagle tej samej swiatyni, w tym samym miejscu nawet, na najwyzszej wiezy. Mogl dla odmiany przeniesc sie do innej swiatyni, powymieniac z kolegami co jakis czas ale nie chcial, tu mu najlepiej. Moje zadowolenie z tego ze tu tak pusto i ze widoki takie piekne przyjmowal wiec prawie jak osobiste komplementy. Po tradycyjnych pytaniach o to skad jestem, ile mam lat, na ile czasu przyjechalam do Kambodzy, iludniowy mam bilet i tak dalej, padła propozycja wycieczki skuterem do Banteay Srei, niewielkiej ale zachwalanej wszedzie szeroko swiatynki do ktorej planowalam pojechac ktoregos dnia ale nie wiedziałam jakim sposobem – położona była troche za daleko jak na wycieczke rowerem. Chcialam dotrzec tam z samego rana zeby uniknac nadmiaru ludzi ale wtedy tez kierowcy tuktuka za nadspodziewanie wczesna pobudke musialabym sporo doplacac. Ben, bo tak mial na imie straznik, zdawal sie rozumiec moja turystyczna mizantropie i powiedzial ze poranek wcale nie jest dobra pora, ze to wlasnie wtedy sa tam najwieksze tlumy a najlepszy czas na zwiedzanie tego miejsca to wczesne popoludnie, ktore wlasnie za pare godzin mialo nadejsc. Poniewaz w czasie tej krotkiej rozmowy zdazyl wzbudzic moja sympatie i zaufanie, po namyśle stwierdziłam ze sie zgadzam. Pozostawała kwestia ceny. Ben, bo tak mial na imię moj znajomy, zaproponował „po znajomosci” 11 dolarow, ktore po chwili zgodzil sie zaokraglic do 10. Niemało, ale wiedziałam ze tuktuk do tego miejsca brany w pojedynke wyniósłby mnie jeszcze wiecej. Umowilismy sie na trzynastą w tym samym miejscu. W miedzyczasie udalam sie do Ta Nei, od którego zaczynał sie ten wpis a gdzie spedzilam całe trzy godziny pisząc i delektujac sie otoczeniem. W ciagu tych trzech godzin pojawiło sie na terenie Ta Nei moze z dziesięcioro zwiedzających, ktorzy za kazdym razem spostrzegajac mnie posrodku jednego z dziedzińcow, z uroczo przepraszajacymi usmiechami sciszali glosy i starali sie nie przeszkadzac. Ot, taki dobry gatunek turysty taktownego i grzecznego az rozczulajaco. Jeden z przewodników, wynajmowanych przez zwiedzające Ta Nei pary, trójki lub pojedyncze osoby, stwierdził ze jest tu pusto bo przeciez „nie ma tu nic ciekawego” i dlatego nawet nie ma tu strażników („not much to see here, no guards”). Oj, jak to dobrze ze tak wszyscy sądzicie, jak to dobrze.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s