Siem Reap, Angkor (2)

Siedzę wiec tam i siedzę, pisze i kiedy nikt nie patrzy podjadam mango i ciasteczka które przywiozlam ze sobą z miasta. W koncu robi sie juz późno i ruszam z powrotem do niedalekiej Ta Keo gdzie czeka juz na mnie Ben. W pierwszej chwili nie rozpoznaję go – rozmawiałam z nim patrzac pod ostre słońce i nie zdołałam uchwycić rysow twarzy. Nie obraza sie jednak, stwierdzając ze pewnie dla mnie wszyscy ludzie z Kambodży wyglądają podobnie i tak samo dla niego z kolei i innych Khmerow ludzie z Zachodu sa nieraz trudni do rozroznienia. Wskakuje na jego skuter i odjezdzamy.

Powalona kolumna przed wejsciem do ruin swiatyni Ta Nei.

Po drodze dowiaduje sie wielu rzeczy z zycia Bena i im dłużej słucham tym gorzej sie czuje. Pochodzi z jednej z wiosek położonych na terenie Angkoru, z bardzo ubogiej rodziny, w ktorej jest najstarszym synem (ma dwie siostry z ktorych młodsza ma 17 lat i jeszcze sie uczy a starsza wyszła za mąż i mieszka w Phnom Pehn i kilka lat mlodszego brata, ktory pracuje w Angkorze jako uliczny sprzedawca). Przez 10 lat pracy w Ta Keo codziennie od 6:30 do 17, Ben dostaje miesięcznie taka sama pensje – 25 dolarow, ktore musi przeznaczyć nie tylko na swoje potrzeby ale jeszcze na pomoc rodzicom i młodszej siostrze. Skuter ktorym jedziemy jest pożyczony od wuja, taki skuter to nawet ze 2 tysiące dolarow, droga sprawa. Czasem Ben musi zwolnić sie z pracy (znajdujac kogos na zastepstwo) tak by pomoc rodzicom przy zniwach jednego z ich małych poletek ryzowych (po 100 mkw), ktore obrabiaja tylko na wlasne potrzeby bo za mało go zeby bylo czym handlować. Oczywista rzecz ze obrabiaja je recznie. Angielskiego Ben nauczył sie w prywatnej szkole za ktora płaci sie 10 dolarow miesięcznie. Chodzi tam od roku – z poczatku bylo bardzo trudno ale był zdeterminowany i w koncu nauczył sie na tyle by moc swobodnie rozmawiać. Nie mogłam wyjść z podziwu ze do osiągnięcia jego poziomu wystarczył tylko rok – miał bogate słownictwo i nie mieliśmy zadnych problemów z porozumieniem. Czas na naukę znajdował wieczorami, po pracy. Próbowałam sobie to jakos poukładać w głowie – przeciez to niemożliwe zeby te śmieszne 25 dolarow miesięcznie starczyły na życie, pomoc rodzinie i jeszcze na kurs językowy (w polskich warunkach niesamowicie tani ale tutaj jednak stanowiący prawie polowe miesięcznego dochodu). Wspominał cos o lunchu jaki jadł w pracy wywnioskowalam wiec że przynajmniej jego wyżywienie organizowane jest przez pracodawcę. Ale tak czy owak… Jak mozna płacić komuś 75 złotych na miesiac? Oczywiscie, ceny w Kambodży sa niższe niz u nas, ale nie az tak niskie. Rzecz jasna przypadek Bena nie jest osamotniony, w tak trudnej sytuacji znajduje sie jak mi powiedział jakies 80% społeczeństwa. Po tej rozmowie wiele zrozumiałam i inaczej zaczęłam patrzyc na te wszystkie zdesperowane, irytujace sprzedawczynie, na tych nachalnych kierowców tuktukow. Nie mogłam ich polubic, to byłoby ponad moje siły, ale mogłam przynajmniej zaczac rozumieć i współczuć.

Bambusowe pojemniki na wode palmowa i radosne usmiechy khmerskich dzieci.

Drabinka na szczyt palmy.

Wracając do Angkoru wstapilismy do wioski Bena gdzie poznałam czesc jego rodziny – siostrę, ciotkę, dwie male, urocze dziewczynki bedace corkami kogos z krewnych. Wiedzie do tego miejsca boczna polna droga z czerwonej khmerskiej ziemi ktora w deszczowe dni zamienia sie w blotnista slizgawke. Tym razem na szczęście było sucho choc i tak wyboje i kamienie gwarantowały wiele emocji. W gospodarstwie rodzicow mojego kierowcy miałam okazje podejrzec procedurę zbierania słodkiej „wody palmowej”, substancji po wygotowaniu ktorej uzyskuje sie specyficzny rodzaj gestego, kleistego cukru. Trzeba wspiac sie po prowizorycznej drabince na sam szczyt palmy a potem miedzy palmami przechodzić po zamocowanym tam na gorze bambusowym kiju zbierając wodę do pojemnikow z wydrazonych lodyg bambusa – raz wiecej, raz mniej, czasem wcale. Niebezpieczna i nieszczegolnie dochodowa z tego praca. Ciotka Bena patrzac na mnie zaśmiala sie ze mam khmerski kolor skory. Pytala czy nie jestem glodna i juz juz, zaganiala dzieci do przygotowywania czegos ale na szczescie udalo mi sie ja powstrzymac pokazujac ze jestem bardzo najedzona i serdecznie dziekuje. Ben tlumaczyl mi wszystko co jego ciotka mowila po khmersku. W Kambodży, w miastach takich jak Siem Reap prawie wszyscy mowia po angielsku bo glownym zrodlem zarobowania sa turysci wiec jesli ktos nie mowi to znaczy ze pochodzi z jakiejś prawdziwie zapadlej wioski, ktorej nigdy nie ma potrzeby opuszczać. Ciotka Bena miała pewnie jakies 50 lat, wyglądała na ponad 20 wiecej, nigdy w życiu nie jechała na rowerze, nie wspominajac juz o motorach, nawet jako pasazerka. Spędziliśmy w gospodarstwie jakies 20 minut. Chaty na palach, podwórko na ktorym tlucze sie ryzowe klosy, palmy dające cień i palmowa wodę a w tle zielone pola ryżu. Zapłaciłam Benowi wiecej niz sie umowilismy na poczatku. Dla mnie te 30 złotych różnicy to jeden dzien stolowania sie w „zachodnich”, turystycznych knajpkach lub cztery fruitshake’i w „burzujskim” miejscu z podwieszanymi materacami zamiast lokalnych straganow na ktorych goracy posilek z ryzem i miesem kosztuje gora 3 złote, dla niego to połowa miesięcznego dochodu, jakkolwiek trudno w to uwierzyc.

Jesli chodzi o Banteay Srei to musze przyznać ze było to miejsce przepiękne, jedno z najładniejszych jakie widzialam w Angkorze i mówię to mimo faktu ze moj czas na zwiedzanie musiałam wykradac sobie z luki miedzy następującymi po sobie wycieczkami zorganizowanymi (Włosi i Chińczycy). Moj kierowca znow zapewniał ze rankami jest zawsze o wiele gorzej i nie majac podstaw by mu nie wierzyc, cieszylam sie tym co mam. Nieduzy kompleks dekorowanych misternymi plaskorzezbami swiatynek posadowionych jedna obok drugiej na skrawku ladu otoczony byl z czterech stron fosa w ktorej sie malowniczo odbijal. Dokola drzewa zrzucajace liście na jesień a wszystko to razem mimo niewielkiej skali w jakis sposob monumentalne i majestatyczne.

Zakakujace jest to jak podobne motywy dekoracyjne stosowano w sztuce Khmerow i antycznych Grekow i Rzymian. Chociaz moze nie powinno mnie to zaskakiwac.

Poprzedniego wieczora pożegnalysmy sie z Meryl (wyjechala do Phnom Pehn spotkac sie ze swoim chlopakiem z ktorym miala podrozowac dalej razem), tego wieczora z kolei wyjezdzala Theresa, w takim samym kierunku i w tym samym celu (chłopak znowu). Nazajutrz, 1. grudnia, zajelam sie wiec najpierw znalezieniem miejsca do ktorego moglabym sie przeniesc (nie bylo opcji placic tylko za lozko a placenie za caly pokoj byloby glupota). Hostel z basenem, w ktorym jeszcze wieczorem pytalam sie o wolne miejsca, rano okazal sie juz caly zajety. Po jakims czasie chodzenia od drzwi do drzwi gdzie ciagle okazywalo sie ze albo nie ma juz miejsc albo ceny horrendalnie drogie, udalo mi sie upolowac lozko w czteroosobowym pokoju w hostelu względnie niedaleko, za 2 dolary za noc. Co prawda standard był wybitnie niższy niz w poprzednim miejscu, jakos dziwnie smierdzialo i ogólnie wrazenie robiło to miejsce nieciekawe ale nie wybrzydzalam – pościel była czysta i za ta cenę nie miałam zamiaru oczekiwać czegoś wiecej. Skoro straciłam poranek, najlepsza czesc dnia, to jego resztę poswiecilam juz w calosci na odpoczynek i pisanie, nie bylo sensu jechac do Angkoru o tak poznej porze. Było jak zwykle słonecznie, ciepło i pisząc chlonelam w siebie te pogodę chcąc sie jej nalapac na zapas bo powoli rozpoczynało sie odliczanie do powrotu, zostaly mi juz tylko dwa tygodnie w Azji! W tym samym czasie w Polsce padał juz śnieg co trudno było sobie wyobrazić.

Drugiego grudnia znowu wczesna pobudka i ponieważ tym razem droga z hostelu do bramek biletowych zajmuje mi 10 a nie 20 minut a moj cel położony jest tez bliżej niz którykolwiek, docieram tam jeszcze w zupelnych ciemnościach. Phnom Bakheng to ruiny swiatyni na wzgórzu jeszcze przed murami i fosa otaczajacymi Angkor Thom. U stop wzgórza pojawiam sie za kwadrans szosta i pnę się w gore poprzez dżungle otaczającą ścieżkę z obu stron, z latarka na czole. Bez roweru, bo pedalowanie jak na razie idzie mi dobrze tylko po płaskim. Wokół nie ma zupełnie nikogo i troche nawet zaczynam sie bać ze na mnie napadnie jakas małpa wyskakujac ni z tego ni z owego i nawet nikt mi nie bedzie mogl przyjść z pomocą. (Obawy takie okazaly sie zreszta potem niebezpodstawne, malpy w Angkorze wystepuja i to w calkiem sporej liczbie. Nieduze, ale rozpieszczone przez dokarmiajacych je turystow potrafia byc agresywne.) Szlam wiec czujnie wsluchujac sie w kazdy szelest i z radością tym razem przyjmując ślady cywilizacji na mojej drodze takie jak drewniane tarasy widokowe z opisami co tez to ze sciezki na wzgórze widaćbo w jakis irracjonalny sposob ich obecnosc dzialala uspokajajaco. Droga na wzgórze szybkim tempem zajęła mi jakies dziesiec-piętnaście minut podczas ktorych nie spotkałam ani jednego człowieka. Wielkie było moje zdziwienie gdy sie okazało ze na szczycie sa juz spore ilości turystów, chyba ze dwadzieścia osob. Zachowywali sie cicho i spokojnie, ale byli, a przeciez nie po to z taka trwoga przemierzalam dzungle! ;) Przecenilam slepe podazanie ze wskazaniami Lonely Planet – czasami jesli napisza w nim ze dane miejsce jest idealne na zachod slonca, znajdzie sie tez grono ludzi ktorzy podobnie jak ja postanowi zobaczyc tam wschod. W tym gronie wylowilam tez dwoje Polaków, bardzo sympatyczna parka młodych stomatologów z południa kraju. Oczywiscie wszyscy ci ludzie dojechali na miejsce tuk-tukami i gromadnie wspinali na gore niedługo przede mną. Widok był rzeczywiscie wspaniały. Słońce wyłaniajace sie nad horyzontem mialo postać purpurowej kuli spowitej liliowymi chmurami a krajobraz jaki rozposcieral sie ze szczytu w tym delikatnym porannym świetle – pola ryzowe, palmy, lasy, Angkor Wat i inne swiatynie majaczace gdzies daleko – wszystko to wyglądało po prostu magicznie.

Umowiwszy sie z Polakami (Laura i Piotr) ze spotkamy sie wieczorem na piwie, ruszylam dalej w poszukiwaniu moich miejsc w Angkorze korzystając z tego ze nadal było względnie wcześnie. O 7:10 byłam juz na szczycie innej, niedaleko polozonej swiatyn-gory, Phimeanakas. W tym miejscu pierwszy raz spotkalam sie z zywym przykladem miejscowej religijnosci mijając sie z pochodem Khmerow ktorzy przyszli złożyć na szczycie ofiary z jedzenia i pachnących kadzidel i gdy zjawilam sie na dole, schodzili wlasnie gesiego wąskimi, stromymi stopniami – mezczyzni, kobiety, dzieci. Nie mozna byłoby ich w zaden sposob pomylić z turystami. Odpowiadali przyjaznie na moj uśmiech i khmerskie pozdrowienie, widziałam ze troche sie dziwią mojej tam obecności o tej godzinie. I rzeczywiscie, spedzilam potem na szczycie Phimeanakas sporo czasu zupełnie sama, pisząc, jedzac sniadanie i wygrzewajac w słońcu.

Nowy owoc do mojej smakowej kolekcji, nie mam pojecia jak sie nazywa ale bardzo smaczny. Troche przypomina w smaku bardzo slodka i dojrzala gruszke.

Tradycyjna juz w moich angkorowych wojazach gotowana kukurydza kupiona poprzedniego dnia i pyszne ciastka z jednej z lokalnych cukierni.

O, tam sobie siedzialam. Zdjecie zrobil jeden z turystow ktorzy sie w koncu tam zaczeli pojawiac.

Bardzo duzo zakazow przed wejsciem do Phimeanakas, zlamalam tylko jeden, jadlam, ale dyskretnie i nie smiecilam.

Koło osmej w tym samym czasie co inni pojedynczy turysci, zjawila sie na gorze miejscowa babka-naciagaczka wciskajaca naiwnym trociczki ktore mieli za oplata dwóch dolarow wcisnac pomiedzy te ktore zlozyli lokalni. Obserwowalam ją przez pryzmat tej biedy ktora ją i jej podobnych zmusza do takiego zycia ale ciagle nie moglam wzbudzic w sobie wobec tej wiedzmy jakichs cieplejszych uczuc. Jej spiewka zaczynala sie zawsze od „where are you from?”, typowej zaczepki miejscowych na przelamanie lodow a dalej nastepowalo „you come to temple, you pray”. Mowila to z na tyle sugestywna, wyczekujaca mina, ze faktycznie co jakis czas ktos sie na to nabieral nie chcąc obrazić jej religijnych uczuć tym ze przychodzi do swiatyni a sie nie modli i babka tryumfalnie inkasowala za te wymuszone modly zielone banknoty.

Nastepnymi przystankami mojej trasy były ruiny dwóch niewielkich, zupełnie zapomnianych swiatyn – Banteai Prei i Prasat Prei a stamtad juz dalej pojechałam prosto i zatrzymujac sie tylko dla porobienia kilku zdjec niezwykle malowniczym polom ryzowym z palmami kolejny raz dokończylam „dużą pętlę”.

Moj niepozorny a wspanialy towarzysz podrozy po Angkorze, niezawodny rower za 1$ za dzien, bez przerzutek a jednak pozwalajacy wyprzedzac prawie wszystkie inne rowery na drodze, zaskakujaco wygodny.

Nad fosa Angkoru padlam, zwyczajem miejscowych, na okalajace jej brzegi kamienne płyty z zamiarem urządzenia tam sobie zasłużonego popasu. Wyjelam z koszyka roweru przechowane na te okoliczność wiktualy i rozkladalam sie wlasnie z nimi nad fosa gdy nagle wyrosła przede mna grupa małp. Zerwalam sie zaraz w Chinach jeszcze wyprobowanym sposobem robic hałas i odstraszać tych nieproszonych gosci ale małpy były cwane – nie zaatakowały mnie ale dorwaly sie do tego co zostawilam jeszcze w rowerze, wskakujac na niego i przewracajac. Widząc rwetes jaki robie wokół siebie, zatrzymało sie dwóch kierowców przejeżdżających akurat droga i jeden z nich rzucił mi sie do pomocy. Kiedy tego samego dnia wieczorem rozmawiałam z moimi znajomymi Polakami, usłyszałam ze Laura miała z małpami Angkoru gorsza historie – jedna z nich wdrapala jej sie nawet na głowę i szarpala za włosy!

Malpy nad fosa Angkoru. Zdjecie pstrykniete z roweru, w trakie jazdy (ucieczki?) przed liczaca kilkanascie osobnikow horda.

Wczesnym popołudniem jakoze byłam jeszcze pełna sił, wybrałam sie do oddalonej o 13 km od Siem Reap, poza terenem wlasciwego Angkoru, grupy swiatyn Rulous. Te 13 km pokonalam w pol godziny i w koncu udało mi sie porządnie zmeczyc. Swiatynie były ludne ale ciekawe i cieszylam sie ze tam dotarłam (także dlatego ze pozwoliło mi to doliczyć sobie 26 km do mojego dziennego dystansu). W jednej z nich strażnik, ktory strazniczym zwyczajem spytał sie mnie skad jestem, nie potrafil ukryc rozbawienia faktem ze był to dzien bez ani jednego turysty z USA ani z Wielkiej Brytanii. Nie wiem czemu az tak bardzo go to bawiło ale oddając mi bilet śmiał sie niemal do rozpuku. Spytawszy skad byli dzis w takim razie turysci dowiedziałam sie ze z Holandii, Danii i jakichś krajów ktorych nie zna. Polska zaliczyła sie do krajów ktorych nie zna jakkolwiek było to zaskakujące bo zwiedzając pózniej swiatynie zorientowalam sie ze w gronie tych nieznanych sa także Korea i Chiny. Zakładam ze Luksemburg zaliczylby sie wiec do krajów znanych.

Inwazja!

Wracając z Rulous Temples zatrzymalam sie na kolacje na uliczne jedzenie z jednego ze stoisk w dzielnicy w okolicy w ktorej nie uświadczy sie żadnego turysty. W koncu udało mi sie załapać na prawdziwie lokalne jedzenie, za porcje pozywnej zupy z warzywami i mięsem i duża miskę ryżu zapłaciłam 1 dolara. Ciekawa jest tez procedura towarzysząca zamawianiu potraw. Ustawione na dworzu jeden obok drugiego stragany serwują dania z wielkich goracych metalowych kotlow z ktorych nakłada sie do siatek foliowych. Jedno tylko stoisko dysponuje kilkoma stolikami przy ktorych jada sie z misek ale to akurat stoisko nie oferuje niczego co by mi sie wydawało zdatne do jedzenia. Prosząc na pól-angielsko pol-na migi o to by mi pozwolono skorzystać z miski i stolika przyslugujacemu klientom tamtego stoiska mimo ze zamierzam jeść cos innego, okazalam sie bardzo ekstrawaganckim klientem i wzbudziłam niemała sensacje. W ogole wzbudzalam sensacje w sposob naturalny bo byłam tam w calej okolicy jedynym zagranicznym człowiekiem. Miskę wiec i miejsce siedzące dostałam, było smaczne i najadlam sie na tyle ze gdy przyszło spotkać sie z moimi Polakami, nie mogłam przełknąć nic poza kolejnym milkshakiem. Miło nam sie gadalo i zasiedzielismy sie do pozna. Nie chciałam juz robic sobie kolejnego odpoczynkowego dnia ale tez wiedziałam ze nie obudze sie odpowiednio wcześnie postanowiłam wiec nazajutrz wybrać sie do Beng Mealea, ruin swiatyni położonej jakies 60 km drogi od Siem Reap, kolejny raz angazujac w swoja wycieczke motocykl z kierowca, tym razem Savonem, kierowca tuktuka z dwóch pierwszych dni.


Wybor smakowitych lokalnych zup pakowanych z garnkow wprost do siatek foliowych.

Solidny goracy posilek za 3 zl.

Desery mleczne, w siatkach foliowych, a jakze. Jedna z takich siateczek porwala z koszyka mojego roweru malpa…

Rozne inne dziwne dania uchwycone w kadrze ktoregos z wieczorow w Siem Reap.

Widoczki z drogi powrotnej do Siem Reap, o zachodzie slonca.

Kolacja z Laura i Piotrem w ulicznej knajpce w centrum, ktora im polecilam.

O Beng Mealea czytałam ze trzeba sie tam czolgac niemal po stosach zwalonych kamiennych glazow i ze w okolicy jest jeszcze duzo min przeciwpiechotnych i nie wolno schodzić z udeptanych ścieżek. Brzmiało ciekawie i dziko. W jakis sposob spodziewałam sie ze niedużo ludzi tam trafia bo to wycieczka na pol dnia za ktora trzeba dopłacić kierowcy tuktuka a na dodatek jeszcze kupic osobny bilet, za 5 dolarow. W kwestii transportu – probowalam namowic Therese i Meryl, kiedy jeszcze zwiedzalysmy razem, na zlozenie sie na tuk-tuk ale nie chciały, pytałam tez Laure i Piotra ale przyjezdzajac do Azji na krotko mieli juz bardzo napiety grafik. Pytalam w hostelu ale znow nikt nie chcial i w efekcie musiałam jechac sama, wydając co prawda troche wiecej ale majac w świadomości fakt ze to miejsce do którego tak niewielu trafia. W ogole zreszta jesli chodzi o zwiedzanie postanowilam sobie juz dawno za duzo nie oszczedzac. Jasne, fajnie sie przechodzi przez plot albo obchodzi w jakis inny sposob kontrole straznikow ale gdy w gre wchodza miny przeciwpiechotne, te 5 dolarow mozna znieść. Swego czasu studiujac architekturę na Erasmusie w Rzymie mialam darmowe bilety wstepu do wszystkich panstwowych muzeow i galerii i ciagle jeszcze kwota jaka wydalabym tam na zwiedzanie tego wszystkiego co zwiedzalam byla kolosalnie wyzsza od sumy biletów jakie musiałam kupic w Azji. Pojechałam wiec motorem z Savonem, płacąc 20 dolarow ale za naprawde duzy dystans, zwlaszcza ze wynegocjowalam sobie jeszcze w tej cenie wycieczke do oddalonych wodospadow.

Po drodze, w ramach sniadania, zatrzymaliśmy sie na moja prośbe przy stoisku na ktorym sprzedawano lokalnym dopiero co usmazone, gorace slodkie buleczki z sezamem, po 500 riali (0,25$) sztuka, przepyszne. Droga do Beng Mealea zajęła nam jakies dwie godziny, ktore ciągnęły sie w nieskończoność w niewygodnej pozycji na siedzeniu pasażera, potem do wodospadow kolejne poltorej godziny bodajze i powrot, troche juz krótszy. Jechalismy dosc szybko omijajac po drodze wiele dziur, w inne z kolei wpadajac co bylo nieuniknione, czesto tez brnelismy gleboko w jakies straszne polne dukty po ktorych jazde mozna okreslic jako jedno wielkie podskakiwanie z zacisnietymi zebami i palcami wpitymi mocno w uchwyty dla pasazera. Uwage miałam cały czas natezona, nerwy napiete i meczyla mnie ta jazda chyba niewiele mniej niz Savona. Rzecz jasna oboje nie mieliśmy kaskow. Po drodze wymyślalam alternatywna opcje dla kogos kto chciałby zaoszczędzić – wybrać sie rowerem, z noclegiem na miejscu w jakimś lokalnym domostwie płacąc oczywiscie symbolicznie za kawałek podłogi do spania. Mysle ze kondycyjnie byłabym w stanie to zrobic juz teraz a jednak zdecydowałam sie na opcje mniej ekstremalna, także z racji tego ze trasa nie była wcale taka prosta i oznaczenia bardzo mizerne.

Tak jak sie to czesto zdarza, to co mi sie podobało najbardziej było zupełnie nieoczekiwane. Obiecywałam sobie wspaniale wrażenia z Beng Mealea a tymczasem o wiele wspanialszym miejscem okazały sie wodospady co do ktorych nie mialam zadnych oczekiwań i wynegocjowalam jazdę tam tylko po to zeby jakos zapełnić ten dzien. Ale po kolei.

Beng Mealea było tłoczne. Dotknęło mnie to jak osobista zniewaga jakoze moje przewidywania zakladaly całkiem co innego i nieczesto zdarza mi sie tak mylić. To prawda, trzeba bylo przechodzić po wysokich stosach zwalonych glazow pietrzacych sie w korytarzach ruin i było to całkiem ciekawe doświadczenie ale nie dosc ze nie byłam sama to jeszcze sfrajerzylam sie pozwalając sie prowadzić jednemu ze straznikow, samozwanczemu przewodnikowi. Gdy teraz o tym mysle, nie wiem nawet czy mogłam tego uniknąć bo turysta indywidualny na tle grupowych wycieczek byl w Beng Mealea zjawiskiem niezwyklym i byc moze takie wlasnie rzadzily tam dla niego zasady. Wszystkich ktorzy poruszać sie chcieli po ruinach na własna rękę, przechwytywali wiec strażnicy bez większych ceregieli i pytania o zgodę na bycie przewodnikami zaczynając isc tuz przed nimi i pokazywać droge. Z racji tych min dokola i tego ze ruiny należały do innego „właściciela” niz Angkor a wiec inaczej tam musialo byc wszystko zorganizowane, stwierdziłam bezmyślnie ze tak tam po prostu jest i ze mam te „usługę” w cenie. Usługa była zreszta wykonywana w sposob niezwykle irytujący. O tyle o ile mogłam znieść ze ktos pokazuje mi na ktorym kamieniu stanąć tak żebym nie daj Boże nie skrecila sobie kostki wybierając jakis felerny, to juz pokazywanie mi co dwie sekundy kadru jaki powinnam zlapac aparatem i to rzecz jasna za kazdym razem kadru szalenie nudnego i sztampowego, po jakimś czasie zaczęło mi ostro działać na nerwy. Na poczatku probowalam robic te zdjecia z grzecznosci a potem zorientowalam sie ze sa paskudne i dałam sobie spokój. Kiedy to ja zatrzymywalam sie tam gdzie sama chciałam zrobic zdjecie, patrzył na mnie z wyczekujacym politowaniem, niecierpliwiac sie ta moja ekstrawagancją. Jeszcze jedno co potrafil moj przewodnik to powtarzanie „mind your head lady”. Na koniec, gdy podziękowałam mu i myslalam ze sobie pójdzie, zostałam poproszona o „tip”. Wbrew sobie i z wielka niechęcią, dałam mu 1$ myśląc o tej biedzie w Kambodży i o tym ze place frycowe za swoja głupotę – na drugi raz bede wiedziec ze na samym poczatku trzeba mówić ze sie przewodnika nie chce. Rzeczywiscie, przy wodospadach miałam potem jeszcze raz podobna scenke i juz mi sie udało od niej obronić. Tam było to nawet jeszcze głusze bo juz na terenie parku nie bylam pewna w ktora strone powinnam pojsc i pytałam tylko jednego ze straznikow o kierunek ktory mogl machnąć mi ręką, a ten zaczął wymyślać ze pójdzie ze mna i mi pokaże. Od razu zarzeklam sie ze nie mam pieniędzy i rzecz jasna nie było juz mowy o prowadzeniu mnie do właściwego miejsca (ktore swoja droga było tuż obok). Ot, bieda biedą a cwaniactwo cwaniactwem.

Do wodospadow chciał ze mna iść Savon ktory chwile wczesniej, kiedysmy zatrzymali sie na przydroznym straganie na zupę z makaronem ryzowym, stwierdził najpierw ze sie o mnie martwi ze podrozuje tak sama a potem ze sie we mnie zakochał. Na szczęście udało mi sie go powstrzymać bo po pierwsze nie miałam najmniejszej ochoty zeby ktokolwiek ze mna szedł, po drugie szczegolnie nie miałam ochoty zeby szedł ze mna „zakochany” Savon, po trzecie byłam pewna ze mimo gorących uczuć jakie do mnie zaczął ni z tego ni z owego żywić, wiązałoby sie jego towarzystwo z dodatkowa opłata. Szlam wiec sobie wyciętą w dżungli ścieżką pnąc sie w górę pomiędzy kolosalnymi glazami ktore sie czesto mijalo po drodze, po plataninie korzeni, przeskakakujac przez plozace sie na ziemi malowniczo liany co jakis czas mijajac pojedynczych turystów i małe ich grupki ale ogólnie rzecz biorąc, przez większosc czasu sama. Ścieżka prowadziła do górskiego strumienia pod ktorego przejrzystą, wartko plynaca ku wodospadowi wodą rysowaly sie kilkusetletnie plaskorzezbione przez dawnych Khmerow wspaniałe wzory i sceny z legend i wierzen. Schodzilo sie dalej z biegiem strumienia odkrywajac coraz to nowe niesamowitosci – przed wodospadem, u jego podnóża, na skałach ktore czas poprzemieszczal, mnóstwo doskonale zachowanych śladów tych ktorzy tak dawno temu uznali to miejsce za święte. A mi się wyczerpała bateria w aparacie! Widać tak miało być. Zdążyłam jeszcze wczesniej zrobic kilka zdjec ale potem juz nastawiłam sie na odbiór a nie rejestrowanie. I tak było dobrze.

Nastepny dzien, 4. grudnia, po tym jak wytluklam sie na motorze, musiał juz byc odpoczynkowy. Mialam do wykorzystania jeszcze tylko jeden dzien z siedmiodniowego biletu do Angkoru (choc do Beng Mealea obowiazywaly inne bilety to wodospady „zjadly” mi jeden dzien ważności tamtego) i wiedzialam ze musze miec sile na to by przezyc go tak jak chciałam – pedalujac od świtu do zmierzchu. Znow udało mi sie troche popisac ale jak zwykle nie dotarłam do czasu teraźniejszego. Było przyjemnie i leniwie.

5. grudnia nadszedł w koncu czas na ostatni dzien w Angkorze. Wyjechawszy spod hostelu o 5, przy bramkach biletowych zjawilam sie o 5:10. Tego dnia wszyscy kontrolerzy, zaczynajac od tych pierwszych, bardzo dokladnie liczyli dziurki oznaczajace dni ktore juz ze swojego biletu wykorzystalam wyraźnie zafascynowani tym ze ich tak wiele po czym uroczyście i z nutka podziwu w glosie informowali mnie ze to juz ostatni dzien. Tak tak, czułam tę presję i odpowiedzialnosc by go wykorzystac najlepiej jak to mozliwe. I mialam dylemat. Jadac od strony glownego wejscia w pewnym momencie dociera sie do fosy Angkoru i ma sie wybor – skrecic w lewo razem ze wszystkimi, ktorzy zdążają zobaczyc swit nad Angkor Watem albo w prawo, gdzie nie jedzie nikt. Droga na lewo po ominięciu mostu przez fosę na Angkorze wiedzie do kompleksu swiatyn Angkor Thom na którego terenie znajduje sie m.in. Baphuon i Bayon a dalej za fosą Angkor Thomu jedzie sie do Preah Kan, ktore to, zwiedzane kiedys z Meryl i Theresa zrobilo na mnie duze wrazenie i ktore w zwiazku z tym juz dawno temu obiecalam sobie zobaczyc ponownie o świcie. Problem z Preah Kan polegal na tym ze podobnie jak Ta Prohm byla to świątynia jednopoziomowa, niska, a wiec nie moglo byc mowy o widokach jak z Baphuon czy innych swiatyn-gor ktore tak sobie upodobalam na poranki. Z drugiej strony jesli chciałam byc tam sama, świt był jedyną opcją. Droga na prawo to zbiornik wodny Sra Srang i dalej Pre Rup, niezwykle malownicza świątynia-góra którą mijając wiele razy po drodze, zawsze ludną, obiecywalam sobie także ze musze tam kiedys wrócić sama. Pre Rup i Preah Kan położone sa od siebie na tyle daleko ze wiedziałam dobrze ze musze wybrać. Dojezdzajac do skrzyżowania i widząc sznur samochodów jadący w lewo i czarną, magiczną pustkę po prawej, wiedziałam juz dobrze co wybiorę. Było zupełnie ciemno, jechalam przez dżunglę i przez dobre pol godziny wyjechało mi naprzeciwko moze z piec samochodów. Wyprzedziły mnie tez dwa tuktuki. Podobnie jak przy podejsciu do Phnom Bakheng, cieszylam sie widzac slady cywilizacji i wypatrywalam swiatel tuktukow i samochodow bo przynosily mysl o tym ze w razie czego moge liczyc na ich pomoc. Co mialoby byc tym czyms nie wiem, racjonalnie rzscz biorac pewnie nic mi nie grozilo, malpy nie rzucilyby sie przeciez na rower pedzacy prawie 30 km/ha a to bylo „tylko” pol godziny jazdy. Tak sobie o tym mysle teraz ale inaczej to wygladalo tam, ciemnosc i dzungla robily swoje i jadąc jednoczesnie napawalam sie tym uczuciem z zachwytem i zastanawialam co ja w ogole najlepszego wyczyniam.

A jednak kolejny raz okazało sie ze wiecej ludzi miewa dobre pomysły w kwestii miejsc na wschody slonca. Na szczycie Pre Rup spotkałam czworkę mlodych Malezyjczykow i Malezyjek ktorzy jak sie okazalo przyjechali na miejsce jednym z tuktukow (jakos tak łudziłam się ze oba pojadą gdzie indziej). Byli sympatyczni ale oczywiscie to juz nie było to samo. Sam wschód był jednak rzeczywiscie przepiękny i jestem pewna ze przy odrobinie szczescia mozna łatwo załapać sie na oglądanie go w samotności, to tylko mnie tym razem odrobinę go zabrakło. Przy wyjściu z Pre Rup, nieco przed siódmą, kontrola biletów. Tu znow wskazówka – kontrolerzy poszczegolnych swiatyn, z wyjatkiem Angkor Wat, zaczynaja prace o 6:30. (Ci przy bramkach wjazdowych i kasach zaczynaja na pewno grubo przed 5). I znow zdziwienie ze jestem tu juz tydzień.

Zaczawszy w Pre Rup, konsekwentnie podążam w odwrotną niż wiekszosc turystow stronę po duzej pętli, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Nastepny przystanek – Eastern Mebon (Wschodni Mebon). Zero tuktukow przed wejściem, jestem tam sama. To także świątynia-góra ale juz o wiele niższa i tym samym mniej spektakularna od Pre Rup. Dalej – Ta Som gdzie oprócz mnie sa tylko dwie osoby (para, przyjechali na rowerach gorskich) a godzina juz pozna, ósma (?). Przed wejsciem do Ta Som pozdrawiam khmerskim „dzien dobry” („suesdai”), którego nauczył mnie pare dni wczesniej Ben, dziewczynę z grupy zamiatajacych liscie z drogi. Odpowiada mi na to radosnie zaskoczona jakąś długą khmerską wypowiedzią, ktorej niestety nie jestem w stanie pojąć. Gdy orientuje sie w tym, przechodzimy na angielski i tu kolejny raz mam okazje zadumac sie nad tym jak powszechna jest w Kambodzy wsrod najubozszych nawet ludzi znajomosc tego jezyka. Moja rozmowczyni ma 18 lat i z radością uczy mnie jak powiedziec po khmersku „how are you?”, „i’m fine” i życzyć milego dnia. Niestety skomplikowane to bardzo i w chwile pózniej zapominam.

Troche tloczno…

Na pomoscie wiodącym przez sztuczny zalew do kompleksu basenów Neak Pean jestem znow zupelnie sama i wpatrujac sie z zachwytem w idealnie symetryczny krajobraz z drzewami odbijajacymi sie w wodzie zajadam ciasteczka i kukurydzę. Magicznie. Dopiero po jakimś czasie zaczynaja schodzić sie ludzie, pierwsza dwójka na pomoscie to Polacy, poznaję po twarzach i okazuje sie ze mam rację. Kiedy opuszczam Neak Pean, zaczynaja schodzić sie pierwsi sprzedawcy pamiątek. Strażnik, kolejny ktory dziwi sie i przelicza dni z mojego biletu, kiwa głową zgadzając sie ze najlepsza pora dnia juz praktycznie za nami. Życzymy sobie mimo wszystko udanej jego reszty.

Kiedy w koncu docieram do Preah Khan rzecz jasna są tam juz przekupki, są tez i chińskie wycieczki grupowe. Wiedziałam ze tak bedzie i nie jestem zaskoczona. Tak czy owak Praeh Khan przepiękny (te misterne zdobienia!). Moze kiedys wrócę do Angkoru i wtedy wstane jeszcze wczesniej, specjalnie dla Preah Khan. Poki co uciekam stamtad tak szybko jak sie da. Wąska ścieżka wiedzie od wschodniego wejścia gdzies w las a strzalki na drewnianych tabliczkach informuja o jakims ogrodzie botanicznym do ktorego tamtedy mozna dojechac nie zastanawiajac sie wiec dluzej ruszam tamtedy.

Ogrodu nie zauważyłam, chyba ze bylo nim to przez co wiodla sciezka czyli tropikalne lasy i zarosla. Ścieżynka raczej niz sciezka, bardzo wąska, kreta i kamienista, pełna wybojow, tak ze czasem musze rower prowadzić zamiast na nim jechac a kiedy nawet jade na nim, cała zawartość koszyka podskakuje do gory wesoło grożąc wypadnieciem. Oznaczenia bardzo marne, po drodze mijam ze dwa skrzyżowania przy ktorych brak jakichkolwiek drogowskazow. Przez caly czas nikogo na drodze i kiedy w koncu trafiam na jakichś ludzi, cieszę sie ogromnie. Sami khmerscy faceci, siedzą w drewnianym domku bez ścian obok podwieszanego mostu nad jakimś kanałem. Pokazują mi zeby ten most przekroczyć i tak robie. Strzałki kierują mnie teraz do swiatyni Ta Nei. Trafiam na skrzyżowanie gdzie mozna jechac na wprost albo w lewo lub w prawo i nie ma zadnych strzałek. Wybieram droge w lewo co kończy sie po chwili wjechaniem twarzą prosto w ogromna pajeczyne. Jest to tak obrzydliwe ze w pierwszym odruchu krzycze ze wstretu na caly głos a potem szybo zdejmuje z siebie to swinstwo. Zawracam i wybieram ścieżkę na prawo, ktora okazuje sie byc właściwa. Z ta pajeczyna w efekcie całkiem niezle sie złożyło, pokazała mi droge… W Ta Nei znow cicho i pusto. Przypomina mi sie co mówili Polacy ktorych spotkałam ostatnio na wschodzie słońca – niektórzy kierowcy tuktukow w ogole nie zgadzają sie brac tam ludzi, mowia ze tam nikt nie trafia i nie mozna tam dojechać tuktukiem, a przeciez mozna, z rzadka ale ktos tam zajezdza. Jesli chodzi o Ta Nei, jest jeszcze cos o czym musze tu napisac – duża drewniana wiata z gankiem i duża liczba drewnianych ław do siedzenia, wyglada to jak prymitywna sala konferencyjna, jest opuszczone ale w dobrym stanie i idealnie nadawałoby sie do nocowania nawet bez namiotu. To tak na nastepny raz, wskazówka dla odważnych. Niedaleko stamtad jest domek miejscowych i mogliby sie przyczepić ale pewnie mozna ich zagadac tak ze sie zgodzą. Jeszcze nie jestem na tym etapie by sie na to samej zdecydować.

W Ta Nei spędzam znow ładne pare godzin wylegujac sie na słońcu na tarasie tej wlasnie drewnianej wiaty, pisząc, jedzac przechowane do tego czasu owoce i przysypiajac troche. Wypoczeta ruszam na zachód, w kierunku Angkor Thom, gdzie udaje mi sie zwiedzić swiatynke w ktorej jeszcze wczesniej nie byłam, Preah Paliley. Przed wejściem na jej teren wita mnie gromadka hałaśliwych sprzedawczyn owoców. Uświadamiam sobie ze to juz moje ostatnie chwile w Angkorze i musze uwiecznic te irytujące odgłosy bo tego nie da sie oddać słowami, to trzeba usłyszeć. Niestety udaje mi sie zrobic tylko jedno, bardzo slabej jakosci nagranie po czym wyładowuje mi sie bateria w komórce. „Lejdi łotermeloon, bananaaa, pajnepyl lejdiii, ju baj okeeej?! Lejdiii, lejdiii!”. Okropne zaśpiewy, odrazajaca natarczywosc.

W Preah Paliley spotykam sympatyczna młodą parę z Rosji. Nie przeszkadzamy sobie wzajemnie. Świątynia malutka i imponująco rozsadzana przez piec wielkich drzew. Drzewa te, mimo że ściete w połowie wysokości pnia, odrastają dziesiątkami nowych konarów i zielenią się świeżymi listkami. W pojedynku natury z człowiekiem, kolejny raz wygrywa ta pierwsza.

Planuję zachód słońca spędzić w Angkor Wat – Laura i Piotr mówili ze wbrew pozorom wieczorem niewielu tam ludzi a nawet opowiadali kusząca historie jak to chwilę po zachodzie słońca zostali tam zupełnie sami przepedzeni w koncu przez strażników. Brzmiało to dobrze więc postanowiłam spróbować. Po drodze zatrzymalam sie dla malpiej sesji zdjęciowej. Gapilam sie dobry kwadrans na te zwinne zwierzeta okupujące jeden z motocyklow, dokarmiane przez miejscowych, przebiegajace tuż przed kołami tuktukow. Gapiacych się wraz ze mną było wiecej, przeważnie miejscowi bo turysci nie mieli czasu na takie głupoty, mieli przeciez napięty grafik.

Khmerska dziewczynka przegladajaca sie w lusterku dopiero co porysowanym przez malpy.

Angkor Wat zwiedzam tym razem wnikliwie, nie to co z dziewczynami swego czasu, kiedy to nawet swiadomie staralam sie nie zobaczyc zbyt wiele wiedzac ze tam jeszcze wrócę. I rzeczywiscie, nie moge odmówić piękna tym wszystkim misternym plaskorzezbom, ktore stanowia o wielkości tego miejscs w rownym stopniu co jego fizyczne wymiary. Zwiewne „apsary”, tancerki-boginie, w najróżniejszych koafiurach, z ich subtelnymi usmiechami, wyrafinowanymi ulozeniami rąk, ksztaltnymi piersiami i migdalowymi oczami. Rzesze walczących ze sobą legendarnych wojsk, parady na sloniach, przedstawienia nieba i piekła… Przebogaty świat symboli i znaczeń, setki wykutych w kamieniach twarzy patrzace na mnie obojętnie – nie ja pierwsza i nie ostatnia podziwiam je i tak jak poprzedni odejdę a one będą trwać. Dłużej, choc przeciez także nie wiecznie.

W Angkorze załapuję się nie tylko na zachód słońca ale i na przygotowania do obchodów 20-lecia wpisania tego miejsca na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Z tej okazji po dziedzińcu krzataja sie przygotowując galę setki ludzi w tym dziesiatki żywych „apsar”, wystrojonych w bajecznie kolorowe kostiumy bosonogich, khmerskich dziewcząt. Proszone przez turystów o zdjecia z nimi, zgadzają sie z uśmiechem lekkiego zawstydzenia. Są śliczne. Pełne wdzięku archetypiczne apsary od ktorych nie mozna oderwać wzroku. W tle próby skrzypków przygotowujących sie najwyrazniej do swojego występu. Zamiast jakiejś khmerskiej muzyki grają muzykę filmową (z „Piratow z Karaibow” chociażby) i kilka klasycznych, ogólnie znanych i cenionych utworów. Grają bardzo dobrze, przynajmniej dla mojego amatorskiego ucha i sporo czasu spędzam w pograzajacej sie w szarosciach swiatyni słuchając ich i patrzac na nich. Podobnie do mnie zasluchuje sie kilkoro innych turystów i w przerwach miedzy utworami bijemy muzykom brawa. Odchodze jako ostatnia machajac im na pożegnanie, żegnana szerokimi usmiechami.

Jedna z bram na dziedziniec Angkoru wyglada jak wejscie do ekskluzywnego nocnego klubu. Fetujemy okragla rocznice na liscie UNESCO!

Na koniec jeszcze pare słów w kwestii kontroli biletów. Dwa dni przed końcem ważności biletu z ciekawosci i dla oszczedzenia czasu nie podjechalam do stanowiska kontroli przy wjezdzie na teren Angkoru (droga do Angkoru wiedzie na wprost z Siem Reap a do kontroli lub kupna biletu odbija sie troche w bok robiac mala petle). Niestety, straz zorganizowana jest lepiej niz mi sie wydawalo – zauwazyli mnie, dali znać o tym miedzy sobą przez pagery i skontrolowali gdy minelam juz Angkor Wat. To jednak tylko ta glowna, oficjalna droga, ktora jechalam idac na latwizne, do tego z włączona latarka i w odblaskowej kamizelce – nie mogli mnie nie zauważyć. Druga, równoległa do tamtej droga biegnie na lewo od tamtej patrzac od strony Siem Reap i choc nie wyprobowanym jej z rana, jestem praktycznie pewna ze nikt tam nie kontroluje biletów. Pisałam tu o tym ze na terenie Angkoru wolno przebywać bez biletu – ta informacja bazuje na instrukcjach sprzed toalet do ktorych wchodząc trzeba płacić jesli sie biletu nie posiada. Gdyby niemożliwy był pobyt na tym terenie bez biletu, przeciez by nie ustanowili specjalnej opłaty dla tych ktorzy go nie maja. Od Bena wiem ze za pierwsze przyłapanie na braku biletu dostaje sie tylko upomnienie po ktorym nakazują ten bilet kupic a po drugim, trzeba zapłacić cztero-pięciokrotnosc jego ceny. Zważywszy pensje strażników, zakładam ze są przekupni i pewnie mozna latwo sie od tej cztero-pieciokrotnosci wymigac. Rzecz jasna wszystko co tu pisze proszę stosować na własna odpowiedzialność, jako luźne wskazówki nie gwarantujące sukcesu.

Tyle wiec jesli chodzi o Angkor i moje jego eksplorowanie. Następnego dnia znalazłam sie juz w Tajlandii, majac okazje zaznać tam takiej gościnności poznanych „na stopa” ludzi z jaką sie jeszcze nigdy wczesniej nie spotkałam. Wspaniała tajska rodzinka „adoptowala” mnie na pare dni pod nowym imieniem bo mojego za nic nie potrafili wymowic i rozpieszczala niemozebnie. Ale to wszystko juz materiał na zupełnie inna historie :)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s