Bangkok

Na nastepny cel obralam sobie Bangkok majac w planie zostawic tam nadmiar bagażu i z malym plecakiem ruszyć dalej na wyspy na południu Tajlandii, chocby na Koh Tao słynącą z pieknych plaz i najtanszych kursów nurkowania na świecie. Z Siem Reap dzielilo mnie od stolicy Tajlandii dobre 8 godzin jazdy nie liczac czasu potrzebnego na przekroczenie granicy polozonej mniej wiecej posrodku. Po namysle stwierdzilam ze zeby nie ryzykowac utkwienia gdzies na kolejna noc w Kambodzy wezme autobus do granicy i stamtad dopiero sprobuje jazdy autostopem – o stopowaniu w Tajlandii slyszalam wiele dobrego. Różnica w cenie biletu wynosiła zaledwie 4$ (bilet Siem Reap-Bangkok kosztował 9) ale przeciez nie pieniądze byly tu najwazniejsze.

Granica Kambodzy z Tajlandia nie przypominala zadnej innej granicy ktorą dane mi bylo kiedykolwiek przekraczac w Azji. Nic sobie nie robiąc z podzialow administracyjnych zdawała sie przebiegać przez sam środek miasteczka, którego pulsujace chaotycznym, ozywionym handlem zycie przeplywalo swobodnie pasem gęsto zabudowanej „ziemi niczyjej” z jednej strony na drugą. Do punktów odprawy wizowej i kontroli paszportów zakamuflowanych w gęstej miejskiej tkance wiodły kierunkowskazy i nie bylo powodu zebym miala probowac jakiejs alterantywnej drogi ale na pierwszy rzut oka przedostanie sie przez tę granicę w inny sposob i bez urzędowych formalności było niezmiernie łatwe.

Odstawszy swoje w kolejce po pieczątkę wjazdową (tlum chetnych do tego byl ogromny), z darmową 15-dniową wizą w paszporcie znalazlam sie w koncu w Tajlandii gdzie na szczęście bez trudu udało mi sie znalezc bankomat. Kwestia ta była istotna bo w gotówce nie miałam juz ani jednego dolara. Moje gospodarowanie pieniedzmi w ostatnich dniach bylo nawet zabawne – mimo ze ewidentnie kończyła mi sie gotówka postanowiwszy sobie ze nie bede pobierać wiecej przed wyjazdem zeby nie zostac z nadmiarem waluty ktora bedzie trzeba potem wymieniać tracąc jeszcze raz na prowizji, obliczylam sobie dokładnie ile i na co potrzebuje i np. na bilet do Bangkoku za 9 dolarow kupowany poprzedniego dnia nawet gdybym chciała to mnie żadną miarą stać nie było. Tak czy owak bym go nie kupila ale swiadomosc ze tych dodatkowych 4 dolarow po prostu nie miałam, byla zabawna. Jadajac lokalne potrawy i nocujac w takim jak moj hostelu bez problemu mozna przezyc w Siem Reap za 4-5$ dziennie. Rzecz jasna za te same rzeczy miejscowi płaca pewnie jeszcze taniej co pozwala żyć ludziom takim jak Ben i inni kierowcy tuktukow. Walutę Tajlandii, baty, przelicza sie na złotówki bardzo łatwo, wystarczy odjąć jedno zero (10 batow to w przyblizeniu jedna złotówka). Ot, tyle jesli chodzi o informacje monetarne.

Zorientowawszy sie którędy biegnie glowna droga wyjazdowa z miasteczka ustawiłam sie tam z przygotowaną zawczasu tabliczką. Nie minęło pięć minut a podbiegl do mnie policjant w eleganckim mundurze i nienaganną angielszczyzną poprosił bym poszła za nim i że mi pomoże. Czytałam juz gdzies kiedys o policji pomagajacej autostopowiczom zatrzymywać samochody ale jeszcze nigdy sama sie z tym nie spotkałam. W zasadzie mijalo sie to z ideą autostopu – kierowca powinien zatrzymac sie z własnej woli a nie z respektu przed mundurowym. Tak czy owak nie mialam zamiaru sie sprzeczac z pomocnym panem policjantem i podazylam za nim ciekawa co z tego wyniknie. Jakies sto-dwieście metrów dalej przeszliśmy na druga strone ulicy gdzie stało juz czekajac jakby tylko na mnie duże, terenowe Isuzu. I wtedy do mnie dotarło cos co powinno było byc oczywiste od poczatku – w Tajlandii panuje ruch lewostronny i jesli ktos ma sie dla mnie zatrzymac to po lewej. Nieważne ze droga była jednokierunkowa przez co nie zauważyłam tego w pierwszej chwili. To auto najwyrazniej zatrzymało sie dla mnie samo, tylko kawałek dalej i po prawidlowej stronie a policjant rzucił sie mnie do niego podprowadzić i pomoc w dogadaniu z kierowca, ktory podobnie jak jego pasażerowie (zona i dwie corki) nie mówił ani słowa po angielsku. Dyskusja ktora wywiązała sie miedzy nimi a policjantem dotyczyła tego w jakiej dzielnicy Bangkoku mają mnie wysadzić i nie mogli nadziwic sie temu ze mi to obojetne, ze w samym miescie moge juz przemieszczac sie autobusami bo nie chce robic dodatkowych problemow. I ze jade do hostelu, czyli czegos takiego jak hotel tylko duzo tansze (nie znali tego słowa) ale nie wiem jeszcze do którego bo niczego nie zarezerwowalam co nie zmienia faktu ze na pewno bez trudu znajde cos na miejscu.

Tak jak pisałam moja tajska rodzinka nie mowila wcale po angielsku ale w jakis sposob, z niewielka pomocą translatora na komórce jednej z córek udało nam sie poznac i polubic. Dziewczyny były mniej wiecej w moim wieku, ich rodzice w wieku moich rodzicow. Przed nami doskonalej jakosci autostrada po ktorej mknelismy nawet jakies 120 km/h, w tle wakacyjne tajskie rytmy. Pierwszy raz od dawna widziałam takie ilości samochodów i tyle pasów na drodze, nie moglam sie tez znowu, tak jak w Hongkongu, przyzwyczaic do lewostronnego ruchu. Po lunchu na stacji benzynowej gdzie nie pozwolili mi za siebie zaplacic powrócił temat miejsca w ktorym maja mnie wysadzić i mimo zaangażowania w rozmowę mowiacej odrobinę po angielsku kuzynki do ktorej specjalnie z mojego powodu zadzwoniono, nadal nikt nic z tego co mówiłam nie rozumiał. W koncu kuzynka spytała czy zgadzam sie zatrzymac u niej w domu, przynajmniej na jedną noc skoro nie mam innych planow i ze zaden to problem i z radością mnie u siebie ugoszczą. Pojechac ze mna razem miała tam jedna z córek, ta ktora siedziała obok mnie, przesliczna 23-latka o przezwisku Ben. Przezwiska („nickname”), o wiele krótsze od normalnych imion, sa jak sie szybko zorientowalam bardzo w Tajlandii popularne i cała rodzinka dziwila sie ze ja takowego nie mam. Kuzynka Ben wołana była najdziwniejszym imieniem jakie dane mi było slyszec, byla to po prostu przeciagnieta zabawnie wysokim pod koniec jej wymawiania głosem samogloska „O”. Nie wiem nawet jak to zapisać ale najbliższe bedzie chyba „Ooo” i tak ją tu bede nazywać.

Ben w drodze do Bangkoku

Totez jak sie mialo wkrotce okazac, Ooo, w przeciwienstwie do rodziny mojego kierowcy mieszkała w centrum a nie na dalekich przedmiesciach dlatego tez zaproponowala mi zatrzymanie sie u siebie, bylo to tez zreszta logiczniejsze bo tylko ona z calej rodzinki mowila po angielsku. Bangkok był pierwszym prawdziwie dużym miastem na ktore natrafialam na swojej drodze od czasu chinskiego Kunmingu i po Laosie i Kambodzy ta jego wielkomiejskosc robiła niemałe wrazenie. Z tymi wszystkimi wielopoziomowymi skrzyzowaniami drog szybkiego ruchu, wiezowcami, z ruchem pieszych puszczonym korytarzami nad drogami w centrum, wielopasmowymi drogami i ogromnym na nich ruchem, przypominało to miasto nieco Hongkong lub Szanghaj. (Choc pewnie przesadzam grubo i po Siem Reap nawet Warszawa by mi przypominała takie miasta.)

Śniadanie z
Ooo i Ben w Bangkoku.

Dom moich gospodarzy mieścił sie w sąsiedztwie Targu Kwiatowego („Flower Market”) w kamienicy ktorej parter pełnił funkcje hurtowni sprowadzanych z Chin mandarynek, źródła zarobkowania rodziny. Mieszkanie znajdowało sie wysoko, na trzecim piętrze i składało z sypialni rodzicow wychodzącej na pokoj dzienny i jednoczesnie sypialnie Ooo w ktorym poscielono naszej trójce miejsca na materacach. Do tego ciemna kuchnia otwartej na klatkę schodową i łazienka w ktorej myło się w misce wodą nabieraną z duzego zbiornika bo prysznic jakos nie działał. Nie wiedziec czemu spodziewałam sie po rodzinie właścicielki lsniacego Isuzu, eleganckiego makijazu i wypielegnowanych paznokci jakiegoś luksusowego domostwa i odetchnelam z ulga czując sie w takim otoczeniu o wiele swobodnej.

O tych paznokciach i makijażu wspominam nie bez powodu, wkrótce przekonałam sie ze tego typu zadbanie znamienne jest dla Tajek, niezaleznie od wieku. Trzeba przyznać ze im w tym do twarzy i ze, ogólnie rzecz biorąc, potrafią robic to z klasą. Następnego dnia gdysmy sie z dziewczynami wybierały na sobotni spacer po mieście, porazilo mnie tez jak dziewczeco i wdziecznie sie ubieraja. Kwieciste sukienki lub zwiewne spódnice subtelnie podkreślaly ich egzotyczną urodę; wyglądały slicznie i nie bylo w ich aparycji zadnej przesady i tandety, śliczne zadbane dziewczyny, na ktorych tle rzecz jasna w moich męskich, znoszonych spodenkach z odpinanymi nogawkami i nieuprasowanej, niedopranej koszuli musialam wygladac jak jakas odrazajaca kreatura. Z jednej strony milo bylo na nie popatrzyc i nawet bez większego problemu akceptowalam swoja nabyta na prawach podrozniczych innosc a z drugiej uswiadomilam sobie ze to znak powolnego powrotu do „cywilizacji”, w ktorej bede musiala takze na nowo zaczac zwracać uwage na to co mam na sobie i tracić czas na takie bzdury jak dopasowanie kolorów i fasonow, ktore w naszym zimnym klimacie jest jeszcze bardziej irytujące z powodu nadmiaru warstw. No ale poki co mimo wyglądu troglodyty, najwyrazniej z racji mojego egzotycznego w tych stronach typu urody zostałam okrzyknięta bardzo piękną a moje imię, którego za nic moi gospodarze nie potrafili wymowic, zamienili mi zaraz na Natalie, imię ktore jak sie dowiedziałam nosić miała tegoroczna „Miss Universe”. I rzeczywiscie na te kilka dni w Bangkoku stałam sie Natalie, nauczyłam sie reagować gdy mnie tym imieniem wołano a wołano czesto i zawsze wiązało sie to z czymś przyjemnym, najczęściej nadającym sie do jedzenia. „Natalie, sprobuj koniecznie tego i tego i tylko mi sie tu nie kryguj i jedz śmiało bo widze ze Ci smakuje” – tak to mniej wiecej brzmialo, czesciowo po angielsku, czesciowo po tajsku uzupelniane mowa ciala. Rzecz jasna pochlaniajac to wszystko oddalalam sie od idealu sylwetki miss coraz bardziej ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Tom yum, pad thai, „sticky rise” z mango, przepyszne swieze ryby i krewetki a wszystko to podane z gamą sosow, ostrzejszych lub lagodniejszych i okraszone ogromnymi ilościami owoców, soków i przekąsek (kanom buang, chrupiace, swiezo usmazone slodkie „chipsy” z jakimś doskonałym gęstym kremem, pangee, przekaska z ryzu i kokosa i inne). I za nic ale to za nic nie pozwalano mi płacić mimo stanowczych nalegan.

Kanom buang z ulicznego straganu

W przerwach pomiędzy jedzeniem, zwiedzalismy, uczylismy sie nawzajem swoich jezykow (rodzina Ooo byla w zaskakujacy sposob ogromnie chetna do uczenia sie polskich slowek) i rozmawialiśmy duzo, rzecz jasna za pośrednictwem Ooo ktora była szczęśliwa mogąc ćwiczyć angielski (byłam jej pierwszym zagranicznym znajomym w życiu). Cała rodzina niezwykle była ciekawa mojego kraju i rodziny pokazywalam im wiec zdjecia z zeszlych swiat Bozego Narodzenia, Motlawe, moją kamienicę przysypaną śniegiem, ktory wlasnie spadł w Gdańsku a ktorego nigdy w zyciu nie widzieli, opowiadałam o tradycyjnych potrawach. Oglądaliśmy tez stare albumy ze zdjęciami z dzieciństwa Ooo, jej mamę w wieku kiedy została miss swojej dzielnicy, brata ktory został pilotem wojskowym, dziadkow i babcie mlodszych o ladne dwadziescia lat. Jakkolwiek wiele razy spotkałam sie w Azji z ogromem życzliwości i gościnności, nigdy wczesniej nie czułam sie jeszcze tak bardzo po „domowemu”, nigdy nie udało mi sie tak nagle, ni z tego ni z owego wsiaknac w rodzinne życie moich gospodarzy.

W sobote, wystrojone w białe, odswietne bluzeczki i ciemne spodnice Ooo i Ben i cala na bialo ubrana mama Ooo zabrały mnie na spacer po najslynniejszych swiatyniach miasta. Zwiedzanie z nimi miało zupełnie inny charakter niz wszystkie moje poprzednie wizyty w azjatyckich swiatyniach – przychodzily sie do nich modlić i składać datki, palić kadzidla przed świętymi posagami i dopełniac całej masy innych tradycyjnych rytualow a samo oglądanie wystroju było najmniej istotna czynnością. Nie bardzo wiedziałam jak sie w tej sytuacji odnaleźć – trzymalam sie wiec z tylu obserwując je tylko z ciekawoscia i uśmiechem.

Na pierwszy ogień poszła niewielka chińska świątynka sprzed wieku, Wat Gan La Ya Na Mit („Prawdziwych i dobrych przyjaciół”), potem kolejno Wat Arun („Świątynia świtu”) i Wat Phakeo, najsłynniejszy kompleks swiatynny w całej Tajlandii znajdujący sie na terenie Pałacu Królewskiego. Na teren Wat Arun i Pałacu udalo mi sie dostać bez biletów bo albo wchodzilysmy specjalnym wejsciem dla wiernych (Wat Arun) albo tak jakos sie mamie Ooo udalo zagadac straznika ze puscil mnie z nimi razem (Tajowie rzecz jasna biletow kupowac nie musza ani do swiatyn ani do Pałacu). W Wat Phakeo płacenia jednak nie udało sie ominąć i to placenia slono nawet jak na europejskie warunki, 500 batow (50 zl!) za osobe. Zadne znizki studenckie sie tutaj nie liczyly, 500 batow i tyle, nie ma zmiluj. Cale szczęście udało mi sie (po negocjacjach) zapłacić ten jeden przynajmniej wydatek z własnej kieszeni bo moj dług wdzięczności wobec rodziny Ooo był juz i tam wystarczająco wysoki.

Były to rzeczywiscie bardzo ciekawe miejsca, szczegolnie Wat Arun i Wat Phakeo. Dekorowane kolorowymi kawalkami ceramiki przypominającymi mniej lub bardziej potluczone, malowane w fantazyjne wzory talerze, kolorowymi szkielkami, lusterkami, zlocone i Bóg jeszcze wie w jaki sposob upiekszone mury, dziesiatki wybitnie stromych stopni po pokonaniu ktorych zostawało sie nagrodzonym widokiem panoramy miasta (Wat Arun) czy inne rozliczne wspaniałości oferowane przez Wat Phakeo, wszystko to bardzo mi sie podobało.

Ooo w Wat Phakeo

Ooo w Wat Phakeo

Mama Ooo okazała sie ogromną pasjonatką fotografowania swoim aparatem z rozowego iPhone’a i ustawiała nas na tle wszystkiego wszystkich razem i kazdego z osobna, z nią i bez niej, w takiej i innej pozie, co byloby bardzo irytujace gdyby chodzilo o kogos innego ale wzgledem rodziny Ooo zdazylam juz zaczac zywic na tyle przyjazne uczucia ze uznałam to za zabawne i slodkie.

Nastepnego dnia, w niedziele, tata Ooo zabrał naszą czwórkę na wycieczkę za miasto. W samochodzie uczylam wszystkich slowek takich jak „przepraszam”, „dziekuje” i „dzien dobry” co powtarzali z ogromnym wdziekiem. Ja sama rzecz jasna uczylam sie takze wersji tajskich roznie to jednak szlo z zapamietywaniem. Slowka ktore zapadły mi w pamięć głęboko to te, ktore sie powtarzalo niemal co chwila: „suei” – gdy cos lub ktos było piękne, „aloi” – gdy smakowalo nam jedzenie, „im” – gdy sie było pełnym, „mat ma” gdy jedna z tych rzeczy nadawała sie do tego by dodać przed nia wzmocnienie „bardzo” (czyli praktycznie za kazdym razem).

Zaczelismy dzien od przejscia sie po podmiejskim targu, bardzo popularnym wsród miejscowych bo jest tam taniej niz w samym Bangkoku i duży wybór wszystkiego. Rzecz jasna najistotniejszym towarem w moich oczach byly ogromne ilosci niesamowitych rodzajow jedzenia. Moi gospodarze czuli na każde moje zapatrzenie na cokolwiek starali sie zgadywac w lot czego tylko bym nie chciała kupic i zaraz mnie w tym uprzedzali dorzucajac jeszcze od siebie dodatkowo za kazdym razem po trzy inne rzeczy. Na nic sie zdawały moje protesty ze sama zapłacę, nie było w tej kwestii w ogole dyskusji. Jeszcze w domu mama Ooo przynosząc mi z poddasza moje suche, uprane dopiero co ubrania, dorzucila jeszcze od siebie nową i ladna koszulkę z flagą Tajlandii a na targu probowalam bardzo intensywnie powstrzymać ją przed kupieniem mi kolejnej, tym razem z napisem „I love Floating Market” ale Ooo wyperswadowala mi po chwili moich skazanych z gory na porażkę negocjacji ze to niegrzecznie i ze mam sie dłużej nie krygowac wiec dostalam i tę. Problem polegał na tym ze tej drugiej koszulki naprawde nie chciałam, z zasady nie kupuje nigdy koszulek z napisami tego rodzaju bo wydaje mi sie to bardzo pretensjonalne (poza tym Floating Market mialam tego dnia dopiero zobaczyc jak wiec mogłam juz wiedziec ze go kocham?) ale tego rzecz jasna żadną miarą nie mogłam powiedziec wprost… Mniejsza o to. Skoro dostalam to bede nosic, nawet jesli tylko po domu. Po obejsciu wszystkiego dokola i wylosowaniu przeze mnie losu na cos w rodzaju naszego „toto-lotka” (jak wygrają to przyjezdzaja zaraz do mnie zobaczyc snieg), zatrzymaliśmy sie na krolewskie sniadanie. Pad thai, krewetki, mango ze „sticky rise” i gory innych rzeczy okraszone przekąskami kupionymi na targu, owocami i nie wiadomo czym jeszcze a wszystko swieze i pyszne. Wspaniałości.

Kolejnym przystankiem był wlasnie „Floating Market”, „pływający rynek”. Byc moze kiedys było to miejsce rzeczywistej wymiany handlowej pomiedzy splawiajacymi sie kanalem łodziami lokalnych, teraz w łodziach widziało sie praktycznie wylacznie turystów a nabrzeze stanowilo ciąg stoisk z kiczowatymi pamiątkami. Rzecz jasna były zdjecia, jak wszedzie, szczególnie z komórki mamy Ooo i nie obyło sie tez bez pamiątek, choc naprawde nie miałam na nie ochoty ale znow – nie chcialam byc niegrzeczna. W momencie gdy została mi ni z tego ni z owego wcisnieta do torebki z innymi zupelnie artykulami arcykiczowata figurka z łódką pełną owoców i warzyw, poczułam ze sytuacja wymknela sie juz totalnie spod kontroli. W kazdym razie bez dwóch zdań, ryzyko ze tak wyposazona zapomnę kiedys Floating Market jest niewielkie. No i z całego serca doceniam dobre intencje.

Z Floating Market pojechaliśmy do jakiegoś parku-skansenu gdzie dolaczyla do nas cala gromadka innych krewnych, w tym rodzice Ben. Bilet tym razem postawiła mi jedna z cioc choc starałam sie jak zwykle zapłacić za siebie sama – nie dało rady. Na sporym terenie, wsród drzew, krzewów i sztucznych jeziorek posadowione zostało kilkanaście drewnianych domków na palach reprezentujących rożne regionalne style architektoniczne (ktore w gruncie rzeczy niewiele sie od siebie różniły). Przed wejściem do każdego domku trzeba było zdejmować buty co dało mi do myślenia w kwestii wyższości japonek posiadanych przez wszystkich nad zapinanymi na rzepy sandalami ktore nosilam ja. W srodku – woskowe figury lokalnych zajmujących sie tradycyjnymi czynnościami. Na terenie parku było tez muzeum po ktorym rownież chodziło sie boso (woskowe figury jakichś ważnych ludzi przy biurkach, zalatwiajacych ważne polityczne sprawy) i pieczara z woskowymi przedstawieniami wątków z tajskiej legendy, ktorej treść trudno mi było pojąć mimo dobrej woli i wysiłków Ooo.

Tak jak pisałam, w skansenie grono nasze rozroslo sie i to rozroslo niepomiernie, było nas juz ze dwanaście osob. Sesje zdjęciowe odbywały sie wiec juz nie z jednej a z kilku komorek/iPhonow/aparatow naprzemian i tylko moja lustrzanka pozostawala w stanie spoczynku bo nie widzialam sensu by ją w to jeszcze angażować. Musze przyznać uczciwie ze rodzinka Ooo realizowała moje najgorsze wizje na temat zwiedzających Azjatów – głośna, wieloosobowa grupa zwariowana na punkcie pozowanych zdjec, cos na zasadzie chińskiej wycieczki zorganizowanej w Angkorze. Z drugiej strony przeciez nie mogłam im tego miec za złe szczegolnie po tych wszystkich wspanialosciach z ich strony wiec podchodzilam do tego z humorem i wyrozumialoscią. Przewrotne zakończenie wyjazdu w czasie którego przez cały czas starałam sie unikać takich wlasnie wycieczek jak nasza.

Od lewej: Ben z siostrą i mamą i Ooo

W koncu doczekałam sie obiadu i oczywiscie nie zawiodłam się – dla takiego jedzenia moznaby zwiedzic z nimi i ze trzy skanseny. Zajechalismy do knajpki ze stolikami ustawionymi na pomoscie nad stawem w ktorym hodowano ryby bedace specjalnością tego miejsca. Nie mam pojecia co to za gatunek, nigdy wczesniej takiego nie widzialam – olbrzymie drapiezne ryby z garbami na głowach. Patrzyly na nas przerażająco wybaluszonymi oczami gromadząc sie stadnie przy samej balustradce (nieglupie, wiedziały ze dostaną resztki). Potraw było bez liku a wszystkie wyborne i wszystkiego mi sami co chwila dokladali na talerz, kochani.

Po obiedzie dostałam do wyboru wycieczke do „ogrodu babci” albo jakąś kolejną swiatynię i rzecz jasna wybrałam babcię rada kontynuować poznawanie rodziny. Ogrod okazał sie niedużą plantacją papai, mango i winogron ktorymi dziadkowie handlują, bardzo malownicze pola egzotycznych drzewek. Tym razem i ja siegnelam po aparat i ustawiłam sie pod drzewem ktore obrodzilo papajami bo nie mozna sie im było oprzeć. Nastepny w kolejce był sklep spożywczy wujostwa Ooo gdzie próbowano zaprosić nas na kolejny obiad ale na szczęście skończyło sie na deserze bo trudno byłoby wcisnąć w siebie cos jeszcze. Na koniec wpadliśmy na chwilę do domu Ben i jej rodzicow w ktorym jej mama obdarowala mnie bogato dekorowanym szalem, jeszcze w fabrycznej folii. Miałam tez okazje zobaczyc zdjecia jej corki sprzed paru lat – trudno w to uwierzyc ale byla kiedys dziewczeciem mowiac delikatnie puszystym, niewiarygodnie wyszczuplala i wypiekniala od tego czasu, nie do poznania!

Spacerek po plantacji dziadków Ooo.

W sklepie wujostwa Ooo.

W czasie mojego pobytu u Ooo dyskutowalismy wszyscy nad moimi planami względem południowych wysp. Okazało sie ze na poludniu maja teraz powódź (w telewizji nadawali czesto dramatyczne migawki stamtad) i Ooo z rodzicami doradzila mi jako alternatywę wybrać sie na wyspę Koh Larn na ktora dopływa sie z miejscowosci Pattaya ledwie jakies poltorej godziny drogi od Bangkoku. Bilet autobusowy kosztowal tylko 3 dolary ktorych zreszta i tak je dane mi było zapłacić – Ooo zajęła sie wszystkim zanim zdążyłam sie zorientować co i jak wręczania mi juz moj bilet, pokazywała do którego autobusu wsiąść i zyczyla wspaniałej podróży. Ruszylam wiec do Pattay’i ufajac Ooo i nawet nie robiąc rozeznania w tym dokad właściwie jadę. Na drogę dostalam ogromne ilosci mandarynek, bananow i innych owocow ktorych starczylo mi jeszcze na dlugo. O tym co było dalej, juz wkrótce, zdjecia mam nadzieje także :)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s