Koh Larn, Pattaya

Wysepkę Koh Larn od Bangkoku dzieli dystans zaledwie półtorej godziny drogi minibusem i pół godziny promem toteż spodziewałam się ze mogę tam natrafić na tłumy. Ooo wyrażała się jednak o tym miejscu na tyle entuzjastycznie, zapewniając mnie ze mogę tam tez znaleźć plaże ciche i spokojne, ze woda piękna i ze nie stracę dużo czasu na dojazd, ze dałam się przekonać. Jak zwykle nie zrobiłam żadnego rozeznania w temacie ufając Ooo w kwestiach ogólnych a szczegóły zawierzając swojemu podróżniczemu szczęściu. Ledwo wysiadłam z promu, odkryłam z niemałym zdziwieniem ze znalazłam się ni stąd ni zowąd w rosyjskiej enklawie. Knajpki, bungalowy, hotele, każdy uliczny stragan, tablice informujące o godzinach kursowania promów albo opłatach za wypożyczenie leżaka, wszystko i wszędzie biło w oczy cyrylicą. Obnośni sprzedawcy lepiej zdaje się znali rosyjski od angielskiego i wołania takie jak „kukurudza, dwatcat bat!” lub zachęty by „posmatrit'” ich kiczowate pamiątki były na porządku dziennym. Angielskiego menu w niektórych miejscach wcale nie można było dostać, w innych ktoś musiał specjalnie przynosić je z zaplecza. Ogólnie rzecz biorąc ludzie dziwili się słysząc jak się do nich mówi po angielsku i odpowiadać w tym języku zaczynali dopiero po wytłumaczeniu im ze się nie jest z Rosji.

„Restoran >>Nasze miesto<<” – a jakże, wasze, wasze.

Wszystko to było tak jak pisałam zupełnie nieoczekiwane i w pierwszej chwili fascynacja tym zjawiskiem była silniejsza niż ochota do ucieczki w jakieś miejsce ładne i ustronne, do którego zmierzałam na początku. Z zapałem dokumentując na zdjęciach zruszczenie okolicy odnajdywałam w tym całkiem interesujący reportersko temat. Obserwując rosyjskich turystów których tam rzeczywiście były całe morza śmiałam się pod nosem z pretensjonalnych makijaży i nowobogackich manier i próbowałam wychwycić o czym rozmawiali. Byli to w przeważającej większości uczestnicy zorganizowanych wycieczek, typowi ruscy wczasowicze, reprezentanci klasy średniej wyższej, którym się udało szarpnąć na odrobinę egzotyki w oswojonym wydaniu. Można było napotkać zarówno młodych ludzi jak i emerytów a po każdym z nich od razu widać było ze jest z Rosji, tak jakby wypisane to mieli na twarzach. Ich kobiety jeszcze na promie ustawiały się do zdjęć w swoich tandetnych kusych sukienkach prężąc się zmysłowo przy balustradzie, ze sztucznymi kwiatkami we włosach, sztucznymi uśmiechami i sztucznymi paznokciami, ich mężczyźni obnosili po plażach okazałe brzuszyska i zarośnięte klaty ze złotymi łańcuchami na szyjach ciesząc się z towarzystwa urodziwej rodaczki lub bez większego trudu podbijając serce jednej z łasych na rublowych panów młodych Tajek. Wszystko to na tle lazurowych wybrzeży malowniczej rzeczywiście wysepki i jej białych plaż zastawionych rzędami nietanich leżaków i parasoli.

Prom na Koh Larn

Kiedy już w końcu syta bodźców atakujących ją ze wszech stron moja fascynacja ruskością w Tajlandii nieco osłabła, zaczęłam przemyśliwać strategię działania. Z jednej strony miałam ochotę uciekać jak najszybciej, z drugiej wiedziałam ze powinnam dać tej wyspie szansę, miały tu w końcu gdzieś być ukryte te spokojne i ciche plaże, które tylko czekały bym do nich dotarła. Zaczęłam robić wstępny rekonesans. Miejscowi których pytałam twierdzili zgodnie że choć są tu takie to w żadnej z nich nie można znaleźć ani jednego bungalowu czy innego miejsca do spania a moim problemem był brak namiotu i to ze nie byłam jeszcze zresztą psychicznie gotowa na samotną noc na dzikiej plaży. Poprosiłam wiec kierowcę mototaksówki o zawiezienie mnie w miejsce gdzie podobno można było znaleźć najtańsze zakwaterowanie. Mina mi zrzedła gdy dowiedziałam się ze „najtańsze” oznacza jakieś 700 batów (70 zł) za noc. Nie wiem nawet czy te pokoje były w tym momencie dostępne bo nie zaglądałam sprawdzać wychodząc z założenia ze szukam czegoś tańszego a jedyne co znajdowałam było tylko droższe. Na wyspie nie było ani jednego hostelu, same bungalowy i pokoje w guesthouse’ach i to w kosmicznych jak na Azję Płd.-Wsch. cenach. Nawet gdybym miała kogoś kto by ze mną dzielił tę kwotę po połowie (pokoje były dwuosobowe), i tak byłoby to dużo ale wynajmowanie takiego pokoju w pojedynkę byłoby grubą przesadą. Nachodziłam się po wysepce jak głupia pocąc się w upalnym słońcu, bez skutku. W końcu postanowiłam ze tego samego wieczora wsiadam na prom z powrotem na Pattayę bo tam jak słyszałam łatwiej o coś tańszego i istnieją tam hostele. Prom kosztował 30 batów (3 zł) nie był to wiec wielki problem i w razie czego mogłam tez nocując na Pattay’i pływać na wyspę na plaże. Póki co, ponieważ było jeszcze wcześnie, załapawszy się na darmową podwózkę na motorze udałam się na jedną z plaż, najbliższą miejscu w którym akurat skończyłam poszukiwania noclegowe. Plaza była nawet niebrzydka – nieduża co prawda ale z białym piaskiem i skalami zamykającymi ją z obu stron a przede wszystkim, jak się temu dobrze przyjrzeć, ze stosunkowo niedużą ilością ludzi. Trzeba się było przyjrzeć, bo na pierwszy rzut oka wydawało się być ich o wiele więcej niż w rzeczywistości – ustawione jeden obok drugiego na styk niemal leżaki z parasolami „robiły wrażenie”. Miała tez jeszcze jeden szkopuł – wychodziła na tę cześć zatoki przez którą przepływały wszystkie promy, motorówki i cokolwiek innego co chciało zawitać w porcie Koh Larn – widziało się to i słyszało z oddali. Można się było jednak do tego przyzwyczaić.

Zjawiłam się na miejscu głodna jak wilk bo w naiwności swojej jadać na wyspę nie zaopatrzyłam się w żadne produkty żywnościowe. Przy plaży znajdowała się tylko jedna knajpka, nie różniące się wyglądem w niczym od najtańszych azjatyckich jadłodajni w których bywałam wielokrotnie ale ceny które mieli w menu aspirowały do niezgorszej restauracji w Polsce. Byłam jednak tak głodna ze szarpnęłam się na kurczaka z ryżem. Porcja wcale nie taka duża, jakość mizerna a wydalam na to w przeliczeniu jakieś 24 zł. Czekając aż mi to podadzą usadowiłam się na jednym z leżaków myśląc ze pewnie przynajmniej mam go w cenie posiłku ale gdzie tam – rachunek który mi przyniesiono opiewał kwotę 340 batów wiec za ten głupi leżak jeszcze chcieli i to 10 złotych! Tego już było za wiele. Powiedziałam ze w takim razie zwalniam leżak i będę siedzieć na swoim ręczniku. I konsumowałam. I byłam zła, głownie na siebie, bo przecież mogłam przewidzieć ze plażowi restauratorzy, szczególnie w tak odległych miejscach, szaleją z cenami zdając sobie dobrze sprawę ze swojego monopolu. Przecież głodni ludzie i tak zapłacą. Sama byłam bardzo dobrym tego przykładem i czułam się z tym bardzo źle. Po prostu wiedziałam ze to co jadłam warte było w Tajlandii najwyżej polowe tej kwoty a prawdopodobnie jedną trzecią. Wiedziałam tez ze taką kwotę na innej, jakże różnej od tej wysepce, laotanskiej Don Det, mogłabym opłacić sobie nocleg w moim ślicznym bungalowie z łazienką (16 zł), porządne śniadanie z pyszna kawą i naleśnikami (6 zl) na tarasie nad Mekongiem i jeszcze zostałaby mi reszta i nieporównanie lepsze wrażenia.

Skonsumowawszy, wybrałam się do wody. Pływać musiałam czujnie, zostawiałam w końcu na brzegu plecak ze wszystkimi moimi rzeczami – aparatem, pieniędzmi, iPadem, paszportem… Rzecz jasna nie spuszczałam go z oka pływanie wiec w takich warunkach wyglądało trochę nerwowo. Powiedziałam niby jakimś dwóm sympatycznie wyglądającym Rosjankom opalającym się niedaleko by zerknęły od czasu do czasu ale przecież nie znałam ich i nie mogłam być pewna ze się na ich pozornej być może sympatyczności nie przejadę. Toteż i kapałam się za każdym razem dość krotko, wracając co chwila by odpocząć i wysuszyć się na lądzie, pisałam tez trochę, po czym wracałam do wody i tak mijało mi popołudnie. Za którymś razem wychodząc na brzeg zauważyłam na dekolcie czarną błyszczącą i gęstą substancje. Na pierwszy rzut oka wyglądało to trochę jak jakiś obrzydliwy bezskorupowy ślimak. Gdy chciałam odruchowo strzepnąć go z siebie, pogorszyłam sprawę – całe dłonie miałam teraz czarne i lepkie a dekolt we wcale nie lepszym stanie. Ropa naftowa! Ładna mi plaża w Tajlandii, rajska plaza, dobre sobie! Rzeczywiście, gdy zerknęłam jeszcze raz na wodę, zobaczyłam w niej kilka kolejnych dryfujących na falach kropel, zwartych jak rtęć. Wiedziałam już ze do tej wody więcej tu nie wejdę, pozostawało jednak teraz pozbyć się tego… i nie miałam pojęcia jak się do tego zabrać. Szorowanie piaskiem nie zdawało się na nic, wnikało to tylko głębiej chyba jeszcze w skórę, która pozostawała lepka i smoliście czarna. Poprosiłam starszą panią przechadzająca się po plaży niedaleko (pani spod Lwowa jak się okazało, bardzo miła Ukrainka, obserwowała moje zmagania z ropa od dłuższej chwili i wyraźnie nade mną ubolewała) o zerkniecie na bagaż którego nie mogłam teraz nawet dotknąć bo wszystko czegokolwiek się dotknęłam stawało się czarne i pobiegłam do tej nieszczęsnym restauracji domagać się pomocy. Młody Rosjanin (a może Ukrainiec?) rzucił się mi zaraz na pomoc po rosyjsku zapewniając mnie ze nie jestem pierwsza której się taka atrakcja tu przydarza i próbował reanimować moje dłonie z użyciem tajemniczego płynu w nieprzezroczystej buteleczce który okazał się olejkiem kokosowym. Rzeczywiście odrobinę to pomogło choć bez rewelacji. Grupka sympatycznych wytatuowanych emerytowanych rock’n’rollowcow pluskająca się w wodzie tuż obok zaczęła zaraz wołać co by to masłem potraktować (wołali po rosyjsku i po angielsku na przemian). Wróciłam wiec do knajpki prosić o masło. Zajęła się mną wtedy z kolei niemówiąca ani słowa ale miło się uśmiechająca Tajka w średnim wieku która za pomocą jakiejś szmaty i olejku do opalania, nie ceregieląc się szczególnie z moja skórą zaczęła ze mnie w końcu skutecznie te ropę zdejmować. Wiedziałam już wtedy co było wliczone w cenę mojego obiadu, w końcu pani musiała dla mnie oderwać się od swoich obowiązków a szmata nie nadawała się już potem do użytku. (Niestety w całym tym zamieszaniu zniszczyłam tez sobie ręcznik z mikrofibry który bardzo dobrze mi dotąd służył i mógł jeszcze posłużyć długo ale plamy z ropy okazały się nie do zmycia.)

Ropa naftowa obrodziła w tym sezonie.

Prosto z tego jakże uroczego miejsca wzięłam kolejną mototaksowkę (50 batów, 5 złotych) i promem wróciłam na stały ląd. Było już zresztą dość późno i trzeba było zacząć rozglądać się za noclegiem. Pattaya, której poprzednio nie zdążyłam dokładnie obejrzeć, okazała się tak samo zruszczona jak Koh Larn co zresztą nie dziwiło. Więcej jeszcze, Pattaya okazała się przybytkiem „wątpliwych rozkoszy i niewątpliwej rzeżączki” jakby to określił Sapkowski i jej szkaradne ulice mieściły jeden obok drugiego tandetne kluby go-go, hotele wynajmowane na godziny i burdele wplecione gładko miedzy szeregi podobnych w wyrazie pubów, klubów nocnych i dyskotek. Kiedy już po zmroku wysiadłszy z promu przemierzałam ulice Pattay’i w poszukiwaniu noclegu, wszystko to bardzo powoli zaczynało się budzić do życia. Bardzo mi się to miasto nie podobało i miałam ochotę wynieść się stamtąd jeszcze tego samego wieczora ale było już stanowczo za późno na takie decyzje – przynajmniej jedną noc musiałam tam zostać. Miejscowi pytani o tani nocleg w hostelu potrafili jedynie pokierować mnie do hotelu z pokojami na godziny co zupełnie mnie załamało. Na gwałt potrzebowałam jakiejś kawiarenki z dostępem do internetu gdzie mogłabym sama to sobie sprawdzić i jak na złość nigdzie nie mogłam jej znaleźć choć przemierzałam wytrwale główną ulicę miasta. W McDonnalds’ie co do którego robiłam sobie w tej kwestii wiele nadziei, personel patrząc na mnie jak cielę na malowane wrota kiwał głowami gdy pytałam o WIFI po czym jak już zamówiłam coś dla porządku żeby moc z niego korzystać, okazało się ze go jednak nie ma bo mnie ci mili ludzie nie zrozumieli. Wiadoma rzecz, jak się kogoś nie rozumie to wstyd się przyznać wiec kiwa się głowa i grzecznie potakuje w odpowiedzi na wszystko co się słyszy. A przecież napis przy wejściu głosił szumnie ze internet mają, jak wszystkie inne McDonnalds’y w cywilizowanym świecie… Wyszłam stamtąd naprawdę zła i widok skąpanych w gęstniejącym mroku plugawych uliczek Pattay’i do których wróciłam z McDonnalds’owej standardowej sterylności nie poprawił mi humoru. Wtem jakiś dobry człowiek (mam szczęście czasem spotykać takich w chwilach desperacji), pojawił się tuż obok mnie ni z tego ni z owego i kierując mnie do miejsca z wifi podał jeszcze hasło dostępu. W efekcie pojawiwszy sie tam nie musiałam nawet nic zamawiać, przysiadlam sie tylko do jednego ze stolikow na dworzu i szybko sprawdziłam co trzeba. Hosteli w Pattay’i było kilka, wybrałam ten najtańszy i jednoczesnie z bardzo dobrymi opiniami. Było to na tyle daleko od centrum ze zdecydowalam sie na kolejna mototaksowkę, także dlatego zeby nie pobladzic. Kierowca sam nie wiedział gdzie dokladnie ma jechac choc pokazalam mu adres po tajsku. Uparcie próbował wysadzić mnie pod jakimś kilkugwiazdkowym resortem o podobnej co moj hostel nazwie i jakoze jego angielski także pozostawial wiele do życzenia, troche mi zajelo przekonanie go ze ma jechac dalej i wyjaśnienie kierunku.

Moj hostel (Jomtien Hostel), musze przyznac, trzymał poziom. Za najtansza mozliwa opcje, 250 batow (25 zł) dostałam miejsce w swiezo wyremontowanym pokoju trzyosobowym (zwanym tutaj dormitorium) z przyległymi do niego elegancką łazienka i balkonem. Bardzo wygodne łóżko, porzadna pościel i ręcznik i jeszcze kluczyk do szafki za darmo. Miłe. Jasne, drogo jak sie porówna z innymi miejscami w ktorych byłam w Azji ale w porównaniu z tym co mieli na wyspie, do zniesienia. W pokoju nocowaly ze mna jeszcze tylko dwie dziewczyny, pokaznych wymiarow Kanadyjka i drobna Chinka z Guangzhou. Były miłe choc ani jedna ani druga nie wzbudziła we mnie szczególnej sympatii. Zgadlam narodowość Chinki i zagadalam do niej parę zdan w jej jezyku co ta przyjęła z entuzjazmem i oczywiscie zaraz zaczęła sie rozmowa na temat mojej podróży po jej kraju. Wymienilam kolejne miejsca w ktorych byłam, z czego niektórych moja koleżanka nie znała (Shaxi, Nuodeng) i w pewnym momencie sama z siebie zaczęła mnie wypytywac czy byłam w Tybecie. W Tybecie nie byłam z rożnych względów. Kazdy zagraniczny turysta chcąc sie tam udac musi ubiegać sie o specjalne pozwolenia (drogie i duzo z tym formalności) a poruszając sie po jego terenie moze używać jedynie zorganizowanego dla turystów transportu po specjalnie wyznaczonych do tego celu trasach. Publiczne autobusy maja zakaz przewozu turystów, dosłownie. Na niepokornych ktorzy w jakis sposob beda próbowali przemierzac Tybet na własna rękę w razie zlapania czekają spore nieprzyjemności. Rzecz jasna to co Chiny Ludowe swoim turystom chcą pokazać jest parodią tego czym jest prawdziwy Tybet, a moze raczej powinnam napisac czym kiedys był. Miałam juz tego namiastkę w Shangri-La i nie chciałam wiecej. Szukając prawdziwego zycia lokalnych ludzi pakuje sie w Tybecie człowiek w spore kłopoty i nie miałam ochoty sie na nie narażać a wiedziałam ze pokazanie za turystycznym stadem mnie nie zadowoli. Bardziej prozaicznym powodem było jeszcze to ze w Shangri La zwyczajnie rozchorowalam sie na tyle ze nie chciałam nawet slyszec o wycieczce w wyższe partie gór gdzie byłoby jeszcze zimniej. Ciekawie obserwowalo sie reakcje dziewczyn na to co powiedziałam. Chinka nastroszyla sie nieco zza zelaznego pancerza propagandy ktora jej wpojono pomrukujac cos pod nosem ze to nie tak z tą kontrolą, ze przeciez teraz w Tybecie wszystko pieknie a jesli kiedys cos było to to zamierzchle czasy, Kanadyjka za to ku ogolnemu zaskoczeniu stwierdzila wyrażając w słowach inteligencję ktora miala wypisaną na twarzy, ze przeciez „Tybet, Tybet, no to przeciez państwo jak kazde inne, co tam ograniczać do zwiedzania?”. Nie miałam wiecej pytań do tej pani. Choc byłam juz bardzo zmęczona, wybrałam sie jeszcze tego wieczora na plażę, położoną zgodnie z opisem w internecie, calkiem niedaleko stamtad. Woda, oświetlona przy brzegu światłem latarni prezentowała sie malowniczo, parasole i lezaki zwiniete zostały pod palmy zacieniajace bulwar i na pustej prawie plazy przesiadywali tylko gdzieniegdzie grupkami lokalni urzadzajac sobie grilla. Krajobraz zamykały światła wieżowców na horyzoncie.

Nastepnego dnia, a byl to juz 10.12., obudzilam sie wcześnie rano i ruszylam zwiedzać okolicę. Wszystko co turystyczne spalo jeszcze w najlepsze byla to wiec idealna pora by poznac miasto „od kuchni”. Pierwsze spostrzezenie – kolejny raz dała o sobie znać religijność Tajow. Nie wiem czy pisałam juz tu o tym – w Azji Poludniowo-Wschodniej czesto spotkać mozna przed domami, sklepami i restauracjami specjalne miniaturowe kapliczki lub po prostu zwykłe stoliczki na ktorych wlasciciele tych miejsc zostawiaja po trochu jedzenia i palą kadzidelka. Widywalam to juz wiele razy, nawet jeszcze poprzedniego wieczora na nieslawnej „Walking Street” pelnej wyuzdanych przybytkow i tandetnych neonow – kobiety pracujace w tych miejscach paliły kadzidla i odmawialy modlitwy przed talerzykami z ofiarowywanym bogom jedzeniem, ot tak, na chodniku, mijane przez przechodniow. To na szczęście, zeby bogowie mieli w opiece to miejsce i nie skąpili klientów, zapewne. Nie mialam sily przypatrywac sie temu blizej, mijalam to i rejestrowalam mimochodem, nie bylo to zupelnie powszechne ale zdarzylo sie kilka razy na mojej drodze. Tak czy owak, to na co natrafialam co krok tego poranka przeroslo wszystko co widziałam do tej pory. Ludzie pracujący tam i mieszkający musieli byc niezwykle religijni bo ofiarowywali bogom takie wspaniałości ze spacerujac uliczkami bez śniadania z trudem mozna te widoki było wytrzymać. Smakowite kawałki rozmaitych owoców, ciasteczka, wędliny, napoje, czego tam nie było! I to przy kazdym budynku, wszedzie, co krok. Przypomniało mi to rodzine Ooo i ich odswietne, białe ubrania gdysmy szli odwiedzać swiatynie, modlitwę którą tata Ooo odmawial zanim ruszył z nami na wycieczke samochodem. Potem jeszcze, dobry tydzień pózniej na lotnisku w Bangkoku natrafilam na tabliczki z informacjami ze mnisi buddyjscy podobnie jak kobiety ciężarne, osoby niepelnosprawne i kilka innych grup spolecznych sa obslugiwani bez kolejki i należy im ustępować miejsca. Tajowie sa bardzo religijni, nie ulega to wątpliwości.

Tego poranka udało mi się tez wypatrzyć uliczkę z pojedynczym straganem takim jak te w Kambodży, z garnkami pełnymi przykrytego pokrywkami jadła rożnego rodzaju do wyboru i osobno nakładanym ryżem. Tym razem kwestia uzyskania miski zamiast siatki foliowej i miejsca przy plastikowym stoliku na trawie za straganem poszła gładko a kosztowała mnie ta przyjemność (duża porcja ryżu i w osobnej miseczce gęsta i nieco pikantna, bardzo smaczna zupa-krem z kurczakiem i warzywami) 30 batów, 3 złote czyli tyle samo co w Kambodży. Ot jakie to życie figlarne, za 8-krotnie niższa od wczorajszej ceny jadłam smaczniejsze potrawy.

Obwoźny sklep spożywczy.

Był to dobry początek dnia i zresztą cały dzień okazał się przyjemny. Na stoisku niedaleko odkryłam świeżo wyciskane soki z mandarynek za 2 zł za buteleczkę (zasmakowały mi tak ze kupiłam trzy), wypatrzyłam tez dystrybutory z których można pobierać wodę do swoich butelek za 1 bat (10 groszy) za litr. Tak zaopatrzona udałam się na plażę rozłożyć na ręczniku wypożyczonym z hostelu pomiędzy jednym leżakiem i parasolem a drugim i popisać sobie w spokoju korzystając z tego ze nikogo wokół jeszcze prócz ekipy rozkładającej powoli to cale ustrojstwo nie było. Ludzie zresztą zaczęli się schodzić naprawdę późno i cały poranek miałam spokojny, na przemian pisząc, pływając i po prostu ciesząc się tymi delikatnymi jeszcze porannymi promieniami słońca. Jeśli chodzi o to pływanie to woda była stosunkowo chłodna, jej przezroczystość nie przewyższała wcale standardów bałtyckich i w gruncie rzeczy nie było się czym zachwycać ale zawsze to można było się przepłynąć. Niewielu ludzi zjawiło się akurat w moim sąsiedztwie i przez większość czasu byłam otoczona pustymi leżakami a nawet kiedy w końcu ktoś się zjawił zachowywali się ci ludzie nieinwazyjnie tak ze mogłam pisać w spokoju. Nadrabiałam wtedy właśnie zaległości w kwestii tego co się działo w Angkorze i naprawdę jedyne czego potrzebowałam to taki czas gdzieś sam na sam z moimi myślami, na dworze, we w miarę spokojnej okolicy. Kupiłam sobie jeszcze potem sporo świeżych owoców, fruitshake (40 batów) i tak mi minął dzień. Na obiad miałam szczęście załapać się w lokalnej knajpce przy ulicy na której mieścił się mój hostel. Przy innym stoliku miejscowy chłopak grał na gitarze śpiewając bardzo ładnie jakieś tajskie ballady rockowe a ja wcinałam solidną porcje pysznego pad thai z owocami morza i kawałkami kurczaka za 50 batów (5 zł) i czułam się szczęśliwa. Kolacja tym razem turystyczna ale także niedroga -naleśniki z bananami i czekolada z ulicznego straganu kosztowały 30 batów i jadłam je sobie wieczorem na plaży, dalej pisząc i pozwalając pożerać się żywcem komarom (zapomniałam użyć spray’u z DEETem a jak wciągnęłam się w rytm pisania tak nie mogłam się oderwać…). Dzień skończyłam przy lampce czerwonego wina na tarasie kawiarenki niedaleko mojego hostelu, naprzeciw plaży. Było to idealne zamówienie dla kogoś kto chce kupić sobie możliwość siedzenia długo w jakimś miłym miejscu i pisania – milkshake’a wypijam odruchowo niemal jednym haustem a wino sączy się i sączy i można tak sobie siedzieć i pisać całe wieki. Niewiele znam lepszych sposób spędzania wolnego czasu. (Zdaje się ze z każdym wpisem tu wychodzi tu ten mój cały introwertyzm a ja nawet nic nie robię by go zakamuflować).

Następnego dnia udało mi się mniej więcej powtórzyć pozytywny jedzeniowy scenariusz z tym tylko wyjątkiem ze śniadanie choć lokalne to trafiło mi się raczej paskudne (jakaś ryżowa zupa z chemicznym sosem). Obiad zabrałam sobie na wynos z tego samego miejsca co poprzednio i było chyba jeszcze smaczniejsze – kalmary, krewetki, świeże chrupiące zielone warzywa, kiełki soi, ryż itd. Wieczorem trafiłam na uliczne barbeque, miniaturę tych których stałym bywalcem zostałam w Szanghaju. Mniejszy szaszłyk z mięsem i warzywami kosztował 0,5 zł, większy 1 zł. Do tego jeszcze grillowany „sticky rise”, pyszności! Nabrałam sobie tego sporo i jadłam wspiąwszy się po drabince na opuszczone stanowisko ratownika.

To tyle jeśli chodzi o jedzenie. Pod innymi względami dzień był taki sobie. Przede wszystkim irytowały ogromne ilości skuterów wodnych śmigających tuż przy brzegu i wytwarzających nie tylko hałas ale i obłoki śmierdzących spalin, jacyś ludzie rozkrzyczeli się w okolicy bardziej niż zwykle, a poza tym zdaje się że dotarło do mnie w końcu że nie mam ochoty tracić na Pattay’ę czasu aż do soboty i że trzeba jechać dalej. Wypytawszy na travelbitowym forum o propozycje dokąd by się można z tej nieszczęsnej mieściny udać, następnego dnia postanowiłam jechać na wyspę Koh Chang, i nieważne że to tuż przy granicy z Kambodżą i że będę się musiała specjalnie tam cofać co zajmie mi minimum 5 godzin. Jak się później okazało, było warto… Ale to już osobna historia :)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s