Koh Chang, znów Bangkok i … Polska!

Piszę te słowa z kilkutygodniowym poślizgiem, z trudem zbierając się do tego z gdańskiej perspektywy zimowych chłodów i szarości. Jeszcze nigdy nie odkładałam pisania na tak długo…! Białe, rozpalone słońcem plaże i samotne skąpane w wodach przypływu głazy Koh Chang zdają się być już zupełną abstrakcją a przecież jeszcze długo wyglądałam po nich na tle zimowych Polaków jak przybysz z innej planety, może dalej jeszcze trochę tak wyglądam.

Dojazd na miejsce jak zwykle skomplikowałam sobie nie zamierzając korzystać ze zorganizowanego transportu dla turystów żeby nie przepłacać i żeby było ciekawiej. Nie jechałam autostopem – miałam już naprawdę mało czasu przed wylotem a w ten sposób, tak nerwowo, to nie to samo. Zresztą wpadłam w jakiś dziwny aspołeczny nastrój i chciałam być ciągle dalej sama tylko z moimi myślami, nie rozmawiając z nikim – miałam za sobą przeszło cztery miesiące w drodze i prawie pół roku w Azji i w tych dniach zaczynałam sobie to powoli podsumowywać, przypominać od początku i szeregować w myślach. Właściciel mojego hostelu, jeden z wielu zachodnich jegomości w średnim wieku którzy wybrali osiedlenie się na stałe w Azji Południowo-Wschodniej, pytany o dojazd na miejsce za pomocą lokalnych autobusów stwierdził dramatycznie że „bywali tacy którzy próbowali ale żaden z nich tam nie dotarł”. Tak postawiona kwestia zafrapowała mnie i postanowiłam rozeznać się w temacie.

Zachód słońca na Koh Chang

Kilkoro lokalnych jedzących kolację przy stoliku na dworze tuż obok w krótkim czasie pomogło mi ustalić skąd mam łapać autobus a nawet załapałam się na darmowy transport na przystanek (położony daleko stamtąd) z odwożoną do szkoły córką właścicielki guest-house’u sąsiedniego do mojego hostelu. Umówiłam się z jej mamą w tym samym miejscu o 6:30 rano i tak też się tam zjawiłam. Nie zdziwiłam się bardzo widząc że nikogo jeszcze nie ma – założyła najwyraźniej że się grubo spóźnię i zaskoczyłam ją przychodząc punktualnie. Jakby w ramach przeprosin za takie podejrzenie, zyskawszy sobie od razu jej szacunek i sympatię zostałam podjęta pyszną, świeżą kawą i jeszcze na drogę do samochodu dostałam sporą kiść bananów przywiezionych z rodzinnych stron tej pani. Przy kawie usłyszałam pokrótce historię jej życia – opowiadaną tak jak to się opowiada komuś obcemu kogo się nigdy więcej nie spotka – chaotycznie, łapczywie, z jakąś taką determinacją by się jeszcze zdążyć poznać zanim się pożegna już za chwilę, pewnie na zawsze. Takich rozmów miałam już wiele, trudno byłoby je policzyć – sama też przecież opowiadałam o sobie w podobny sposób, szybko, zachłannie dobierając słowa. A więc o mężu Szwajcarze który dwa lata temu owdowił ją i kilkunastoletnią córkę, o tym jak wcześniej im się żyło – pół roku z nim, pół bez niego, o tym że przecież nie był jeszcze taki stary, tylko sześćdziesiąt kilka lat… I gdzieś pomiędzy słowami to zamyślenie że ona wie że ja wiem że to takie typowe, że to takie strasznie typowe – młoda śliczna Tajka i starszy, bogaty pan z Zachodu któremu dobrze było żyć tak a nie inaczej, jedną nogą w Europie drugą w Azji, i to przez lata – ale przecież to nie tak było, to było zupełnie inaczej bo to jest jej własna historia i ja to też rozumiem. I bardzo mi jej żal, piję tę kawę i mam ochotę ją przytulić i powiedzieć że jeszcze będzie dobrze – bo widzę po oczach że teraz jest źle. A tymczasem już podjeżdża samochód, zaraz trzeba wsiadać i jechać.

Rzeczywiście dojazd na Koh Chang lokalnymi autobusami nie był prosty, przesiadałam się chyba ze trzy razy ale w końcu dotarłam, ostatni kawałek zaliczając na promie z widokiem z górnego pokładu na tę majestatycznie sunącą w moim kierunku jedną z największych wysp Tajlandii. Tradycyjnie, nie zrobiłam żadnego researchu w kwestii tego dokąd chcę na Koh Chang jechać, gdzie się zatrzymać i tak dalej, licząc na nieopuszczające mnie w drodze szczęście na którym zaczęłam już ostatnio polegać jak na Zawiszy. Młoda rosyjska para poznana zaraz po wyjściu z promu (zupełnie innego rodzaju to byli Rosjanie niż ci których się widywało w Pattay’i) doradziła mi White Sand Beach na którą brali właśnie tuk-tuka. Do wyboru miałam jeszcze chociażby Lonely Beach którego nazwa brzmiała bardzo zachęcająco ale nie zdziwiło mnie szczególnie że zgodnie z opisem moich rosyjskich znajomych określenie to już dawno przestało być w tym wypadku aktualne. Nie lonely tylko właśnie najbardziej zatłoczona, głośna i imprezowa plaża wyspy. Spodziewałam się już zresztą po twarzach wsiadających do tuk-tuka dziewczyn które się tam zaraz kazały zawieźć, jak to mniej więcej musi wyglądać. Dziewczyny miały wygląd iście erasmusowy w hiszpańskim wydaniu a mnie w tym momencie trzeba było po prostu jakiegoś cichego, spokojnego miejsca by popływać, posiedzieć sobie w cieniu z notatkami z drogi, zamyślić. Ot tak, po mojemu.

Koh Chang, White Sand Beach

White Sand położona była dość blisko od portu, stwierdziłam że spróbuję czy mi się podoba i jeśli nie, ruszę dalej. Z wyborem plaży w ogóle miałam pewien mały problem – mój wewnętrzny eksplorator, który zawsze każe mi ruszać jak najbardziej nietypowymi ścieżkami podjudzał że musi być jak najbardziej pusta i dzika, rozsądek syczał że jeśli chcę pływać a pływam raczej średnio dobrze to jednak lepiej żeby tam jacyś ludzie byli bo w razie czego będzie przynajmniej można zlokalizować zwłoki ;) Poza tym nie miałam namiotu ani śpiwora i byłam sama, trzeba było znaleźć miejsce przynajmniej względnie cywilizowane. White Sand Beach czyli Plaża Białego Piasku skąpana w ostrych, południowych promieniach słońca okazała się onieśmielająco piękna, ogromna i prawie pusta. Wzdłuż całej plaży aż do miejsca gdzie przechodziła w wybrzeże z ogromnych skalnych bloków, ciągnęły się szeregi bungalowów i domków z pokojami na wynajem ale były niewysokie i skrywały się w zieleni a poruszało się między nimi bezpośrednio po plaży – żadnych deptaków, bulwarów, chodników. W samej wodzie kąpało się zaledwie kilka osób, na plaży leżało kolejne kilka. Woda krystalicznie przejrzysta, z długą mielizną łagodnie schodzącą w głąb, bardzo ciepła, lizała mi stopy gdy szłam tak sobie, tym razem z poznaną po wyjściu z tuk-tuka Finką, szukając miejsca w którym mogłybyśmy się zatrzymać. Dziewczyna okazała się tłumaczką książek, ona także szukała spokoju i potrzebowała czegoś taniego gdzie mogłaby się zaszyć i pracować stamtąd zdalnie przez jakiś czas, zanim nie ruszy dalej. (Ot, kolejna rzecz którą mogłabym w życiu robić, pomyślałam, jakbym jeszcze miała za mały mętlik w głowie.)

Na White Sand Beach, w sezonie, zbyt tanio jednak nie było – po dłuższym marszu wybrzeżem ku ustronniejszym okolicom udało nam się znaleźć miejsce w którym za 3 noce można zapłacić w przeliczeniu jakieś 90 zł (ale na jedną noc nie można wziąć czegoś za 30 bo w ogóle wynajmuje się tylko minimalnie na trzy), w innym z kolei, drugim z najtańszych, miało się pokój za 45 zł za noc. Pokoje dwuosobowe więc gdybyśmy dzieliły pokój trzeba by płacić tylko połowę tej kwoty ale moja znajoma dzielić pokoju nie chciała i wcale jej się nie dziwiłam, sama miałam ochotę na trochę luksusu na koniec podróży. Trochę luksusu i samotności, tej którą tak czasem lubię. Własne pokoje położone przy samej plaży, z nieziemskim widokiem – jak na standardy europejskie tanio, dla mnie, rozpieszczonej noclegami po 2 dolary w hostelu albo 16 zł we własnym bungalowie na Don Det – rzecz jasna drogo i odruchowo zaczęłam zaraz kombinować, nie dla samej oszczędności ale i z czystej ochoty na nową przygodę, że jeśli nawet nie wszystkie trzy noce to przynajmniej jedną prześpię sobie po prostu ot tak na plaży. Zawsze zresztą można było się przenieść też na którąś z innych plaż. A nocowanie na White Sand naprawdę kusiło.. niech ja tylko zobaczę jak się ma rzecz z przypływami!

Chwilę potem pędziłam już do wody ustanawiając sobie jako cel skaliste wybrzeże na horyzoncie. Nie bardzo wierzyłam że tam dopłynę bez wychodzenia na ląd – mówiłam że moje zdolności pływacie są raczej mierne a to nie było wcale tak blisko. Ale dopłynęłam, do tych skał wśród których kryły się setki maleńkich kolorowych migotliwych rybek, po których przemykały bokiem kraby, płynęłam sama nie mijając nikogo i tam na miejscu byłam sama jeszcze bardziej, gdy się zaczęłam zagłębiać w te skały na boso, ślizgając po mokrych obłościach głazów, raniąc palce i stopy tym co je porastało i szłam – z właściwym sobie uporem tak daleko jak tylko się dało a potem jeszcze dalej, bo okazywało się że i dalej się da. Nic tam zresztą dalej nie było, kolejne skały a z prawej strony ściana dżungli z której dobiegały te słodkie, egzotyczne zaśpiewy ptaków, które już przecież znam, te wszystkie wspaniałe zapachy do których w styczniowe wieczory w Polsce nawet nie śmie się tęsknić, w które się nawet tak do końca już nie wierzy. W końcu odpoczęłam wylegując się na którymś z tych olbrzymich, ciepłych głazów, w łagodnych promieniach popołudniowego słońca i zawróciłam śmiejąc się sama z siebie że już pierwszego dnia odkryłam najlepsze miejsce tej plaży i co ja też będę odkrywać potem. Ale chciałam chyba tylko po prostu tam wracać codziennie i spędzać tam całe dni – to już by było i tak dostatecznie pięknie. Tej nocy, po kolacji jedzonej na tarasie na palach takim mniej więcej jak te z Don Det, niedrogiej a pysznej (pad thai), znów pływałam, tym razem już niedaleko od cywilizacji – gwiaździste niebo, księżyc w pełni, światła gdzieś tam daleko na brzegu, woda tak ciepła że to aż nie do uwierzenia i ja sama w tej wodzie – nie mogąc uwierzyć że naprawdę tylko ja wpadłam na taki pomysł. A przynajmniej tylko ja w promieniu najbliższych kilkuset metrów. Tak, było cudownie, bezapelacyjnie cudownie.

I tak to mniej więcej wyglądało już potem – zakochałam się w tych moich głazach gdzieś tam na północy plaży gdzie przypływałam sobie sama o różnych porach dnia i odpoczywałam myśląc o wszystkim co było a czasem i o tym jak to będzie kiedy już w końcu wrócę, kiedy trzeba będzie porzucić moje nomadyczne przyzwyczajenia i zadomowić się znowu, przypomnieć smaki, zapachy i kolory Polski. Raz nawet udało mi się zmusić się do spaceru brzegiem do tych moich głazów zamiast tradycyjnego płynięcia tam – dzięki temu mam stamtąd jakieś zdjęcia. Któregoś z wieczorów poznałam sympatycznych ludzi z którymi imprezowaliśmy wesoło pół nocy a drugie pół przespałam na plaży zgodnie z planem i wbrew ich ostrzeżeniom nie pogryzły mnie żadne „piaskowe muchy” ani nie pokąsały kraby. Ostatniej nocy spałam jeszcze w innej, nie tak znów dalekiej, części wyspy gdzie rozpieściłam się na sam koniec wykwintnym jedzeniem w przemiłej, spokojnej atmosferze – o widokach nie muszę chyba wspominać.

I w końcu miałam już za sobą trzy cudowne dni na Koh Chang i trzeba było wracać. Odlot miałam zaplanowany na godzinę drugą w nocy więc przyjechawszy do Bangkoku poprzedniego dnia miałam jeszcze trochę czasu na pożegnanie się z moją tajską Rodzinką. Znów była więc uczta w domu, było wzruszająco i słodko. Ooo i jej mama odwiozły mnie na lotnisko (nie było mowy o tym żebym jechała sama), a więc ostatnie wspólne zdjęcia na terminalu, uściski, ucałowania… Mam nadzieję że się jeszcze spotkamy!

Na lotnisku z Ooo i jej Mamą

Lot miałam spokojny, z międzylądowaniem w Kijowie. Ukraińskie linie lotnicze – tak było najtaniej. Pyszne jedzenie dawali, zaskoczyło mnie to.

I w końcu – spotkanie z rodzicami po pół roku, jeszcze nigdy na tak długo się nie rozstawaliśmy – kolejne wzruszenia i kolejne uściski. Dobrze że przyjechali bo nie miałam ze sobą żadnych ciepłych ubrań a w Warszawie przecież – zima! Wieczorem w dniu mojego przylotu poszliśmy jeszcze w troje na prezentację Przemka Skokowskiego o jego podróży z Gdańska do Birmy, o wiele bardziej przecież spektakularnej niż moja – tak się złożyło że akurat tego dnia występował w Warszawie. Super było go zobaczyć po tym jak gadaliśmy sobie na Facebooku kiedy byłam w drodze – gdzie jechać, co zobaczyć, jak uporać się z szokiem po przejechaniu granicy Chin i Laosu. Na poprezentacyjnym afterparty zostałam przedstawiona wszystkim entuzjastycznie przez Przemka – zaskoczył mnie tym i ogromnie mi było miło. Zaraz zaczęłam sobie gadać z nim i z innymi z których część ludzi już znałam, opowiadaliśmy sobie nawzajem różne nasze przygody a ja śmiałam się sama z siebie w myślach bo ciągle jeszcze przez ten pierwszy dzień w Polsce miałam problemy ze składnym mówieniem w moim własnym języku.

Przyszły święta, Sylwester (autostopowy, w Gołkowicach, na którym po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się publicznie prezentować slajdy i opowieści ze swojej podróży, co tak jak wiele rzeczy w drodze przytrafiło mi się zupełnie spontanicznie ale też i bardzo szczęśliwie :) ), potem spontaniczny wyjazd w Bieszczady (rewelacyjny!!!) a ja dopiero teraz zebrałam się by opisać Koh Chang, przepraszam za to i proszę o wyrozumiałość – moje życie w Polsce okazało zaskakująco się ciekawe i wesołe i nie było zwyczajnie czasu się tym zająć. Pozdrowienia ze śnieżnego Gdańska! :)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s