Back here

Już przeszło półtora roku mija od czasu, gdy wróciłam z Azji. Powroty wywołują u mnie zawsze mieszane uczucia. Z jednej strony dobrze jest uświadomić sobie po raz kolejny i docenić istnienie  domu, tego rodzinnego, w którym nie chce się, by zmieniało się cokolwiek i w którym, w ogólnych zarysach, rzeczywiście zwykle nic się nie zmienia. Z drugiej, tkwi się jeszcze po uszy w drodze która jest ruchem, kwintesencją zmiany – a zmieniają się przecież nie tylko krajobrazy i miasta, zmieniają się przede wszystkim sami podróżujący, nawet jeśli mogą sobie tego z początku całkiem nie uświadamiać. Tak też było ze mną półtora roku temu. Czując się jednocześnie przyjemnie i obco już wtedy, w dniu powrotu, wiedziałam, że wkrótce trzeba będzie wyruszyć ponownie, choć nie zdawałam sobie jeszcze wcale sprawy ze zmian które zaszły we mnie.

Mówi się, że podróże dają mądrość, jakieś rozeznanie w sobie samym, że się człowiek po drodze dowiaduje czegoś ważnego. Moje doświadczenia są inne. Podróż, którą zresztą wspominam jako coś niebywałego, wspaniałą przygodę, nie tylko nie pomogła mi uporządkować się od wewnątrz, ale jeszcze wzmogła i tak już panujący w moich myślach chaos. To było zresztą dość naturalne, bo podróżując autostopem i rzucając monetą w celu podjęcia co istotniejszych decyzji, sama tak jakby ten chaos, jakim jest losowość, przyzywałam, wołałam o niego, z ufnym uśmiechem podziwiając piękne przypadki, którym pozwalałam po prostu przydarzać się. Cała podróż przydarzyła mi się, jak wypadek, który może się komuś przydarzyć na drodze, tyle że była wypadkiem, w którym chce się uczestniczyć. Odbyło się to wszystko z zaledwie nieznacznym udziałem mojej rzeczywistej, aktywnej woli. Dean Moriarty z „W drodze” Kerouaca powiedziałby, że załapałam się na to wszystko.

Po powrocie zaczęłam więc naturalną koleją rzeczy załapywać się w podobny sposób na życie w Polsce. Trochę inaczej działało to niż w podróży, ale przecież nadal działało. Przytrafiały mi się kolejne ciekawe spotkania, choćby z okazji festiwali podróżniczych jak Włóczykij, Kolosy, Kormorany, zlotów autostopowiczów czy paru innych krótkich wyjazdów – autostopem na Węgry, jachtem przez Bałtyk. Poznawałam kolejnych ludzi, zapamiętywałam kolejne historie.

W pewnym momencie przytrafiła mi się przeprowadzka do Warszawy, wymyślona właściwie z dnia na dzień, spontaniczna rzecz, która zadecydowała o tym jak wyglądał mój ostatni rok. Pokochałam Warszawę. To okropne, ale pokochałam ją o wiele bardziej niż kiedykolwiek byłam w stanie pokochać moje własne miasto. Ale po kolei…

Był koniec maja i wymyśliłam sobie, że najlepiej by było przez kilka miesięcy popracować w dobrym warszawskim biurze architektonicznym, tak żeby po wakacjach, gdy wreszcie skończy się mój urlop dziekański, z nową energią wrócić na ostatni rok architektury w Gdańsku. Pewna swego, z udokumentowanymi doświadczeniami szanghajskimi, przystąpiłam do działania, najpierw przez internet, a potem objeżdżając osobiście kolejne biura, które uznałam za najlepsze.

Okazało się jednak, że mnie tam nie chcą, i to nawet na zasadach, na których czasem zdarza im się chcieć zatrudniać studentów – zupełnie za darmo lub ewentualnie za łaskawie wypłacane co miesiąc 200-300 złotych. Zanim jeszcze zdążyłam przemyśleć przegraną bitwę i spróbować dalszej walki, przytrafił mi się telefon z jedynego miejsca pracy poza architektura do którego wysłałam swoje CV, bo spodobało mi się że głównym wymaganiem jest „doskonała znajomość języka polskiego”, włoski i angielski, których nie trzeba było wcale potwierdzać certyfikatami i dyplomami. Wkrótce się okazało że wzajemnie spełniamy swoje kryteria i … jakoś tak się stało, ze zostałam – ja, inżynier architekt, w biurze tłumaczeń technicznych w pięknej, przedwojennej kamienicy na Pradze. Nie miałam nawet czasu płakać za architektura, za dużo innych rzeczy działo się po drodze, obeszło się bez żalu. Tak jak pisałam, pokochałam Warszawę i miały na to bezpośredni wpływ między innymi moja praca właśnie, w której czułam się naprawdę potrzebna, i w której od razu polubiłam wszystkich; moje mieszkanie, w samym centrum, tuż przy metrze Ratusz Arsenal, z rewelacyjnym widokiem na Ogród Saski i wieżowce w oddali i tak, także to ze w końcu zarabiałam pieniądze, które pozwalały mi w pełni samej się utrzymać, bez żadnych stypendiów naukowych czy pomocy rodziców. Mogłam też zacząć odkładać na czas, kiedy przyjdzie mi znów wyruszyć w drogę, bo przecież ani na chwilę nie zwątpiłam w to, że ten czas nadejdzie.

Tymczasem przytrafiło mi się zostać w Warszawie na dłużej; zrezygnować ze studiów w Gdańsku i znaleźć nowe, w stolicy, w zupełnie innej dziedzinie. Wymyśliłam sobie, że spróbuję zdawać na dwa kierunki – fotografię prasową i dokumentalistykę na wydziale dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Oba magisterskie, oba wymagające specjalnych egzaminów ustnych i pisemnych. Dostałam się i tu i tu, ale musiałam wybrać, żeby pogodzić to z pracą. Wybrałam dokumentalistykę, czyli ogólnie rzecz biorąc – sztukę reportażu. Bardzo ciekawe, inspirujące studia, świetni ludzie, którzy rozumieli mnie odrobinę bardziej niż to miało miejsce z moimi znajomymi zwykle do tej pory. Studiowałam z prawdziwą radością poznawania świata od innej strony. Inżynier, który pozwolił w końcu dojść do głosu wewnętrznemu humaniście.

Jednocześnie byłam w stanie łączyć studia z pracą na 3/5 etatu, dzięki czemu mogłam nadal być niezależna finansowo – na architekturze nie byłoby to możliwe w żadnym wypadku. Pod koniec roku akademickiego dostałam tez doskonałą propozycję – mogę pracować w moich tłumaczeniach zdalnie, skądkolwiek zechcę. To dlatego, że postanowiłam ruszać dalej w drogę, że potrzebuję wakacji, a potem kolejnej zmiany, którą tym razem będzie wyjazd do Madrytu, na drugiego już w mojej „karierze”, po Rzymie, „Erasmusa”, tym razem z dokumentalistyki.

Tymczasem z dziwnych powodów już prawie trzy tygodnie temu znalazłam się w Bukareszcie, znów na praktykach architektonicznych z IAESTE. Wracam tutaj, na mojego starego bloga, wracam do pisania, żeby spróbować dowiedzieć się co tutaj robię. Wracam także dlatego, że nadchodzą nowe historie. Myślę, że będzie ciekawie.

Oktawia

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s