Podróż

Ruszając w drogę dobrze jest za dużo nie wiedzieć. Tak jakoś często mi się przytrafia, że nie wiem, i nigdy nie byłam z tego powodu niezadowolona. Nie wiem kiedy i jak trafię na miejsce, nie wiem nawet za bardzo co to za miejsce będzie; wiem tylko, że ruszam w końcu, tak jak być miało i powinno, że w końcu wracam do organicznego stanu jakim jest bycie w drodze. Nie istnieje wtedy nic innego niż chwila, w której przyszło mi się znaleźć; ten jeden moment, wyjęty z kontekstu, zawieszony w czasoprzestrzennej próżni kolejnego samochodu. Więc jednak ktoś zatrzymał się dla nas, choć zdążyliśmy już zwątpić że to nastąpi; więc jednak jedziemy, zamiast tkwić dalej na poboczu; więc znów za szybą coraz to nowe obrazy, i znów niestraszne nam ani deszcz ani zimno, ani upał. Ktoś dzieli z nami to, co mu najbliższe w tej jego chwili – czas, przestrzeń i emocje, sposób w jaki widzi świat. Znów mogę być szczęśliwa w najprostszy ze sposobów, szczęściem jakie daje podróż.

***

Mija prawie miesiąc od czasu, kiedy ruszyliśmy z K. do Bukaresztu. Wyjeżdżając z Warszawy wiedzieliśmy tylko, że mamy przed sobą cztery dni, w czasie których musimy pokonać tysiąc kilkaset kilometrów. Tylko cztery dni – być może uda nam się coś zwiedzić i odpocząć, a jeśli nie, to i sama droga nam wystarczy – skoro zgadzaliśmy się co do tego, mogliśmy jechać razem.

Oczywiście, wolałabym mieć więcej czasu, ale egzaminy na dokumentalistyce nie pozwoliły ruszyć wcześniej, a termin przyjazdu nieodwołalnie wypadał na pierwszego lipca. Wtedy to właśnie miałam rozpocząć 6-tygodniowe praktyki, mające pomóc mi, być może w końcu ostatecznie, przekonać się, że mi architektury wcale nie żal, pozbyć się głupiego sentymentu, który mnie od czasu do czasu dopadał w ostatnim roku. Właśnie przez ten sentyment za tym moim byciem inżynierem architektem, wysłałam do IAESTE swoje zgłoszenie, już dawno po zasadniczym terminie. Miał być Stambuł, ale ktoś mnie uprzedził, a więc padło na Bukareszt – uznałam że tak być musi, tak być miało i będzie – i nie zastanawiałam się już nad tym więcej i właściwie też nie myślałam o tym wyjeździe wcale, aż do dnia w którym przyszło nam ruszyć, 26. czerwca.

***

Pierwszy „stop” złapał nas sam, na stacji benzynowej tuż obok przystanku P+R Krakowska, na którym wysiedliśmy z tramwaju. Dziewczyna nieco tylko od nas starsza, kiedyś sama autostopowiczka, i z hiszpańska wyglądający facet, jej pasażer, podrzucili nas do IKEI, w lepsze miejsce do „łapania”, przekazując dużo pozytywnej energii na początek drogi.

Miejsce koło CH Janki było dobre, pobocze odpowiednio szerokie, ruch duży, a jednak już półtorej godziny z rzednącym uśmiechem oglądaliśmy przejeżdżające samochody i powoli zaczynało nam się przykrzyć. Wreszcie udało się – jechaliśmy pod Rzeszów. W oparach bieszczadzkich marzeń o wódce chłodzącej się w domu, mniej lub bardziej sprośnych żartów i wysokoprocentowych opowieści polonijnych z dalekiej Islandii. Wąsaty kierowca i jego szwagier byli jeszcze zupełnie trzeźwi, a przy tym życzliwi i nawet całkiem zabawni, a jednak kilka chwil gdyśmy pędzili sto czterdzieści po drodze gdzie naprawdę należało pilnować się dozwolonego siedemdziesiąt, sprawiło, że wysiadając odetchnęłam z ulgą.

Nawiasem mówiąc, historie z islandzkiej emigracji przypomniały mi spektakl według sztuki Mrożka, na który niedawno udało nam się z K. załapać. Było to klasyczne załapanie się – przechodziliśmy akurat koło jednego z budynków na terenie kampusu Uniwersytetu Warszawskiego, gdy nagle otworzyły się drzwi i ktoś zawołał że ma dla nas dwa bilety na sztukę, która zaczyna się za 5 minut w Teatrze Polskim. Nie było czasu na wyjaśnienia, chwyciliśmy bilety i puściliśmy się biegiem. W Emigrantach nie pada ani jedno niepotrzebne słowo, ani jeden gest za dużo, a to co zostało powiedziane i zagrane, i jak, jest tak boleśnie prawdziwe i współczesne, że trudno uwierzyć, że zostało napisane 40 lat temu.

Szwagier kierowcy realizował właśnie niespełnione marzenie swojego dramatycznego archetypu – wracał do kraju z kieszeniami wypchanymi obcą walutą, by wreszcie wśród swoich pokazać się, urządzić wielką zabawę, przywieźć prezenty. To były jednak odwiedziny, nie powrót, oni się już tam zakorzenili, z całą Polonią, która tylko przy sobie nawzajem może przyznać się do tęsknoty. Tutaj, bez cienia sentymentu za ojczyzną, z dumą opowiadał o zasiłku dla bezrobotnych, który przewyższa naszą średnią krajową, o nowym samochodzie żony, domu, dzieciach, atrakcjach turystycznych Islandii i motocyklu który trzyma w Polsce tylko po to, by przejechać się nim raz-dwa razy do roku. Kierowca, o którym nie dowiedzieliśmy się wiele, szczęśliwy, że ma z kim podzielić się radością szwagra, droczył się z nim momentami. Niby to wcale nie zazdrościł, i czasem tylko pochmurniał na chwilę, by ożywić się dopiero gdy wracał temat zimnej wódki.

***

W okolicach Rzeszowa utkwiliśmy, i nie pomagały ani wskazówki z hitchwiki, ani szczęście do kierowców, którzy zatrzymywali się nawet czasem, ale tylko żeby podrzucić nas ledwie parę kilometrów dalej. Koło Praktikera czekaliśmy na tyle długo, że zaczęło się już powoli ściemniać, chmurzyło się groźnie, i zaczynaliśmy rozważać czy w ogóle uda nam się wydostać dzisiaj z kraju i jak bardzo nieprzemakalny może być namiot z Decathlonu za 90 zł. Usiadłam na krawężniku i wyciągnęłam gitarę, z niemałym trudem wiezioną jeszcze z Warszawy. Co prawda na tle kilkupasmowej drogi nie do końca słyszałam nawet siebie samą, przyjemnie było jednak znów poczuć struny na palcach.

Jakby na zawołanie, po drugiej piosence zatrzymał się dla nas wspaniały, zielony jeep na słowackich rejestracjach. A więc jechaliśmy znowu. Świetny system audio samochodu naszego kierowcy wprowadził mnie zaraz w pewien rodzaj transu, który zdaje się dzieliliśmy wszyscy troje. Saksofonowy remix przemówienia Martina Luthera Kinga, a na tym tle kręta, wąska droga pomiędzy wzgórzami i zachód słońca padający na góry, mglisty zmierzch a potem już noc i droga, która chciałoby się by trwała bez końca.

***

Na nocleg zatrzymaliśmy się zaraz za polsko-słowackim przejściem granicznym, przy bocznej drodze, po której przez całą noc nie przejechał żaden samochód, a jednocześnie niedaleko głównej trasy. Gdy w końcu namiot stał stabilnie, a śpiwory i karimaty zostały ułożone jak należy w środku, znów sięgnęłam po gitarę, K. – po harmonijkę. A więc Dylan, las i gwiazdy, ale tylko przez chwilę bo zmęczenie zamykało nam oczy.

***

Następnego dnia, znów po około półtorej godziny czekania, zatrzymał się dla nas kolejny Polak. Małomówny i zamyślony, podobnie jak wczoraj Słowak z zielonego jeepa, zaprosił nas do siebie by razem pomilczeć raczej niż porozmawiać. Znam dobrze stan „dobrej samotności”, kiedy to wcale nie potrzeba nikogo kto będzie ją dzielił, cenię go i tym bardziej doceniam, że mimo wszystko znalazło się u niego dla nas miejsce.

Oczywiście, rozmawialiśmy przez chwilę, choć było to o tyle trudne że mówił bardzo cicho, tak jakby do siebie – trzeba było się nachylić i wsłuchać żeby zrozumieć. Jechał do miejscowości Sárospatak na Węgrzech, bo mają tam doskonały tokaj – delikatne, orzeźwiające wino, najlepsze jakiego miał okazję próbować. Innych alkoholi nie pije, ale za tym tokajem przepada i jedzie po prostu przywieźć sobie 12 butelek do domu, na zapas, bo nie dość że taki dobry, to jeszcze na Węgrzech dużo tańszy niż u nas. Nawet nie wie już który raz spędza w ten sposób niedzielę, szósty chyba, może siódmy? Zwykle 12, kiedyś nawet 36 butelek. Dla siebie, dla znajomych, którzy w tym samym czasie siedzą z rodzinami przed telewizorami i stukają się w czoło, że chce mu się jechać przez trzy państwa po wino – no, ale oczywiście napić się wspólnie nie odmówią. Szkoda, że wczoraj się nie spotkaliśmy, bo zabrałby nas do samego Bukaresztu. Dziś nie może – jutro praca, trzeba wracać do domu, ale wczoraj równie dobrze mógłby przedłużyć sobie wycieczkę i przejechać z nami całą drogę. Czuło się tę tęsknotę, czuło się ją namacalnie, tę samą potrzebę drogi, zew przestrzeni, do której czasem udaje się wyrwać, ale tylko na trochę, zawsze trzeba w końcu wracać. Milczeliśmy ze zrozumieniem.

***

W Sárospatak okazało się, że wino nasz kierowca kupuje w eleganckiej restauracji z widokiem na jezioro i stary zamek na wzgórzu – i tam też zostaliśmy zaproszeni na węgierski gulasz w gorących ceramicznych kociołkach i orzeźwiający trzyletni tokaj o którym tyle się nasłuchaliśmy. Gulasz był doskonały, naprawdę najlepszy jaki jadłam w życiu, ten tokaj też rzeczywiście świetny. Ani myślał słuchać o tym, że chcemy za siebie zapłacić. Dostaliśmy jeszcze całą butelkę na potem, żebyśmy mogli wypić za jego zdrowie wieczorem.

No, póki co jechaliśmy dalej, było jeszcze jasno i choć chciałoby się zatrzymać na dłużej w malowniczym Sárospatak, zwiedzić zamek i popływać w jeziorze, tym razem nie mogliśmy sobie na to pozwolić. Tak, to przeze mnie ten pośpiech, i tak – żałowałam tego, ale nic na to nie mogliśmy poradzić. Tymczasem jednak było nam dość trudno – dzień był gorący, bagaże ciężkie (zaczynałam powoli żałować także decyzji o zabraniu ze sobą gitary), a przejeżdżający kierowcy uśmiechali się co prawda i machali do nas, ale jakoś nikt się nie zatrzymywał. Na dodatek wkrótce skończyły się nasze zapasy wody, zostało samo wino. Nie, nie byliśmy jeszcze doprowadzeni do takiej desperacji, by je otwierać. W końcu na kilka „stopów” udało się nam pokonać krótki odcinek do miasteczka Tokaj, gdzie przez nieporozumienie z kierowcą zostaliśmy podrzuceni na dworzec kolejowy. Skoro już się tam znaleźliśmy, warto było na wszelki wypadek sprawdzić połączenia z Rumunią, albo chociaż z miasteczkiem przy granicy.

Pani w okienku dobry kwadrans głowiła się nad tym jakiej udzielić nam informacji. Po jej prawej stronie leżały równo ułożone na biurku: kalkulator, okrągłe pieczątki o drewnianych trzonkach, i zamiast komputera – wysłużona książka rozkładów, po którą sięgnęła. Pracowicie przeszukiwała teraz tabelki, wynotowując nazwy kolejnych stacji przesiadkowych, godziny odjazdów, przyjazdów, ceny biletów. Raz na jakiś czas energicznie skreślała coś i poprawiała, lub w ogóle zaczynała pisać od nowa. Z karteczki, którą wreszcie podała mi z uśmiechem (sama nie wiem – przepraszającym czy rozbawionym), dowiedziałam się, że węgierskie koleje miały umożliwić nam pokonanie odległości 160 km do przejścia granicznego z Rumunią w jakieś osiem godzin, z trzema przesiadkami.

***

Wróciliśmy więc na drogę, pocieszeni, że gorzej być już nie może. Byłam okropnie zmęczona, mimo że miałam na sobie tylko mały plecak K. – nie chcę więc nawet myśleć jak zmęczony był K., który po rycersku przejął mój duży plecak i jeszcze gitarę. Nie pamiętam już dokładnie jak to się stało, dość że znaleźliśmy się wreszcie w starym, rozpadającym się prawie samochodzie dostawczym, ze wspaniałym kierowcą-Węgrem, ogromnie ciekawym nas i naszych przygód i bardzo zatroskanym o nas i o to, byśmy znaleźli dobre miejsce na nocleg. Łamanym rosyjskim i z pomocą translatorów na komórce, śmiejąc się w głos, rozmawialiśmy prawie całą drogę. Momentalnie przypomniała mi się jazda chińskim tirem spod granicy do Luang Prabang w Laosie – bariery językowe z takimi ludźmi nie istnieją.

Noc spędziliśmy w Berettyoujfalu, kilkadziesiąt kilometrów od granicy z Rumunią, w zajeździe dla tirowców, w którym nasz kierowca z własnej inicjatywy załatwił nam możliwość rozbicia namiotu, we wspaniałych warunkach, to znaczy na równo przystrzyżonej, zielonej trawie, z dostępem do blaszanej konstrukcji prysznica z cudownie zimną wodą i zadbanych wychodków – po tak męczącym dniu nie sposób było nie docenić tylu wygód. Zajazd nazywał się Matyas Ranch i było to rodzinne przedsiębiorstwo składające się, poza prysznicem i wychodkami, z całodobowej restauracji, dużego parkingu i zagródki dla świń i kurczaków, których hurtowe ilości konsumowane były przez stuprocentowo męską klientelę. Mogliśmy się o tym dobitnie przekonać kiedy udaliśmy się tam później na kolację – w menu dla prawdziwych tirowców, po węgiersku, niemiecku i rumuńsku, królowało mięso, w przeróżnych konfiguracjach i wydaniach. Tłumacząc sobie co się dało na komórkach, nie mogliśmy się nadziwić – mięso podawane było z mięsem, kilka rodzajów przeplatane ze sobą – wołowina z wieprzowiną, kiełbasą i wątróbką, okraszona kaszanką i boczek do tego. Tłusto, obficie i do rozpuku. Byliśmy zdecydowanie najchudszymi stworzeniami w całej okolicy i z trudem znaleźliśmy w karcie względnie „chudomięsne” dania. Zresztą, smakowało nam. Właściciel, Matyas, był bardzo serdeczny – przedstawił nam całą rodzinę, specjalnie w środku nocy otworzył stoisko z lodami, zadbał o bezpieczne miejsce do przechowania naszych bagaży, które nie mieściły się w namiocie.

Z zajazdu Matyasa prosta droga wiodła już do Bors, przejścia granicznego z Rumunią. Znów czekaliśmy długo, zrobiło się już bardzo gorąco i ledwo wytrzymywaliśmy w palącym słońcu, zmieniając się przy drodze. Zatrzymał się dla nas w końcu ogromny tir, a w nim bardzo sympatyczny chłopak pełen ciepłych uczuć dla Polaków, bo kiedyś pomogli mu wykopać samochód z błota, w którym ugrzązł koło Wronek. Nawet udawało nam się jakoś porozumieć, łamanym rosyjskim, ale niestety jechał niedaleko i znów utkwiliśmy, tym razem już po stronie rumuńskiej, w Oradei. Niestety, w Oradei utkwiliśmy na pół dnia, dość beznadziejnie próbując wydostać się z miasta. W międzyczasie załapaliśmy się na rozmowę z rumuńskim robotnikiem, bez zarzutu władającym językiem włoskim, i ciekawą scenkę w miejskim autobusie, którym próbowaliśmy przedostać się ku wylotówce. Autobusem tym jechaliśmy „na gapę” bo nie udało nam się nigdzie znaleźć bankomatu, a zresztą i tak jak się okazało kierowca nie sprzedawał biletów, no i akurat trafiła nam się kontrola… Kiedy spytani skąd jesteśmy, odpowiedzieliśmy że z Polski, kontrolerzy uśmiechnęli się tylko, życząc nam szerokiej drogi i wyszli. Odetchnęliśmy z ulgą, obiecując sobie więcej nie kusić losu.

Kiedy w końcu znaleźliśmy się na właściwej wylotówce, zaobserwowaliśmy ciekawą prawidłowość. Nie byliśmy jedynymi, którzy chcieli złapać „stopa” stamtąd, tyle że reszta „podróżowała” z reklamówką, ewentualnie dwiema, i była ewidentnie ludnością lokalną. Najpierw jedna starsza pani, w białej sukience do kolan, złapała transport motocyklem, potem chłopak w naszym wieku, który pojawił się sporo po nas, załapał się na samochód, a my cóż – czekaliśmy, z niepokojem obserwując ciemne chmury gęstniejące na niebie.

Kiedy wreszcie ktoś się dla nas zatrzymał, okazało się że może wziąć tylko jedną osobę. To znaczy ma tylko jedno miejsce dla pasażera, obok siebie, ale jeśli naprawdę nam zależy to drugie może załadować się z bagażami na pakę. Oczywiście, że nam zależało. Biedny K. nieźle musiał wymęczyć się po drodze, podskakując na wybojach których nawet nie spodziewał się poczuć, i omijały go widoki, dla których postanowiłam koniecznie wrócić tu jeszcze kiedyś na kilka galopów konno po tych niezmierzonych stepach,ale wyszedł z tego cało i nawet całkiem zadowolony z nowej przygody.

Dotarliśmy do Beius, małej miejscowości w górach, gdzie zostaliśmy wysadzeni na przystanku autobusowym i momentalnie przechwyceni przez czekającą tam parę młodych ludzi. Nie pozwalając nam nawet porządnie pożegnać się z naszym kierowcą, na wyścigi zaczęli wypytywać nas skąd się tu wzięliśmy i dokąd jedziemy. Mówili doskonałym angielskim i wyraźnie nie pasowali do otoczenia. Faktycznie, jak zaraz nam wyjaśnili, sami byli w drodze, dwa miesiące temu ruszyli z Bukaresztu, a jechali… w podróż dookoła świata. Podróż niespieszną, bez daty zakończenia, zatrzymując się na parę miesięcy to tu, to tam. Pracowali zdalnie, z drogi, więc nie potrzeba im było nic prócz dostępu Internetu. Świat jest zbyt piękny by tkwić w jednym miejscu… Wiem, wiem coś o tym. Zatrzymali się teraz w domu wynajętym na dwa miesiące w wiosce niedaleko stąd, bardzo malowniczej – czy chcielibyśmy może odwiedzić ich i u nich zanocować?

Brzmiało to prawie nierealnie, ale oczywiście nie wahaliśmy się ani chwili. Nie mieliśmy ze sobą gotówki, ale znów nie dane nam było poszukać bankomatu – właśnie podjechał autobus i nasi nowi znajomi momentalnie sami kupili nam bilety i zanim się obejrzeliśmy, jechaliśmy z nimi ciasnym busikiem, nie przestając rozmawiać i odkrywać jak bardzo pod wieloma względami przypominali nas samych, i także jak bardzo nie przypominali nas wcale, co było jeszcze bardziej interesujące.

***

Dan i Alina jak się okazało nie byli parą, tylko przyjaciółmi. W wynajętym domu w górach czekała na nas żona Dana, w ósmym miesiącu ciąży, jego dwie małe córeczki i pies. W podróż ruszyli wszyscy razem, i zresztą to właśnie żona Dana, coach czyli trener personalny i jednocześnie przyjaciółka Aliny (zdaje się że Victoria) zaprosiła ją, by do nich dołączyła. Pierwszy raz słyszałam o takim układzie i wydał mi się dość dziwny, ale nie chciałam wypytywać o szczegóły. Może zresztą powinnam była – nasi gospodarze wyglądali na ludzi, których nie można było niczym urazić, nawet przesadną ciekawością. W autobusie rozmawiałam z Aliną przede wszystkim o podróżach, wymieniając się relacjami z Azji, a K. z tego co mi potem relacjonował, słuchał w tym czasie głównie opowieści Dana o pracy przez Internet (sprowadzanie towarów z Chin, sklep na Amazonie), wyjazdach survivalowych, prowadzonych pod okiem byłych żołnierzy z jednostek specjalnych, w których Dan uczestniczył, i perspektywie kupna campera na drogę. Alina polecała mi plażę dla nudystów na którą koniecznie powinniśmy się z K. udać i zachwycała nocnym życiem Bukaresztu, które, jak mówiła, na pewno mnie oczaruje.

Po przyjeździe na miejsce, gospodarze zabrali nas do miejscowego sklepu, gdzie kupili mnóstwo mięsa, pieczywa i trochę warzyw na grilla. Nie chcieli słyszeć o tym, byśmy kupili sami choć część z tego, a przecież mogliśmy, bo w końcu akceptowano płatności kartą. – Musicie nauczyć się otrzymywać, to bardzo ważne. Learn to receive.

Dan przyrządzał to wszystko później w ogródku, z dziewczynkami bawiącymi się z psem u jego boku, podczas gdy A. i V. zajęły się częstowaniem nas miejscowym bimbrem w różnych wariantach, zagryzanym ziarnami słonecznika. Okazuje się, że słonecznik jest w Rumunii równie popularny co na Ukrainie. Bimber mieszaliśmy później z piwem i chyba jeszcze winem, jeśli dobrze pamiętam. Tak, trochę nam się z K. zaburzyła pamięć tamtego wieczora. Wiem, że grałam znowu na gitarze, śpiewaliśmy, a w końcu poszliśmy wszyscy spać. Dostaliśmy sypialnię z własną łazienką i tak przyjemnie było nam zasnąć w końcu wygodnie, że rano o mały włos nie zaspalibyśmy na autobus, którym postanowiliśmy w końcu pokonać ostatni odcinek trasy, tak żeby być pewnym, że zdążę na czas na moje praktyki.

Trudno było zresztą nazwać to autobusem. Busik, ciasny tak, że na każdym z pośladków czułam wyraźnie wgniatające się zapięcie od pasów bezpieczeństwa, których zresztą nie było. Był pełny, i ledwo mogliśmy oddychać przez te osiem godzin jazdy, ale no… jechaliśmy, i było całkiem wesoło nawet, ciekawe widoki po drodze i jakoś no, jechało się po prostu, to już dosyć. Mnie nawet w najgorszych warunkach droga cieszy. Ważne, że to stan przejściowy, w którym się wszystko zmienia po drodze i celem jest kolejna zmiana – to wystarcza.

***

Po napisaniu powyższego przyszła mi do głowy refleksja, że życie także jest przecież stanem przejściowym. Wszystko się zmienia po drodze i celem jest kolejna zmiana. Tę ostatnią różnie się definiuje i różne ma się wobec niej oczekiwania – mało kto o niej myśli, a jednak nastąpi, i będzie zmianą nieodwołalną. Skala tego stanu przejściowego i jego jednorazowość, narzucana właśnie tą ostatnią zmianą, sprawiają jednak, że się w nim człowiek czuje zobowiązany do czegoś więcej niż zachwyt nad krajobrazami. Tylko właśnie, do czego? Przecież w tę podróż ruszyłam właśnie ze względu na to wszystko, żeby się przekonać i wkrótce miałam to sobie dobitnie przypomnieć.

Zaczęłam od tego, że ruszając w drogę dobrze jest nie wiedzieć za dużo. Tak, choćby dlatego, że gdyby się wiedziało, czasem można by w ogóle się tego nie podjąć. A przecież jednak, z jakichś powodów, ważnych chyba, trzeba.

Piszę o tym w ten sposób, bo Bukareszt… No, Bukareszt mnie obezwładnił. Zupełnie. Jestem tu już przeszło trzy tygodnie – dziwne i trudne tygodnie, w dziwnym i trudnym mieście. Jestem wyczerpana Bukaresztem, tak że ledwie znajduję siłę pisać i przychodzi mi to z wielkim trudem, powoli jak nigdy. Zebranie się za opis naszej podróży, znalezienie siły i czasu by usiąść do pisania o tym wszystkim, trwało u mnie właśnie tyle czasu. Trzy tygodnie. Każde zdanie przychodzi mi z wysiłkiem, każde zdanie zmieniam trzy razy i może nawet czuć to czytając. Mój pobyt tutaj jest próbą, zagadką i pytaniem. W następnym wpisie spróbuję opisać jak bardzo chciałam uciec już w pierwszych dniach po przyjeździe i co sprawiło, że na razie zostałam.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s