Bukareszt – pierwsze dni

Tak jak pisałam już wcześniej, przyjechałam do Bukaresztu na praktyki studenckie w ramach programu IAESTE, tego samego, który pozwolił mi dwa lata temu znaleźć się w Szanghaju. K. jechał ze mną dla towarzystwa i przypomnienia sobie ducha autostopowych przygód, „odprowadzając mnie” z Warszawy. Miał spędzić tu ze mną kilka dni zwiedzając miasto i wrócić Ryanairem przez Brukselę. Aby tu dotrzeć przejechaliśmy łącznie przeszło 1300 kilometrów, w tym 730 autostopem i 570 autobusem, na który zdecydowaliśmy się w okolicach Oradei, żeby mieć pewność że zdążymy na czas. Szczegoly naszej podrozy w ostatnim wpisie tutaj.

Podobnie jak w Szanghaju, przydzielono mi „IAESTE buddy” to znaczy osobę odpowiedzialną za odebranie mnie z dworca itd. W Szanghaju taką moją „opiekunką” była Amanda, o której sporo pisałam w pierwszych wpisach tutaj. Amanda praktycznie wcale nie mówiła po angielsku i, jak na artystyczną duszę przystało, była tak roztargniona, że zupełnie zapomniała o tym, że miała mnie odebrać z lotniska. Po trzech godzinach oczekiwania i nieudanych prób szukania jej z pomocą obsługi lotniska, ruszyłam „w miasto” sama, z trzydziestoparokilogramowym plecakiem, bez przewodników, map, internetu mobilnego i żadnych innych tego rodzaju pomocy. Nie byłam przygotowana na samotne eksplorowanie Szanghaju ani trochę, ale szybko okazało się że to nic nie szkodzi – w Chinach tak łatwo było mi zawsze uzyskać pomoc od przypadkowych osób, wszystkim zawsze tak bardzo zależało żebym poczuła się u nich dobrze, że sytuację udało się opanować bez problemu. Na Amandę, z którą niedługo po tym jak zakwaterowałam się w hostelu udało mi się w końcu skontaktować, nie dałoby się gniewać. Okazała się ogromnie sympatyczną, zawsze uśmiechniętą, i naprawdę „po chińsku” gościnną dziewczyną.

Moja „IAESTE buddy” w Bukareszcie, Ionelia (dla znajomych Andreea) angielskim władała bardzo dobrze, na dworzec przyjechała punktualnie, samochodem, którym zawiozła nas pod akademik, w którym miałam zostać zakwaterowana. Tak, tym razem miałam zamieszkać w akademiku, wraz z innymi praktykantami IAESTE w Bukareszcie, bo tym razem nie byłam jedyną taką praktykantką więc nie trzeba było specjalnie dla mnie organizować mieszkania dzielonego z inną miejscową studentką.

Andreea, w przeciwieństwie do roztrzepanej Amandy, która zwykle nie przykładała wagi do takich rzeczy, była starannie wystylizowana – dokładny makijaż, oryginalny kapelusz z szerokim rondem i modnie poprzecierane dżinsy. Polecała nam na weekend plażę, na którą jeździ zwykle cały Bukareszt. „Party hard, party hard! Ta plaża nigdy nie śpi!” – zachwycała się, a my odkreślaliśmy w myślach miejsce, od którego trzeba będzie trzymać się z daleka.

***

Tak jak wspomniałam, jechaliśmy do akademika, w którym miałam zamieszkać. Zapytana kilka dni wcześniej czy K. będzie mógł zatrzymać się na parę dni w tym samym akademiku (za opłatą oczywiście), A. odpisała, że administrator budynku nie zgodził się na to, ale znalazła hostel całkiem niedaleko i pokaże nam jak tam dotrzeć. Cóż, co kraj to obyczaj. Nocowanie znajomych w akademikach w Polsce jest całkiem popularne, ale skoro tutaj nie wolno – trudno. Ucieszyliśmy się, że A. chce nam pomóc z hostelem i rzecz jasna przystaliśmy na taką opcję. Tak czy owak K. pojechał z nami jednak najpierw pod mój akademik, zobaczyć gdzie to jest i pomóc mi z bagażami.

Na miejscu godzinę prawie czekaliśmy na administratora, który miał mi przekazać klucze. Nie odbierał telefonu, nie odpowiadał na smsy. Wreszcie zjawił się pod budynkiem – młody ojciec, którego latorośle wytaczały się właśnie wraz z małżonką z samochodu, którym podjechał – wysoki, ogolony na łyso. Nie przeprosił za spóźnienie ani jednym słowem. Z kamienną twarzą podał rękę najpierw A., potem mnie, przedstawiając się tak oschłym tonem i z tak niechętnym spojrzeniem, że poczułam się naprawdę niezręcznie. Zupełnie zlekceważył stojącego tuż obok mnie K. „To jest K., przyjechał tu ze mną z Warszawy i…” – zaczęłam, a K. wyciągnął do administratora rękę, której ten udał że nie widzi – „On tutaj nie śpi.” – warknął tylko w odpowiedzi patrząc na mnie tym swoim lodowatym wzrokiem, i odwrócił się każąc nam iść za sobą do budynku. Nigdy jeszcze chyba nie spotkałam się z takim chamstwem. Ledwie powstrzymując wybuch wściekłości poszłam za nim i A. obejrzeć pokój.

Pierwsze co zauważyłam po wejściu do budynku akademika to smród. Niezwykły, dziwaczny, intensyfikujący się na wysokości pierwszego piętra. Nie mam pojęcia co mogło go wydzielać, może gnijące izolacje? Później jeszcze wiele razy zastanawiałam się nad tym – ten smród nie ulatniał się, jakby na stałe „przyrósł” do budynku.

Tymczasem weszliśmy na trzecie piętro, pod sam dach oddający właśnie znajdującym się pod nim pokojom kumulowane przez cały dzień ciepło. Gbur z właściwą sobie powagą na twarzy otworzył drzwi. Okazało się, że przydzielono mi miejsce w „apartamencie z salonem”.

Salon posiadał lodówkę, której wtedy jeszcze nie zdążyłam bliżej się przyjrzeć, a która jak się okazało została podpięta do jedynego w salonie gniazdka elektrycznego, wypadającego już do połowy ze ściany, a także zestaw mebli tapicerowanych, w stanie wskazującym na to, że równie dobrze mogły zostać znalezione przy śmietniku. Poza tym – dwa stoliki, kilka krzeseł, brudną podłogę i wyjście na balkon. W mieszkaniu była też łazienka, z malowniczo przerdzewiałym kaloryferem, wyraźnie od dawna nie remontowana, długi, ciemny korytarz, no i oczywiście sypialnie… I tu rzecz najbardziej zaskakująca. Sypialnie w apartamencie były dwie: jednoosobowa – od wczoraj zajęta, i trzyosobowa – niewiele większa, do której to właśnie gbur przekazywał mi klucze.

Weszłam do środka – ledwo mieściły się tu trzy trzeszczące łóżka i stolik. Gorąco jak w piekarniku, ale nie tylko brak klimatyzacji ale nawet jednego wentylatora; ktoś uznał natomiast za stosowne dać nam telewizor.

Nie, nie wyobrażałam sobie zamieszkać tutaj i dzielić skąpą ilość tlenu z dwiema jeszcze osobami. To było zupełnie kuriozalne, szczególnie w kontekście moich ostatnich doświadczeń z dzieleniem pokoju z jedną tylko koleżanką, które wystarczyły bym sobie obiecała nigdy więcej tego nie robić. Tymczasem miałam go dzielić nie z jedną, a z dwiema…? W podróży tak, oczywiście, bez problemu mogę nocować nawet w kilkunastoosobowych salach, ale nie w codziennym życiu, nie kiedy się pracuje i naprawdę potrzebuje czasem po prostu odpocząć. I nie przy takich upałach, nie w najgorętszej części budynku, nie bez klimatyzacji…

Jakieś pytania?” – szczeknął administrator przez zęby. Miałam ochotę po prostu uciec stamtąd, nic więcej, tylko uciec, a jednocześnie wiedziałam jak beznadziejna byłaby taka ucieczka w tym momencie. Spytałam o internet. Owszem, jest. Wifi? Tak. Czy mógłby mi podać hasło? Nie. Czemu nie? Trzeba zapłacić. Ile? 50 lei za miesiąc, za jedno urządzenie. Dobrze, mogę zapłacić (sięgając po portfel, z rosnącą irytacją). Nie teraz. Czemu nie teraz? Teraz nie mam czasu. Na co? To skomplikowane, umówimy się potem. Muszę przyjść do ciebie do pokoju i usiąść do twojego komputera żeby zainstalować ci internet. (Chyba po prostu: wpisać hasło do wifi?) No dobra, to na którą się umawiamy? Nie wiem, ja tu cały czas będę gdzieś w okolicy. Ale gdzie w okolicy? W okolicy.

Nie spotkałam administratora przez następne dwa dni. Zresztą nie miałam najmniejszej ochoty go widzieć. 50 lei przypuszczalnie szło do jego kieszeni – nie chce mi się wierzyć żeby rzeczywiście taka opłata była konieczna. Postanowiłam póki co korzystać z internetu w kawiarniach z wifi. Dobrze zrobiłam, bo jak się okazało i tak w naszym mieszkaniu zasięg był tak słaby, że prawie go nie było.

Wkrótce okazało się że zapomniałam zapytać gbura o dość ważny szczegół – gdzie znajduje się kuchnia. Poinformowała mnie o tym Louisa, szczęściara której udało się załapać na „jedynkę”. Kuchnia była więc… trzy kondygnacje niżej, w piwnicy. Jedna na cały budynek. Nie było czajników elektrycznych w naszych „apartamentach” lub choćby na korytarzach poszczególnych pięter, w kuchni zresztą też nie było, więc żeby zrobić sobie jedną głupią herbatę trzeba było pokonawszy te trzy poziomy gotować wodę w garnku na lepkiej od tłuszczu płycie elektrycznej (czajników do herbaty też rzecz jasna nie było). Zbiegając po schodach mijało się, oczywiście, apogeum smrodu na pierwszym piętrze a potem cały kawał szło pod ziemią ciemnym, obskurnym korytarzem. Nagrałam jedną z takich eskapad do kuchni, nie mogłam się powstrzymać…

To Louisa powiedziała mi także, że pierwsza z moich koleżanek z pokoju ma przyjechać dopiero w piątek, do tego czasu miałam mieć więc wolny pokój. Przy odrobinie dobrej woli ze strony administratora, K. mógłby na trzy noce zatrzymać się u mnie, nocując choćby na karimacie na podłodze. Ale cóż…

W drodze do hostelu K. po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że nie tylko pierwsze piętro akademika cuchnie tutaj. Cuchnęła cała ulica, cała ta parszywa Mirceu Vulcanescu, której wąskim korytem, z bezustannym wrzaskiem klaksonów płynął sznur samochodów. Szliśmy gęsiego, mijając po obu stronach chodnika grupki bosonogich Cyganów zawieszających na nas tępe, niechętne spojrzenia. Trzeba było uważać by nie potknąć się o siatki ze śmieciami wystawionymi na chodniki, nie pośliznąć na dziwnych, czarnych owocach, opadających tu z co niektórych drzew – jakby-jeżynach, których rozdeptana miazga kleiła się do butów. Mijaliśmy domostwa odgrodzone od ulicy skleconą naprędce konstrukcją z blachy falistej, pod którymi na nagrzanym betonie rozsiadały się kobiety w długich, brudnych spódnicach, z potarganymi włosami, żując ziarna słonecznika, których łupinami czasem zdarzało im się dla zabawy rzucać w przechodniów, o czym przekonałam się niedługo potem. Mijaliśmy pustostany z powybijanymi szybami, rozkładające się w fetorze zostawionym przez dzikich lokatorów.

To bardzo dobra lokalizacja. Blisko centrum, i jest tu wszystko czego potrzeba. Proszę, tu jest apteka. Tam masz Carrefour, w tamtym kierunku. Metro tez blisko, 10 minut stad. Możecie też iść stąd pieszo na stare miasto, wzdłuż rzeki, miły spacer. – A. z przylepionym do twarzy uśmiechem trajkotała wyuczoną formułkę, bo też i co miała nam powiedzieć? Że trafiłam do slumsów przy największym dworcu kolejowym w mieście? (Istnienie takiej dzielnicy jest całkiem naturalne, podobnie wygląda to przecież np. w Rzymie, gdzie lepiej nie zapuszczać się na wschodnią stronę dworca Termini.) Że to, co nazywa rzeką, to sztuczny kanał, w którym woda stoi, gnije i cuchnie – tak jak wszystko tutaj – a w nocy temu ściekowi właśnie zawdzięczać będę rój komarów nie pozwalających przespać porządnie ani jednej nocy? Że po południu po upalnym dniu rumuńskiego lata na trzecim piętrze bez klimatyzacji ani wentylatorów nie będzie się dało normalnie oddychać? Że będę wieczorami bać się sama wracać do domu i jeszcze nawet nie będę mogła rano normalnie zrobić sobie herbaty?

– Andreea, czy Ty sama chciałabyś tu mieszkać? W takich warunkach? W takiej okolicy? – Ależ bez problemu, ja bardzo lubię kontrasty, to takie interesujące! – Tak, ale oglądasz je z okna samochodu, prawda? – Oczy A. kryją się za ciemnymi szkłami modnych okularów i w cieniu słomkowego kapelusza. Zawieszam na niej wzrok na chwilę i przenoszę go na zarzygany chodnik pod moimi stopami. Boże, co ja tu robię! Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się tak bardzo pragnąć ucieczki.

***

W kolejnych dniach usilnie próbowaliśmy z K. przemóc złe pierwsze wrażenie i „oswoić” sobie Bukareszt. Przecież moja dzielnica to nie jedyne miejsce tutaj, przecież na pewno jest dużo takich, w których czułabym się lepiej – może do któregoś z nich uda mi się przeprowadzić? Uznaliśmy oboje, że to konieczne – trzeba znaleźć pokój, który sobie tu wynajmę na własną rękę. Póki co jednak nie miałam kiedy go szukać, chciałam maksymalnie wykorzystać z K. czas na zwiedzanie. Pracowałam od 9:30 do 18:30 (czasem 10-19), bo jak się okazało godzinna przerwa na lunch nie wlicza się tutaj do ośmiogodzinnego dnia pracy, kończyłam więc dość późno i byłam zmęczona, ale jakoś jednak zawsze udawało mi się znaleźć w sobie trochę energii i włóczyć się z K. po mieście. Niestety, Bukareszt po prostu nie chciał byśmy go polubili.

Kiedy tylko udawało nam się na chwilę wydostać ze strefy smrodu, atakował nas hałas – stare miasto wieczorem dudni mieszającymi się ze sobą utworami techno z kolejnych klubów. Party hard. Hałas miesza się zresztą ze smrodem dość płynnie, na starówce także pełno pustostanów, a chodniki niewiele mniej pełne śmieci. Nie potrafiliśmy znaleźć ani jednej knajpki, w której dałoby się spokojnie usiąść i odpocząć – czy to ze względu na muzykę, którą puszczali, czy też na położenie przy ruchliwej ulicy pełnej trąbiących klaksonów. Rumuni uwielbiają trąbić i potrafią robić to jednym ciągiem przez parę minut. W efekcie wieczorny spacer z K. codziennie zmieniał się w bezładną ucieczkę przed hałasem, niezależnie od tego gdzie byśmy się nie udali.

To nie tak, że nie ma w tym mieście miejsc, które by były ciche i przyjemne, bo później sama zaczęłam je odkrywać, ale póki co nie mogliśmy znaleźć żadnego. W ogóle znajdowaliśmy same najpaskudniejsze rzeczy i sytuacje, spotykaliśmy najbardziej aroganckich, nieżyczliwych ludzi, czy to w sklepach, czy w kasach biletowych, czy po prostu na ulicy. To chyba wtedy właśnie zaczęliśmy z K. używać określenia „rumuńskie szczęście” jako synonimu pecha.

Wszystkie te niesprzyjające okoliczności pozwoliły mi sobie uświadomić jedną ważną rzecz. Przyjechałam tu ze względu na architekturę i dylematy moje z nią związane, przyjechałam żeby zastanowić się nad tym co właściwie chcę robić w życiu, spróbować po raz kolejny jednej z dróg, którą kiedyś zaczęłam podążać. To dlatego, że uważam pracę za bardzo ważny element życia, czuję silną potrzebę odnalezienia dla siebie takiej dziedziny, której będę mogła poświęcić się naprawdę, na sto procent, i jeszcze mieć poczucie że to jest coś ważnego, że to służy ludziom, że tego ktoś potrzebuje. Całkiem inaczej niż w Szanghaju, gdzie praca była tylko pretekstem do tego, żeby się tam znaleźć, tutaj praca była więc rzeczą najważniejszą. To nawet ładne, że wszystko inne zdawało się sprzysiąc przeciwko mnie, bo dzięki temu mogłam funkcjonować na czystym polu – miałam okazję sprawdzić swoje uczucia do architektury samej, nie zanieczyszczone sympatiami do samego miasta, w miejscu, które niczym poza pracą nie zatrzymywało mnie przy sobie. Wiedziałam, że jeśli tylko uznam, że architektura nie jest dla mnie, wyjadę bez żalu.

Mój pobyt w Bukareszcie miał więc wartość tylko jako próba miłości do pięknej sztuki, którą zamierzałam porzucić. To była od zawsze miłość trudna, ale przecież tylko o takich powstają naprawdę dobre historie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s