Zamiast Lonely Planet

Co czytać przygotowując się do podróży? Gdzie szukać inspiracji, wiedzy o danym miejscu, jego kulturze, zwyczajach? Polecam zwykłą miejską bibliotekę z dobrym działem książek o podróżach. I tylko błagam – nie przewodniki! Nie Lonely Planet zwłaszcza! Bo podróż to nie podążanie wyznaczoną na kilku kartkach trasą, noga za nogą z innymi zapatrzonymi w swoje identyczne przewodniki turystami. W ogóle, po co przewodnik? Trasa doskonale układa się sama, wystarczy patrzeć i słuchać tego co dzieje się wokół, podążać za intuicją, ciekawością tego co za kolejnym zakrętem. A te książki z biblioteki… mam kilka do polecenia, jakby ktoś szukał.

Na pierwszy ogień – trzy książki o Chinach.


Tiziano Terzani – Zakazane wrota

O Tiziano Terzanim, wybitnym włoskim reporterze i dziennikarzu, wieloletnim korespondencie prasowym z Azji usłyszałam już ładne kilka lat temu w pociągu relacji Przemyśl-Gdańsk, wracając z wakacji spędzonych na Ukrainie. Elegancki starszy pan, który dzielił ze mną przedział, polecił mi go słysząc że uczę się języka włoskiego (przygotowywałam się wtedy do wyjazdu na Erasmusa do Rzymu). Opowiedział mi szeroko i barwnie o książce „Powiedział mi wróżbita”. On sam przeczytał ją po polsku, ja rzeczywiście miałam zamiar przeczytać ją w oryginale ale jakoś później nic z tego nie wyszło, zapomniałam, było mnóstwo innych spraw na głowie. Kilka miesięcy przed wyjazdem do Chin, kiedy jeszcze nie wiedziałam o tym że tam pojadę, przypadkiem natrafiłam w bibliotece na inną książkę Terzaniego, „Zakazane wrota” właśnie. Książka będąca podsumowaniem jego czteroletniego pobytu w Państwie Środka w latach 80′ XX wieku. Sięgnęłam po nią głównie dlatego, że nie wiedziałam wtedy o Chinach praktycznie zupełnie nic. Naprawdę, nigdy bym nie powiedziała że tam już w tak niedalekiej przyszłości pojadę. Po prostu chciałam się dowiedzieć czegoś o państwie tak bardzo mi obcym. Odnalazłam poruszającą opowieść o tragicznej historii kraju, który jednocześnie fascynuje i przeraża, urzeka i odpycha, o kraju który autor pokochał „miłością trudną, głęboką i nieodwzajemnioną”. Terzani mieszkał w Chinach z całą rodziną, jego dzieci uczyły się w chińskiej szkole i także ich relacje zamieszczone są w jednym z rozdziałów książki. Otwartość wyrażania poglądów i mówienia prawdy o tym co dzieje się i działo w tym państwie sprawiły że pewnego dnia Terzani otrzymał nakaz opuszczenia Chin bez prawa powrotu.

Fuchsia Dunlop – Płetwa rekina i syczuański pieprz

Na książkę Fuchsii Dunlop natrafiłam w jednej z gdańskich bibliotek słynącej z pokaźnej kolekcji podróżniczej. W pierwszej chwili po przeczytaniu opisu z okładki pomyślałam że pasowałaby bardziej do działu o gotowaniu i już miałam odłożyć ją na półkę ale całe szczęście nie zrobiłam tego. Fuchsia zabrała mnie ze sobą w podróż po Syczuanie lat 90-tych XX wieku, po krainie której już nie ma, opisując ją w tak niezwykły sposób, że nie dało się od tej lektury oderwać. Dźwięki, zapachy, kolory i oczywiście przede wszystkim smaki, feeria smaków, a wszystko to na tle jej obserwacji i przemyśleń na temat chińskiej kultury i mentalności. Fuchsia, która do Syczuanu przyjechała jako początkująca dziennikarka BBC szybko porzuciła pracę w wyuczonym zawodzie i dała się pochłonąć magii tajemnych receptur – prędzej niż zwyczajne słowa z mandaryńskiego uczyła się rozszyfrowywać znaki opisujące egzotyczne składniki, poznawała skomplikowane zależności rządzące syczuańską sztuką kulinarną a wyrosłe na morzu tradycji i wierzeń całych stuleci, tysiącleci cywilizacji. Była uparta i zawzięta i po serii początkowych niepowodzeń i trudności dopięła swego – jako pierwsza osoba spoza Chin ukończyła Syczuańską Akademię Sztuki Kulinarnej – a to był dopiero początek, Chiny i ich kuchnia stały się jej obsesją, z którą związała całe życie. Wychodząc od jedzenia, opisywała Fuchsia po prostu Chiny jako takie, co było zresztą w pewnym sensie oczywiste – kultura tego kraju silnie jak rzadko która opiera się właśnie na kuchni. Podobnie jak u Terzaniego, wyłonił się z jej książki obraz Chin pełnych kontrastów, pięknych i strasznych zarazem i podobnie jak u niego widać ten ogromny żal za tym co przemija bezpowrotnie każdego dnia na rzecz „nowoczesności”, brutalnie i bezmyślnie niszczącej dziedzictwo kultury chińskiej, jej ducha zaklętego chociażby w uliczkach starego Chengdu, których już nie sposób odnaleźć gdzie indziej niż w książkach.

Peter Hessler – River Town

Książkę Petera Hesslera polecił mi Eric, kolega z biura w Szanghaju. Znów mamy Syczuan, znów lata 90-te. Tym razem Fuling, senna nadrzeczna mieścina opisana z perspektywy młodego Amerykanina, który przyjeżdża do Chin jako wolontariusz uczyć angielskiego dzieci z miejscowej szkoły. Zostaje tam dwa lata, powoli przyswajając chiński język i kulturę i próbując zrozumieć otaczającą go rzeczywistość, którą opisuje żywo i barwnie. W River Town znajdziemy dziesiątki osobistych obserwacji, fascynacji, zadziwień autora. Znowu jest nostalgicznie o Chinach które odchodzą, znowu ze smutkiem i frustracją o tym jak sami Chińczycy niszczą bezpowrotnie to co sami kiedyś zbudowali i jak nikt nie może ich przed tym powstrzymać. Przede wszystkim jednak jest o ludziach, zwyczajnych ludziach z Fulingu, których Peter poznaje osobiście, z którymi zżywa się wrastając z każdym dniem mocniej w lokalną atmosferę. Książka pełna emocji i bardzo wzruszająca, odważnie mówiąca o trudnych sprawach z chińskiej historii i polityki, z ogromnym sentymentem i szacunkiem wobec tych ludzi, ich kultury i tradycji. Czytywana najczęściej w metrze w drodze do pracy – z Jin Xiu Lu do Hongkou Football Stadium i z powrotem.


bibliotekaZaczęłam od tego, że chodzę do biblioteki. Czemu biblioteka, a nie księgarnia? Czemu wypożyczam raczej niż kupuję? To proste – boję się nadmiernie obrosnąć w rzeczy. Tak, nawet w książki. Wszystko to trzeba gdzieś składować, odkurzać, przy przeprowadzce przenosić z miejsca na miejsce. Już mniejsza o to, że trzeba za to płacić – to akurat dobrze, powinno się wspierać kulturę. Ale jak coś kupię albo dostanę, dochodzi jeszcze kwestia lenistwa, które sprawia że odwlekam przeczytanie tego na potem – przecież nikt na mnie nie nałoży kary, jeszcze zdążę, kiedyś, jak będzie więcej czasu. A taka kara z biblioteki bardzo motywuje do czytania wszystkiego terminowo, bo to przecież wstyd oddawać nieczytane książki! Dlatego całym sercem wspieram biblioteki – szkolne, uczelniane, miejskie. Wzięłam nawet pewnego razu udział w akcji promującej Wojewódzką Bibliotekę Publiczną w Gdańsku, efekt widzicie po prawej. Plakaty takie jak ten, z czytelnikami różnego wieku i płci rozwieszano na przystankach autobusowych, na wielkich billboardach itd. – miało to miejsce równolegle z moją pierwszą wyprawą autostopową, w listopadzie 2012 roku. Bo biblioteki i autostop idą ze sobą w parze – i jedno i drugie jest darmowe, i jedno i drugie „poszerza horyzonty” i jest wspaniałą okazją do przeżywania kolejnych przygód. A że zacząć trzeba od przeżywania przygód cudzych, a potem dopiero rusza się na spotkanie własnych – to całkiem prawidłowa kolejność rzeczy.


A teraz – brnijmy dalej w te biblioteczne regały. Moja osobista lista książek podróżniczych które warto przeczytać, z różnych względów. Autostopowe, rowerowe, piesze, samochodowe, z lat bardzo dawnych i zupełnie współczesne. Spisane przez samych podróżników lub czasem, niestety, dopiero po ich śmierci.

Kinga Choszcz

Książki Kingi Choszcz to klasyka „literatury autostopowej”, jeśli można wyodrębnić taki dział w pisaniu o podróżach. Prosty język, pamiętnikarski charakter, duża emocjonalność wypowiedzi. Literacko nie jest to pisarstwo wysokich lotów, ale czuć w nim to, co najważniejsze – prawdę, „ducha” podróży. Kinga pisała od serca, z przekonaniem i mnóstwem dobrej energii, którą przekazuje czytelnikom, inspirując do podejmowania ryzyka własnych podróży autostopowych. Czytałam jej książki zanim jeszcze w ogóle śniło mi się, że sama będę kiedyś w ten sposób podróżować. Jej odwaga, czy może raczej – jej zuchwałość w podążaniu za tym „gdzie ją los prowadził” w podróży były dla mnie zawsze źródłem inspiracji.

Robert (Robb) Maciąg – Tysiąc szklanek herbaty

„Tysiąc szklanek herbaty” to jedna z najciekawszych książek o podróży Jedwabnym Szlakiem jakie dane mi było przeczytać. Magiczna, barwna opowieść, doskonała zarówno literacko, jak i wizualnie. Jest to więc nie tylko opis podróży rowerowej z Turcji do Chin obfitującej w niezwykłe przygody na szlaku, ale przede wszystkim fascynująca opowieść o ludziach spotykanych na tej trasie i ich losach o których opowiadają autorowi pomiędzy kolejnymi łykami doskonałej herbaty. I te zdjęcia! Czytać obowiązkowo.

 

Kazimierz Nowak

Zamieszczone na okładce słowa Ryszarda Kapuścińskiego, że to książka zupełnie niezwykła, powinny same w sobie być wystarczającą rekomendacją. W latach 1931-1936 Kazimierz Nowak przebył samotnie kontynent afrykański z północy na południe i z powrotem (40 tys. km rowerem, pieszo, konno, na wielbłądzie, czółnem). Książkę opracowano na podstawie jego listów do kraju. Czyta się jednym tchem! Podróż Nowaka, której dokonał w czasach, kiedy nie było GPSu, telefonów komórkowych, internetu, bielizny termoaktywnej i tym podobnych udogodnień była nie tyle aktem odwagi, ile po prostu czystym szaleństwem, rzeczą bez precedensu. Zainspirowała współczesne wyprawy jego śladami jak np. projekt Afryka Nowaka w którym uczestniczyła między innymi Kamila Kielar, którą miałam okazję poznać osobiście na Włóczykiju.

 

 

Wolf Kielich – Podróżniczki

Doskonały wybór fascynujących biografii kobiet ogarniętych pasją poznawania, zdobywania i opisywania odległych zakątków świata. Czasem zabawne studium dziwactw ekscentrycznych dam, czasem opowieść o heroizmie i odwadze. A wszystko to historie prawdziwe, udokumentowane – i jeszcze do tego nieraz okraszone równie efektownymi zdjęciami jak to z okładki. Podróżniczki z książki Wolfa Kielicha „w sukniach i kapeluszach przemierzały pustynie oraz morza, konno i na słoniach podróżowały przez egzotyczne kraje, przebywały wśród kanibali, w murach klasztorów, w indiańskich wigwamach, jadły mrówki i węże.” Warto, naprawdę warto, poznać ich historie. Pisane doskonałym językiem, zaciekawi nie tylko podróżników.

 

 

Tony Halik

„Nasz plan przewidywał 180 000 kilometrów po drogach wśród selwy i pustyń Ameryki Południowej, Środkowej i Północnej. Przez ten czas gazety trzy razy zamieściły notatkę o naszej śmierci, a w osiemnastu przypadkach niewiele brakowało, żebyśmy zginęli. Wyjechaliśmy we dwoje, a wróciliśmy we troje. Właśnie podczas tej podróży urodził się nam syn. Podróż trwała ponad cztery lata. Była zatem najdłuższa – licząc ją tak w czasie, jak w kilometrach. Dostarczyła mi moc emocji. Była to zatem moja Wielka Przygoda”. Przygoda wielka i książka ją opisująca naprawdę warta przeczytania, polecam serdecznie.

 

 

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s